Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Posts Tagged ‘szlak

Rajd pieszy Gołoszyce – Kuźniaki czyli „żwawy spacer przez Łysogóry”

14 Komentarzy

Dzień 1 Gołoszyce – Jeleniów
Wyprawa zaczęła się na „drugim” dworcu busowym w Kielcach gdzie rozminęliśmy się z busem pt. „Tarnobrzeg”. Przybyliśmy zatem na główną busownię i mimo złowrogo wyglądającego rozkładu straszącego brakiem połączeń z Gołoszycami próbowaliśmy się zalogować do dalekobieżnego busa, bezskutecznie. Dopiero trzecia próba zakończyła się powodzeniem i pomknęliśmy pekaesem na wschód. W autobusie jak zwykle strasznie mi ciekła na podłogę ślina ale obyło się bez afery.

Cmentarz pod lasem na początku szlaku w Gołoszycach, warto zwrócić uwagę na liczby /fot. Ula/

Wysiedliśmy i zapomnianą, obustronnie wysadzaną wielkimi, starymi drzewami drogą posuwaliśmy się naprzód. Żar z nieba, gorąc pól i łąk spowodował że język wisiał mi prawie do ziemi. Moja Pani w towarzystwie Rafała i Bartka parła naprzód a ja bawiłam się w turlanie niedojrzałych orzechów laskowych. Psiakrew, jak to „czemu?” – przecież jestem beaglem – miłą, łaciatą półtoraroczną suczką!
Pasmo Jeleniowskie to mnóstwo kałuż i bagienek, z których ani jednego nie odpuściłam a napęd na 4 łapy wyciągał mnie zawsze z tarapatów. Po kilku wzgórzach dotarliśmy do Szczytniaka gdzie zakręciliśmy się jak Stirlitz czyli weszliśmy wyjściem. Odnalazłszy właściwy kierunek szlaku podreptaliśmy do przełęczy na której daaaawno temu działał tartak. Ponieważ nie lubimy deszczu a od Wólki Milanowskiej ciągnęła bura chmura – zeszliśmy do Jeleniowa poszukać noclegu.
Trafiliśmy do przemiłej niewiasty która zamiast w znalezionym przez nas garażu dała nam schronienie w swoim drugim, jednoizbowym domku. Kilka kilosów trzeba było przejść zanim dotarliśmy do sklepu by uzupełnić zapasy żywności.

idziemy przez Jeleniów a wraz z nami najbardziej zagorzały adorator Neli /fot. Ula/

Po drodze trzech lokalnych macho z mego gatunku sprzeczało się o pierwszeństwo w podrywaniu mnie. Całe szczęście że się tak zacietrzewili, iż walka między sobą wzięła górę nad pierwotnym instynktem rozmnażania i ominął mnie bliski kontakt pierwszego stopnia. Spaliśmy w pokoju pachnącym orzechami włoskimi a w naszej kuchni dzień wcześniej rozbierano świnkę i nos zaprowadził mnie do kosteczek powbijanych w rzeźniczy pniak jednak ludzie jak zwykle nic nie czuli. Tej nocy spałam jak królowa – we własnym fotelu.

Tuśmy zmajstrowali jajecznicę. /Fot. Ula/

Dzień 2 Jeleniów – Św. Krzyż
Poranek powitał nas mżawką, chcąc skrócić wejście na G. Jeleniowską połakomiliśmy się na skrót, który z początku wiódł drogami wycinki drzew wyżłobionymi dość głęboko przez spływające po deszczach strumienie ale po paru kilometrach, gdy skończyły się drwalnicze szlaki a zaczął offroad przez bagienka i połamane śniegiem ostatniej zimy drzewa, „ukazał oczom naszym las krzyży” gdyż wyszliśmy w… Jeleniowie.

na "skróty" ;P /fot. Ula/

Stąd asfaltem przez Paprocice i pod górę do Zamkowej Woli – najbliższego (słabiutko zaopatrzonego) sklepu, pod którym dziwnie mówiący pan przypominający janosikowego Pyzdrę przyniósł mi mamałygę, kwaśnawe mleko (pycha!) i przyprowadził najdziwniejszego kolegę jakiego kiedykolwiek spotkałam.

najbardziej hardkorowy pies we wsi :) /fot. Ula/

Odpoczynek pod drzewem przerwał nam dziadek przynoszący opowieści o hitlerowcach i cieleniu się krów. Poczłapaliśmy stromo pod las Kobylej Góry a połknąwszy ją, z Trzcianki wysłaliśmy jednoosobową ekspedycję po żywność. Zostawiliśmy za sobą chłopaka na prawdziwej rometowskiej motorynce i jednego takiego ryżego kudlę. Za jazdnią szlak wiódł pod górę, przez wysoki, przestronny las i wspaniale chłodzący strumień w którym brykałam jak szalona.

relaksacyjne ćwiczenia na mostku /fot. Ula/

Na górze okazało się że ciut za długo trwały harce w wodzie ale pani ogrzała mnie śpiworkiem a braciszkowie z klasztoru nawet podzielili się wrzątkiem na zupę, kisiel, kawę i herbatę. Spaliśmy w namiocie do konsumpcji grochówki ale co rusz dało się słyszeć odgłosy Puszczy Jodłowej na które musiałam odpowiadać szczekaniem więc ta noc nie należała do najspokojniejszych.

"folklorem malowane" czyli szkaradnie mocny makijaż figury Jezusa i dedykacja z analfabetycznymi błędami /fot. Ula/


Dzień 3 Św. Krzyż – Św. Kaśka

Jako pies przestrzegam pewnego savoir vivre – nigdy nie sikam w domu a dom jest tam gdzie śpimy lub robimy postój plus-minus 50m marginesu dookoła. Moja przezorna pańcia obudziła mnie o 6.30 żeby „wyprowadzić mnie na siku” poza teren klasztoru, więc ominął mnie bezcenny widok min panów, których ze snu wyrwało jednoczesne bicie dzwonów i płynące z megafonu „Paaaaan kiedyś stanąąąąął nad brzeeegieeeeem„.

kimaneiro pod klasztorem /fot. Ula/

Po porannej kawusi w tutejszym wirydarzu oraz Krówkach Dąbrówkach, sturlaliśmy się do Huty Szklanej opanowanej przez dmuchane topory i plastikowe ciupagi a po przebrnięciu przez hordy małolatów podziwialiśmy już ze szlaku grzbiety naszych przyszłych tras i dalej podreptaliśmy przez Kakonin i polanę Św. Mikołaja na kupę kamieni oblężoną przez dzieci z charczącymi hity komórkami, zwaną przez ludzi Łysicą.

Łysica

Mnóstwo turystów (nawet padła propozycja matrymonialna dla mnie na przyszłość) wchodzi tu i wraca do Świętej Katarzyny, poszliśmy więc tam i my.

Wątek edukacji przyrodniczej – nie czytać przy jedzeniu. O tej porze roku przy szlaku unosi się zapach kałowego zagajnika, bynajmniej nie dlatego, że piechurzy kładą kabel na trawę tuż przy ścieżce. Odpowiedzialny za ów smród jest pewien sprośny grzyb wyglądający jak dojrzały wzwiedziony fallus średniej wielkości zwany z racji swego wyglądu sromotnikiem bezwstydnym choć śmiało mógłbym zwać się Sromotnicus Homosexual ze względu na czubek upaćkany brązową mazią jakby dopiero wyjęty z „groty nestle” ;P Dojrzałe egzemplarze wydzielają zapach zniewalający wszystkie muchy w okolicy które tłoczą się oblepiając szczyt i raźno zajadając nutellę.

"smakowity" kąsek ;) /fot. Ula/

Takich okazów mijamy niestety całkiem sporo tego dnia. Na koniec dnia niewielkie ogniseczko i gawęda towarzyszyły czekaniu na spanko, które było możliwe dzięki gościnności pracowników i dyrekcji tutejszego schroniska; byli oni nieco zdziwieni że od miękkich łóżek wolimy zadaszoną podłogę wielkiej biesiadnej altany.

kima pod dachem chaty Zbója Madeja /fot. Ula/

Dzień 4 Św. Kaśka – Masłów
Koszmarnie parny dzień, do tego trasa biegła wśród pól i łąk, gorące, mokre powietrze wlewało się do płuc odbierając siłę i chęć.

Punkt sprzedaży rękoczynu ludowego. Projekt współfinansowany z Programu Rozwoju Polski Wschodniej ;) /fot. Ula/

Nie licząc Św. Kaśki dopiero tego dnia trafiliśmy na pierwszy dobrze zaopatrzony (kaman, bez specjalnych wymagań, chodziło raptem o pomidory, cebulę czy kiełbasę) sklep na wsi. Upał pozwolił pierwszy raz od początku wysuszyć (a raczej zasuszyć) przepocone koszulki z poprzednich dni. Higiena nie była najmocniejszą stroną naszej wyprawy ale codzienna zmiana bielizny, koszulki i mycie kilku newralgicznych miejsc wodą lub nawilżanymi chusteczkami było niezbędne. Przynajmniej dla ludzi, mnie wystarczyło że wieczorem pani wyjmowała codziennie średnio po 5 kleszczy.

widok spod G. Wymyślonej na Północ /fot. Ula/

Posiadany zapas wody nie pozwalał dotrzeć do następnego sklepu przy szlaku (w Masłowie) więc za Wymyśloną zeszliśmy do Ciekot. Już się pan pytał o rozkład 10-tki ale po spożyciu zupy chmielowej odzyskał wigor a chęć dalszego wędrowania przeniknęła nas wraz z wodami Lubrzanki w której przełomie chłodziliśmy łapy i nogi. Na bardzo stromym podejściu pod Dąbrówkę zwaną powszechnie Ameliówką złapałam trop i szlag mnie trafił na całe 7 min. co wywołało panikę wśród współtowarzyszy ale na mój widok wyluzowali się, pstryknęli fotkę z Ameliówki na Dolinę Wilkowską i poszliśmy wśród ogromnych, bo miejscami nawet czterometrowych paproci do Diabelskiego Kamienia.

"Szybka Szczała" na wojennej ścieżce pod Diabelskim Kamieniem /fot. nieUla/ ;P

Tu postój był dość krótki gdyż od Starachowic ciągnęła burza czyli jak podkieleccy gospodarze mawiają „zachmurało się”. Do Masłowa wkroczyliśmy z pierwszymi kroplami deszczu, który 5 minut później zmienił się w ulewę. Przeczekaliśmy ją w ośrodku kultury a później przenieśliśmy się na nocleg pod wiatę…  na lotnisko. Po zimnym prysznicu w klubie spadochroniarskim i dłuuuugiej gawędzie o kierowaniu Jelczem i o łzach krów pod rzeźnickim nożem zasnęliśmy błogo na płycie lotniska strzeżeni przez dwa „Antki”,  pożarniczego „Dromadera” i mojego nowego, choć w sumie bardzo starego kolegę imieniem „Brutus” – wilczura wielkości małego niedźwiedzia.

dla mnie to byla najbardziej egzotyczna noc: niezwykłe zwykłe miejsce /fot. znowu Ula/

dzień 5 Masłów – Oblęgorek

O 7 zbudziły nas pierwsze loty, wsunęliśmy śniadanie pod sklepem i zaatakowaliśmy Domaniówkę (znaną też pod nazwami „hydrofornia” i „Góra Miłości”), minęliśmy niosącego pełną siatkę prawdziwków grzybiarza i z przybyłym niemalże wprost z Bułgarii Pawłem zrobiliśmy postój w miłej altance pozwalającej napić się herbaty z dala od wścibskich oczu panów z radiowozu.

poranny rozruch pod Hydrofornią /fot. Ula/

Dalej błotnistą drogą przecięliśmy obwodnicę i od szczytu kilka kilometrów szliśmy asfaltem wzdłuż drogi do Zagnańska – zgodnie ze szlakiem acz całkiem bezsensownie.

szort brejk (czyli pęknięte galoty) przed Polaną Świętopełka pod Tumlinem /fot. Ula/

Krótki postój pod sklepem w Tumlinie przywrócił siły, dalej poszło jak z płatka choć za torem wyścigowym potrzebny był postój dla schłodzenia stóp w Bobrzy. Wolę gdy idziemy lasem – mogę biegać do woli i skakać po krzaczorach a we wsi lub asfaltem niestety trzeba iść na smyczy.

daleko jeszcze Papo Smerfie? /fot. Ula/

Źle wróżyła chmura, która nas nakryła przy podchodzeniu pod Baranią Górę. Towarzyszący jej bardzo silny wiatr zapowiadał burzę, której jednak wymknęliśmy się zrezygnowawszy z przepięknego widoku (ok. 300 stopni dookoła) ale i  niepewnego spania pod chmurką.

"zakołtuniło sie, byndzie chluscyć" /fot. Ula/

Zeszliśmy na nocleg do Oblęgorka – jakież to przestronne zadaszenia dla turystów stawia tamtejsza gmina, przycupnęliśmy w jednym, tuż obok dworku Sienkiewicza. Zmęczenie dogoniło wszystkich tak, że poszliśmy spać ok 22.00

Bardzo miłe spanko obok stajni pod dworkiem Henryka /fot. Ula/

dzień 6 Oblegorek – Kuźniaki
Niedzielę rozpoczęliśmy pobraniem wody od strażnika muzealnego. Bez śniadania wróciliśmy czarnym szlakiem przez malowniczy wąwóz do właściwej trasy.

dojście czarnym szlakiem łącznikowym do głownego szlaku Massalskiego /fot. Ula/

Na G. Sieniawskiej, pod domem Piaska postój konsumpcyjny – na aperitif przydrożne jeżyny a później herbatka z rafałowej maszynki turystycznej i kanapki z szynką wieloowocową czyli konserwy wszelakiej maści. Dalsza trasa jak na całym szlaku układała się w znany schemat: podejście – zejście – podejście – zejście a mimo to urzekający jest ten ostatni odcinek szlaku i niesamowita grota Św. Rozalii w skałach Góry Perzowej.

najcieśniejsze przejście na szlaku - G. Perzowa /fot. Ula/

Wreszcie upragnione Kuźniaki – 105 km nie licząc odbić do sklepów i noclegów. Wróciliśmy się pod las na finalne ognisko i lizanie ran. Wzajemne napawanie się radością ukończenia całego głównego świętokrzyskiego szlaku przyćmił przebiegający koleżka, który „przeszedł” z Annopola do Kuźniaków (ponad 200km) w 48 godzin, szacun! W końcu, według znanego tylko pani sklepowej rozkładu, przyjechał bus i zgarnął nas mimo że pachnieliśmy „potem i prerią”.

zaprószenie ognia /fot. Ula/

Nauczyłam się jeść gdy naprawdę jestem głodna czyli raz dziennie i iść w pobliżu mojej pani a jak na beagla z bloku to sporo.

Nela wraz z Ulą, Bartkiem, Pawłem i Rafałem.
Foto: Dablju.

Psich smutków i radości wysłuchał by na ludzki język przełożyć – Brulionman :)

Zdjęcie strażackie w Kuźniakach - 105km szlaku, od lewej: Rafał, Ula, Nela, Bart i Paweł. /fot. samowyzwalacz/

Dwa słowa od tłumacza: z cyklu „rzeczy których nie wezmę następnym razem” przedstawiam patelnię, latawiec (wiem, wiem) oraz folię malarską 4x5m która miała nas chronić przed deszczem w razie srogiej biedy i spania w lesie. Poza tym cieszę się bardzo a powodów mam wiele: że udał się ten plan w dobrym gronie, że mam dzielną, niemarudzącą i kumającą takie szwędacze kobietę, że mieszczuch Nela dała radę a zarazem że się wybiegała do oporu, że spaliśmy na farcie bez korzystania z „kół ratunkowych” a to ostatnie świadczy najlepiej o mieszkańcach ziemi świętokrzyskiej, którzy przychylnie nas potraktowali. Za wszystko to DZIĘKI!

Tekst dostępny w wersji namacalnej pod postacią wrześniowo-październikowego wydania Wici a wszystkie Ulkowe foty z wyprawy do zobaczenia TUTAJ

Reklamy

Zagubione w akcji

5 Komentarzy

Dwie panoramy ze szlaku Kuzniaki – Oblegorek warte tyle co i pozostale zdjecia z tego wypadu.

I jakos odkad mam syfre to jest tak, ze coraz czesciej robie zdjecia a coraz rzadziej fotografie :(

Rajd pieszy Blizyn – Zalezianka

5 Komentarzy

To byl chyba pierwszy urlop w Polsce, AD 2007. Poprzedni wieczor skonczyl sie nad ranem polowaniem przy uzyciu dziszoka na przebiegajacego nam droge kota. Rzut niecelny, kot zwial a zegarek przepadl w chaszczach nafaszerowanych potluczonymi tulipanami za pogotowiem. Nie majac od jakiegos czasu mojej cegly odpuscilem dalsze polowanie i jakos udalo sie obrac azymut na statoilowego hotdoga by pozwolic sie przespac zwlokom co-nieco.

Spalem ze cztery godziny az do budzika i przypomnienia w komorasie – jestem umowiony z chlopakami na rajd, minuta osiem i smierdzialem juz w dylizansie „21”. Na dworcu busowym spotkalem Johnego i Niedzwiedzia a Szalas chyba czekal na nas w miescie slynacym dawniej z Polifarbu. W Blizynie, bo o nim mowa, majac wciaz rozrzedzona krew i myslenie, udalem sie „na dwojeczke” do najblizszego budynku ktorym okazal sie bank spoldzielczy. Pani kierownik cokolwiek przerazona jednak uzyczyla mi swego przybytku dobrej nadzieji do zwodowania kackupy a poniewaz ja to i dziekuje i wode spuszcze i ogolnie grzeczny jestem to obylo sie bez zgrzytow.

Ruszylismy. Na wstepie Johny mnie wystraszyl ze jesli mnie utnie osa to on bedzie mi robil tracheotomie gdyz mam smiertelna alergie na osy, pszczoly, baki, trzmiele, szerszenie etc. i po ukaszeniu moge przezyc 30 minut bez pomocy lekarskiej ale jak pani doktor mnie oswiecila – prosze sie nie zdziwic jesli udusi sie pan po zaledwie dziesieciu. Taka wiec tracheotomia przy naprawde szczesliwym zbiegu okolicznosci w srodku lasu, uratuje mi zycie lub przynajmniej przedluzy :)

Opuscilismy zabudowania, minelismy cmentarz i udalismy sie na Poludnie szlakiem, zaraz sprawdze na mapie jakim…  szlag ja trafil, wkazmacrazie, bazujac na wikipedii – zaczelismy zielonym szlakiem Blizyn – Zagnansk, jednak na rozstajach drog pod Szalasem Marcin poszedl do domu a my wbilismy sie na szlak czerwony Diabla Gora – Laczna. Cos mi sie nie widzi ta wikipedia bo ktorys ze szlakow pamietam jako czarny ale nie moge tego zweryfikowac gdyz PTTK Kielce na swej stronie zamiescilo tylko szlaki ktorymi samo sie opiekuje zamiast wszystkich jakie sa w regionie.

Wstyd przyznac ale pierwszy raz zaliczylem Piekielna Brame w rezerwacje Dalejowskim:

zdobywcy swiata

zdobywcy swiata - fot. Szalasowy samowyzwalacz

Szlak to multiopcja: obcujesz z przyroda, resetujesz sie z miejskiego szumu i tempa, uzywasz wiekszej pojemnosci pluc, wedrujesz z przyjaciolmi, rozmawiasz zarowno na tematy malo-wazne jak i egzystencjonalne, gdzies w polowie trzezwiejesz po wypoceniu toksyn (sorry Winetou ale jako dwunoga gorzelnia idziesz ostatni). Pierwszy raz wtedy dalem sie przekonac ze czasem klamstwo jest niezbedne dla higieny psychicznej w zwiazku mezczyzny z kobieta ale przemyslalem to pozniej i odszczekacie to na nastepnym rajdzie kolego M. :)

Po drodze oczywiscie pogawedzilismy sobie z napotykanymi lesniczymi, ktorzy w swej pracy poruszaja sie po lesie m.in. Wiejskim Sprzetem Kaskaderskim ubranym zaledwie w kostke na tylnym kapciu. Oldschoolowa Zemsta Swidnika daje rade w lesie a jak legenda ludowa o wuesce niesie – na jedynce pojedzie nawet w poprzek ziemniaczanego pola. Z czasow gdy sam jezdzilem na takim motorze zostalo w sieci jedno zdjecie (autorstwa A. Ziemkiewicza) bo dzis ta okolica zarosla totalnie. Moze ze wzgledu na to co mam w duszy, trzeba bylo zostac lesnikiem by laczyc przyjemne z pozytecznym? Wracajac do opowiesci podrozniczej mej – natrafilismy jeszcze na jakas grupa rowerzystow a dalej na pechowca, ktory zakopal sie w lesie ciezarowka pelna dluzyc czy jak tam sie zowia sciete drzewa. Z lasu wyszlismy kolo lesniczowki w poblizu wsi Zalezianka i Wystepa, stad aswaltem w strone Belna by w oczekiwaniu na pijana nyske do Kielc przeniesc sie na trwake za sklepem konsumujac pokarm, ktory dal nam Pan. Wlasciwie to nie dal a sprzedal i nie Pan a Pani :>

Zero zdjec bo nie chcialem dzwigac niczego procz muszynianki. Szlak latwy, na jednym odcinku w mlodym lesie bukowym, ciezko znalezc szlak. Za to od skrzyzowania szlakow pod Szalasem szlak w strone Lecznej jest zdecydowanie nudny jako ze biegnie piaszczysta lesna droga, moze w strone Jasiow/Janaszow/Samsonow jest lepiej a moze trzeba sie wbic na Jana w las i przedzierac z kompasem. Zla trasa na rower – duzo galezi a pozniej piachu tak grzazkiego ze nawet na kapciach 2.3″ czlowiek sie wpieni.

Czuwaj! ;)

Lug

leave a comment »

Lug – tak w skrocie nazywaja Irlandczycy najwyzszy w hrabstwie Leinster szczyt  – Lugnaquille.

27 wrzesnia 2008 r. ok godz 9 udalo nam sie opuscic dom by po dziesiatej byc juz w wawozie/dolinie Glenmalure. W krajobrazie przypominajacym Bieszczady, TPP „B.U.K.” wygramolilo sie z Karlosowej strzaly a oczom ich ukazal sie…   gigantyczny plecor Karlosa ktorego zawartosci wlasciciel nie chcial zdradzic i na dodatek uparl sie ze zabiera wszystko na gore. Karkolomne wyzwanie, ja np zrezygnowalem z zabrania lustrzanki bo za ciezka a tu taki bagaz, nie lada wyzwanie…

w drodze na Lug

w drodze na Lug, w oddali rzeczko-wodospad a w ostatnim planie grzbiet prowadzacy w lewo na Lug

Karlos ruszyl pierwszy solo, my z Ula za nim. Wejscie po prawej stronie „wodospadu”/rzeczki, po pokonaniu stromej czesci wybralismy nowa droge. Wiodla ona przez zabojczo meczace dla nog trawy wysokosci nawet do pasa, ktore skutecznie zniechecaja podczas wchodzenia pod gore przytrzymujac buty, spowalniajac posuwanie sie naprzod i wymagajac wysokiego podnoszenia stop. Mimo ze bylo relatywnie sucho jak na ten teren to prawie godzine zajelo nam przeprawienie sie przez moczarowo-torfowy srodkowy odcinek szlaku. Wedrowka tamtedy polega na znajdowaniu gestych kep trawy oraz wysp torfowych pozwalajacych uniknac brodzenia po kostki w zapadajacym sie pod wode trzesawisku. Nie ma tam szlaku, samemu sie wybiera trase skokow i najmniej bagnistych stapniec.

Poludniowy stok grzbietu Lugduff, u jego stop dolina Glenmalure

Poludniowy stok grzbietu Lugduff, u jego stop dolina Glenmalure (panorama z 6 zdjec, ok 180')

W rozpadlinach, powstalych przez erozje wspomagana wypasem owiec, znalazlem skrzydlo samolotu. Rozgladalem sie za innymi szczatkami typu portfele pasazerow, licencja pilota albo chocby czarna skrzynka (dla Mamy pod pelargonie) ale ani sladu. Ci cholerni turysci UKRADZOM wszystko co tylko znajda.

szczatki samolotu

szczatki samolotu

Z wstepnych ogledzin skrzydla oraz sladow katastrofy, ktora miala tam miejsce wiemy niezbicie, iz transportujacy Generala Wladyslawa Sikorskiego samolot Liberator II AL523, ktory spadl do morza 4 lipca 1943 r. o godzinie 23:07, 16 sekund po wystartowaniu, w wyniku czego zginela corka generala i szef sztabu Naczelnego Wodza, Tadeusz Klimecki oraz siedem innych osob, z cala pewnoscia wlasnie tamtedy… nie lecial.

Teczowy music box wokol oczka wodnego

Teczowy music box wokol oczka wodnego

Po dokonaniu tego, badz co badz, przelomowego odkrycia (do dzis malo ktory badacz historii wie o powyzszym) pomaszerowalismy w lewo by wspinac sie grzbietem, tym razem po krotkiej trawce, owiewani zachodnim wiatrem, spotykajac pierwszych ludzi tego dnia. 30 min pozniej wedrowalismy przez prawie calkiem plaski i bardzo obszerny szczyt Lug, na ktorym w jednym miejscu zbudowano kopiec z kamieni, bez niego w wielu miejscach moze sie wydawac ze „to tu” co mogloby byc przyczynkiem do bojek o to kto wszedl pierwszy itp ;) Dla szukajacych ekstremalnie mocnych wrazen ta pekata gora ma dwa bardzo strome polodowcowe stoki zwane Polnocnym i Poludniowym Wiezieniem.

Tuz przy kopcu siedzial usmiechniety od ucha do ucha Karlos, obok niego stal sklesniety plecak z ktorego wybebeszono uprzednio maszynke turystyczna, patelnie, garnek i cala fure zarcia. To byla prawdziwa niespodzianka i dala nam strasznie duzo radosci i tylez samo energii: jajcowizna z 12 jaj smazona na maselku oczywiscie, mmmm….    kabanosy i kielbasa smazona z celula, czosnkiem i roznymi przyprawami, mmmm…..   goraca kawo-czekolada….   mmmmMMmmniam! I to wszystko 925m npm (niecale 3035 ft, Lug jest 13 co do wysokosci z 14 gor na wyspie, ktore przekraczaja 3000 ft), tym samym pobilismy wyczyn Betka i czekamy na rewanz (stukanie jajem o wschodzie slonca w Wielkanoc z CKF sie nie liczy Grzeniu hehehehe).

Karlos i nasz spozywczy balagan

Nasz spozywczy balagan. Karlos, dzieki za niespodzianke!

Zdumieni turysci zerkali nieco zazdrosnie tym bardziej ze zapach roznosil sie w promieniu kilkudziesieciu metrow. Pichcilismy gdzie Maklowicz nie pichcil! A wokol, jak donosi nie zawsze wiarygodna wikipedia, przy dobrej widocznosci okiem nieuzbrojonym winno byc widac, poprzez Morze Irlandzkie, wzgorza Llŷn Peninsula i gory Snowdonia w Walii (UK). Smiem powatpiewac gdyz podczas majowego wejscia mielismy nieskazitelna pogode co pozwolil zidentyfikowac wszystkie gory przedstawione na metalowej plycie a jednak nic „po drugiej stronie morza” nie rzucilo nam sie w oczy.

Zszamalismy do syta, poznalismy ciekawych ludzi – Toma i Ursule i wspolnie z nimi oraz pewnym czlowiekiem sprawiajacym wrazenie poszukiwacza swej wlasnej piatej klepki zeszlismy w dol wschodnim ramieniem Lug by skrecic w lewo i dalej samym brzegiem stromizny, znow skaczac przez mokradla, dojsc do poludniowej strony glownego strumienia. Sporo stromych zejsc, pozniej nieco skakania po glazach w rzece by wrocic na „szlak” w miejscu gdzie zaczyna sie ubita droga dla samochodu.

A tu specjalnie dla MTB wariatow:

widok, ktory stymuluje DH wyobraznie

widok, ktory stymuluje DH wyobraznie

Aha, dzieki przyrodniczym zacieciom atakze pewnej cierpliwosci lingwistycznej zapoznanych Irlandczykow udalo mi sie wreszcie ustalic iz tajemnicze zwierze ktore widzialem w gorach gdy wchodzilismy z Ula na Tonelagee, a byl to borsuk, to nie Ratcoon ale Badger (ktorego bralem za „bobra” podczas gdy ten ostatni to Beaver). Zas obszerne informacje o mokradlach irlandzkich, wraz z kilkoma wydobytymi z nich cialami ludzkimi z zachowana skora, wlosami i miesniami mozna posiasc odwiedzajac Muzeum Archeologii i Etnografii na Kildare St w Dublinie.

Zdjec jeszcze pare z tego wypadu trafi na bloga po dokonczeniu i wywolaniu filmu oraz gdy Ula opracuje swoje foty z wypadu. Pierwsze zdjecie (to „ladne) to ostatnia klatka na gratisowym filmie noname z labu a pozostale na zapozyczonym Ulczanym didżitalnym kąpakcie. Dla tych ktorzy wybieraja sie w Gory Wicklow – sprawcie sobie mape Ordnance Survey Ireland – Discovery series nr 56 (nielaminowana – jest lezejsza i duzo bardziej poreczna/elastyczna).

Do zobaczenia na szlaku. A przynajmniej na blogu ;P

TPP „B.U.K.” przedstawia: Djouce Mountain

with one comment

Znowu bylismy w Gorach Wicklow. Znowu z Ula i Karlosem. Towarzystwo Pieszej Przygody „Bartek Ula Karol”. Pisze te posty z pewnym opoznieniem i czasem trudno sie polapac zwlaszcza ze w ostatni weekend tez bylismy w tych gorach. Ale ale, do rzeczy. Samochod sie zoastawia tam gdzie autobusy przywoza turystw pstrykajacych fotki jeziora i rusza sie wydeptana sciezka. W sumie najpiekniejszy widok to rzut oka w tyl po przebyciu zaledwie 15% dystansu na gore. Ten piekny poszczerbiony stok to wschodnia sciana Luggali zwanej tez Fancy Mountain(595m npm) ktora tak stromo odpada do jeziora Lough Tay. Szeptem: A jesliby pojsc wzdluz linii lasu w lewa strone – droga zaprowadzi nas do kompleksu tras rowerowych Ballinastoe, mniam!

 

)

jak - nie przymierzajac - w Bieszczadach :)

WIezniowie zamiast wylegiwac sie w celach z TV za MOJE pieniadze powinni…   nie chce uzywac slow nieparlamentarnych wiec nie powiem co powinni ale przyjmijmy ze chodzi mi o ” naprawde ciezko pracowac”, wzorem irlandzkim stare podklady kolejowe znalazly zastosowanie – polozona z nich sciezka daje turystom mozliwosc przejscia sucha noga przez mokradla (ktore wystepuja tu nawet na szczytach i grzbietach, relatywnie wysoko a jednak!) jednoczesnie chroniac licha glebe przed niszczeniem przez ruch pieszy. Podklady sa obciagniete napieta metalowa siatka o drobnych oczkach, dobrze przygwozdzona co daje dobra przyczepnosc nawet gdy drewno jest wilgotne lub zmrozone.

Ten tu ponizej to ma chyba owce zatrzymywac bo inne zastosowania zadna miara wyobrazic sie nie kcom.

 

antyowczy mostecek

antyowczy mostecek

 

A teraz, drogie panie, odpinamy hamulce i staramy sie nie puscic kierownicyyyyyyyyyyy….   podniecajaca jest ta sciezka. To rowniez widok „w tyl”. W tle szczyt mniejszej grory – White Hill (630m npm), dwa jeziora z ktorych tylko jedno ma nazwe – Vartry Reservoir.

 

downhill

pierwsza mysl - downhill

 

Wiekszosc trasy pokonuje sie idac szlakiem Wicklow Way, jednym z nielicznych oznakowanych szlakow w tych gorach a zarazem najdluzszym – 132 km, calkiem blisko szczytu szlak odbija w prawo by zaczac opadac w strone wodospadow Powerscourt a my kierujemy sie prostu i lekko w prawo. i wreszcie jest – Djouce Mountain (725m npm).

 

szczyt Djouce

szczyt Djouce, po lewej stronie w morzu widac polwysep Howth a nieco blizej przyladek czy tez cypel Dalkey.

Djouce czyta sie „dzius” (jak „juice”) a nie „djucze” jak sobie to wykoncypowalem :) Opisana droga jest dziecinnie prosta i gdybym mial kogos zachecic do wedrowek po Gorach Wicklow to zaczalbym wlasnie od tej gory – nie wymaga kondycji ani umiejetnosci chodzenia po gorach, przewyzszenie jest tak rozlozone ze moznaby w sumie wejsc tam w klapkach a widoki sa calkiem niezle.

widok na wschod ze szczytu Djouce

widok na wschod ze szczytu Djouce

Najwyzsza gora widoczna powyzej to Great Sugar Loaf (501m npm) – rzuca sie w oczy kazdemu wyjezdzajacemu N11 z Dublina.

 

 

widok bardziej na poludnie lecz nadal w kierunku wschodnim

widok bardziej na poludnie lecz nadal w kierunku wschodnim

A to Dublinska Szkola Krajobrazu – pastwiska pooddzielane od siebie tradycyjnie usypanymi murkami z wyzbieranych na polu kamieni. A poniewaz bylo nam malo to jeszcze trzasnelismy 10km dookola wielozbiornikowego ujecia wody dla miasta Dublin.

jak glosi napis dla wedkarzy - max 2 ryby na torbe (cokolwiek to oznacza) i kazda musi przekraczac dlugosc 9"

jak glosi napis dla wedkarzy - max 2 ryby na torbe (cokolwiek to oznacza) i kazda musi przekraczac dlugosc 9

W drodze dosamochodu obzarlismy sie pekajacymi wrecz od dojrzalosci jezyn a i pare – nieznanych tu – orzechow laskowych trafilo nam sie na leszczynach. Wkrotce relacja z „Lug”. Pozdro!

Plan uknuty przez Karlosa… / plan made by Carlos…

leave a comment »

Propozycja na NAJBLIZSZA sobote jest taka:

zamiast smierdziec w domu przez dzien caly, juz o 6.30 wyjezdzamy z Finglas, o 7.00 wpadamy na Statoil/Topaz przy Sqare na Tallaght, zgarniamy chetnych ktorzy winni wyposazyc sie z dobre buty, odpowiednie ubranie, prowiant, napoje, samochod i ewentualnie cos na grilla. Celem wyprawy jest najwyzsza gora w county Wicklow i Dublin – Lugnaquilla (925m npm). Zostawiamy samochody w Glenmalure (na poludnie od Laragh) i napieramy w gore, dojscie na szczyt powinno zajac ok 3 godz, zejscie niewiele krocej. Na dole kolo parkingu nad rzeka zrobimy grilla, grill bedzie, trzeba tylko zabrac wungiel gouombecko.

Bylismy tam juz, pogoda zapowiada sie znowu piekna, wartpo powtorzyc ten numer, pare slow i zdjec z Lugnaquilli mozna znalezc tu: [KLIKNIJ] Kto chce, moze i czuje sie na silach – kaman.

ZZIB: Gratulacje dla Reet z okazji urodzin mocno okraglych, dla Justyny i Pawla z okazji przyjscia na swiat Nikodema a Wam, drodzy Czytelnicy, wkrotce naswietle dlaczego nie powinno sie kupowac laptopa za 500 euro od nieznajomych ludzi.

Majowka na Tonelagee

leave a comment »

 

4 maja 2008 r.

Poranek w Dublinie – pada. Jak zwykle. Ale konczy sie wlasnie weekend, jedzmy w gory, gorzej nie bedzie a jest szansa ze zla pogoda sie zatrzyma na ktoryms lancuchu gorskim. Przyfarcilo sie, w Gorach Wicklow pomalu przebija sie slonce podczas gdy u Karlosa na Tamhlacht wciaz dzdzy.

Dziwne, listonosz jest codziennie a zadnych listow do nas nie ma...

 

Odejdzmy moze gdzies na bok od parkingu bo nie zdzierze tego harmidru. Odeszlismy, przez rzeczke, pod gorke, spotkanie z borsukiem, brnelismy troche przez wrzosowiska wciaz wspinajac sie az znalalem pol poroza koziolka.

 

 

 

 

 

Torfowe uskoki, ksiezycowy krajobraz

 

Dostarlismy na szczyt pierwszego kopca, powiedzmy polowa drogi, urocze miejsce – osuniecia torfowe metrowej wysokosci no i pol-panorama, z jednej strony w kierunku opuszczonych osad gorniczych, w druga w strone jeziora o ksztalcie serca choc ja patrzylem raczej z drugiej strony :)

 

 

 

 

Jezioro Lough Ouler

 

Jest to swoista nagroda gdyz wysokie polozenie jeziora gwarantuje iz jest ono widoczne z kilku zaledwie szczytow. Pod odpowiednim katem wyglada jak ksztaltna pupa-gruszka :)

 

 

 

 

Druga czesc podejscia

 

Tu sie robie bardziej stromo i trzeba trawersowac po sliskim blotnym szlaku pomiedzy licznymi skalkami

 

 

 

 

Szczyt

Jozin z Bazin z narzeczona

 

A oczom ich ukazl sie las…  krzyzy. Rozwinelismy fragment mapy (wialo mocno) i z radoscia odkrylismy ze weszlismy wlasnie na trzeci w kolejnosci najwyzszy szczyt w Gorach Wicklow: Tonelagee (irl.: tylem do wiatru) 817m npm i tu dopiero spotkalismy jakichs piechurow. Szczyt Tonelagee jest w osi ze zbiornikiem retencyjnym elektrowni Turlough Hill i Lugnaquilla.

 

 

 

 

Lezakowanie bezobiadowe

Lezakowanie bezobiadowe

Cala trasa pekla na zasadzie „a to chodzmy jeszcze kawalek, moze bedzie ciekawszy widok”, nie planowalismy zadnego szczytu ani nie sprawdzalismy dokad wchodzimy, tempo zolwie, odpoczynek, relaks, bez cisnien. To chyba wtedy postanowilem ze potrzebny mi kompaktowy pstrykacz bo targanie lustrzanki odbiera przyjemnosc maszerowania a jakosc wyproznien z fotokomorki to jakas pomylka. W drodze powrotnej zaufalem instyktowi i wyszlibysmy ale juz ponizej wodospadu znajdujacego sie miedzy Laragh a Sally Gap

%d blogerów lubi to: