Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Rajd pieszy Gołoszyce – Kuźniaki czyli „żwawy spacer przez Łysogóry”

with 14 comments

Dzień 1 Gołoszyce – Jeleniów
Wyprawa zaczęła się na „drugim” dworcu busowym w Kielcach gdzie rozminęliśmy się z busem pt. „Tarnobrzeg”. Przybyliśmy zatem na główną busownię i mimo złowrogo wyglądającego rozkładu straszącego brakiem połączeń z Gołoszycami próbowaliśmy się zalogować do dalekobieżnego busa, bezskutecznie. Dopiero trzecia próba zakończyła się powodzeniem i pomknęliśmy pekaesem na wschód. W autobusie jak zwykle strasznie mi ciekła na podłogę ślina ale obyło się bez afery.

Cmentarz pod lasem na początku szlaku w Gołoszycach, warto zwrócić uwagę na liczby /fot. Ula/

Wysiedliśmy i zapomnianą, obustronnie wysadzaną wielkimi, starymi drzewami drogą posuwaliśmy się naprzód. Żar z nieba, gorąc pól i łąk spowodował że język wisiał mi prawie do ziemi. Moja Pani w towarzystwie Rafała i Bartka parła naprzód a ja bawiłam się w turlanie niedojrzałych orzechów laskowych. Psiakrew, jak to „czemu?” – przecież jestem beaglem – miłą, łaciatą półtoraroczną suczką!
Pasmo Jeleniowskie to mnóstwo kałuż i bagienek, z których ani jednego nie odpuściłam a napęd na 4 łapy wyciągał mnie zawsze z tarapatów. Po kilku wzgórzach dotarliśmy do Szczytniaka gdzie zakręciliśmy się jak Stirlitz czyli weszliśmy wyjściem. Odnalazłszy właściwy kierunek szlaku podreptaliśmy do przełęczy na której daaaawno temu działał tartak. Ponieważ nie lubimy deszczu a od Wólki Milanowskiej ciągnęła bura chmura – zeszliśmy do Jeleniowa poszukać noclegu.
Trafiliśmy do przemiłej niewiasty która zamiast w znalezionym przez nas garażu dała nam schronienie w swoim drugim, jednoizbowym domku. Kilka kilosów trzeba było przejść zanim dotarliśmy do sklepu by uzupełnić zapasy żywności.

idziemy przez Jeleniów a wraz z nami najbardziej zagorzały adorator Neli /fot. Ula/

Po drodze trzech lokalnych macho z mego gatunku sprzeczało się o pierwszeństwo w podrywaniu mnie. Całe szczęście że się tak zacietrzewili, iż walka między sobą wzięła górę nad pierwotnym instynktem rozmnażania i ominął mnie bliski kontakt pierwszego stopnia. Spaliśmy w pokoju pachnącym orzechami włoskimi a w naszej kuchni dzień wcześniej rozbierano świnkę i nos zaprowadził mnie do kosteczek powbijanych w rzeźniczy pniak jednak ludzie jak zwykle nic nie czuli. Tej nocy spałam jak królowa – we własnym fotelu.

Tuśmy zmajstrowali jajecznicę. /Fot. Ula/

Dzień 2 Jeleniów – Św. Krzyż
Poranek powitał nas mżawką, chcąc skrócić wejście na G. Jeleniowską połakomiliśmy się na skrót, który z początku wiódł drogami wycinki drzew wyżłobionymi dość głęboko przez spływające po deszczach strumienie ale po paru kilometrach, gdy skończyły się drwalnicze szlaki a zaczął offroad przez bagienka i połamane śniegiem ostatniej zimy drzewa, „ukazał oczom naszym las krzyży” gdyż wyszliśmy w… Jeleniowie.

na "skróty" ;P /fot. Ula/

Stąd asfaltem przez Paprocice i pod górę do Zamkowej Woli – najbliższego (słabiutko zaopatrzonego) sklepu, pod którym dziwnie mówiący pan przypominający janosikowego Pyzdrę przyniósł mi mamałygę, kwaśnawe mleko (pycha!) i przyprowadził najdziwniejszego kolegę jakiego kiedykolwiek spotkałam.

najbardziej hardkorowy pies we wsi :) /fot. Ula/

Odpoczynek pod drzewem przerwał nam dziadek przynoszący opowieści o hitlerowcach i cieleniu się krów. Poczłapaliśmy stromo pod las Kobylej Góry a połknąwszy ją, z Trzcianki wysłaliśmy jednoosobową ekspedycję po żywność. Zostawiliśmy za sobą chłopaka na prawdziwej rometowskiej motorynce i jednego takiego ryżego kudlę. Za jazdnią szlak wiódł pod górę, przez wysoki, przestronny las i wspaniale chłodzący strumień w którym brykałam jak szalona.

relaksacyjne ćwiczenia na mostku /fot. Ula/

Na górze okazało się że ciut za długo trwały harce w wodzie ale pani ogrzała mnie śpiworkiem a braciszkowie z klasztoru nawet podzielili się wrzątkiem na zupę, kisiel, kawę i herbatę. Spaliśmy w namiocie do konsumpcji grochówki ale co rusz dało się słyszeć odgłosy Puszczy Jodłowej na które musiałam odpowiadać szczekaniem więc ta noc nie należała do najspokojniejszych.

"folklorem malowane" czyli szkaradnie mocny makijaż figury Jezusa i dedykacja z analfabetycznymi błędami /fot. Ula/


Dzień 3 Św. Krzyż – Św. Kaśka

Jako pies przestrzegam pewnego savoir vivre – nigdy nie sikam w domu a dom jest tam gdzie śpimy lub robimy postój plus-minus 50m marginesu dookoła. Moja przezorna pańcia obudziła mnie o 6.30 żeby „wyprowadzić mnie na siku” poza teren klasztoru, więc ominął mnie bezcenny widok min panów, których ze snu wyrwało jednoczesne bicie dzwonów i płynące z megafonu „Paaaaan kiedyś stanąąąąął nad brzeeegieeeeem„.

kimaneiro pod klasztorem /fot. Ula/

Po porannej kawusi w tutejszym wirydarzu oraz Krówkach Dąbrówkach, sturlaliśmy się do Huty Szklanej opanowanej przez dmuchane topory i plastikowe ciupagi a po przebrnięciu przez hordy małolatów podziwialiśmy już ze szlaku grzbiety naszych przyszłych tras i dalej podreptaliśmy przez Kakonin i polanę Św. Mikołaja na kupę kamieni oblężoną przez dzieci z charczącymi hity komórkami, zwaną przez ludzi Łysicą.

Łysica

Mnóstwo turystów (nawet padła propozycja matrymonialna dla mnie na przyszłość) wchodzi tu i wraca do Świętej Katarzyny, poszliśmy więc tam i my.

Wątek edukacji przyrodniczej – nie czytać przy jedzeniu. O tej porze roku przy szlaku unosi się zapach kałowego zagajnika, bynajmniej nie dlatego, że piechurzy kładą kabel na trawę tuż przy ścieżce. Odpowiedzialny za ów smród jest pewien sprośny grzyb wyglądający jak dojrzały wzwiedziony fallus średniej wielkości zwany z racji swego wyglądu sromotnikiem bezwstydnym choć śmiało mógłbym zwać się Sromotnicus Homosexual ze względu na czubek upaćkany brązową mazią jakby dopiero wyjęty z „groty nestle” ;P Dojrzałe egzemplarze wydzielają zapach zniewalający wszystkie muchy w okolicy które tłoczą się oblepiając szczyt i raźno zajadając nutellę.

"smakowity" kąsek ;) /fot. Ula/

Takich okazów mijamy niestety całkiem sporo tego dnia. Na koniec dnia niewielkie ogniseczko i gawęda towarzyszyły czekaniu na spanko, które było możliwe dzięki gościnności pracowników i dyrekcji tutejszego schroniska; byli oni nieco zdziwieni że od miękkich łóżek wolimy zadaszoną podłogę wielkiej biesiadnej altany.

kima pod dachem chaty Zbója Madeja /fot. Ula/

Dzień 4 Św. Kaśka – Masłów
Koszmarnie parny dzień, do tego trasa biegła wśród pól i łąk, gorące, mokre powietrze wlewało się do płuc odbierając siłę i chęć.

Punkt sprzedaży rękoczynu ludowego. Projekt współfinansowany z Programu Rozwoju Polski Wschodniej ;) /fot. Ula/

Nie licząc Św. Kaśki dopiero tego dnia trafiliśmy na pierwszy dobrze zaopatrzony (kaman, bez specjalnych wymagań, chodziło raptem o pomidory, cebulę czy kiełbasę) sklep na wsi. Upał pozwolił pierwszy raz od początku wysuszyć (a raczej zasuszyć) przepocone koszulki z poprzednich dni. Higiena nie była najmocniejszą stroną naszej wyprawy ale codzienna zmiana bielizny, koszulki i mycie kilku newralgicznych miejsc wodą lub nawilżanymi chusteczkami było niezbędne. Przynajmniej dla ludzi, mnie wystarczyło że wieczorem pani wyjmowała codziennie średnio po 5 kleszczy.

widok spod G. Wymyślonej na Północ /fot. Ula/

Posiadany zapas wody nie pozwalał dotrzeć do następnego sklepu przy szlaku (w Masłowie) więc za Wymyśloną zeszliśmy do Ciekot. Już się pan pytał o rozkład 10-tki ale po spożyciu zupy chmielowej odzyskał wigor a chęć dalszego wędrowania przeniknęła nas wraz z wodami Lubrzanki w której przełomie chłodziliśmy łapy i nogi. Na bardzo stromym podejściu pod Dąbrówkę zwaną powszechnie Ameliówką złapałam trop i szlag mnie trafił na całe 7 min. co wywołało panikę wśród współtowarzyszy ale na mój widok wyluzowali się, pstryknęli fotkę z Ameliówki na Dolinę Wilkowską i poszliśmy wśród ogromnych, bo miejscami nawet czterometrowych paproci do Diabelskiego Kamienia.

"Szybka Szczała" na wojennej ścieżce pod Diabelskim Kamieniem /fot. nieUla/ ;P

Tu postój był dość krótki gdyż od Starachowic ciągnęła burza czyli jak podkieleccy gospodarze mawiają „zachmurało się”. Do Masłowa wkroczyliśmy z pierwszymi kroplami deszczu, który 5 minut później zmienił się w ulewę. Przeczekaliśmy ją w ośrodku kultury a później przenieśliśmy się na nocleg pod wiatę…  na lotnisko. Po zimnym prysznicu w klubie spadochroniarskim i dłuuuugiej gawędzie o kierowaniu Jelczem i o łzach krów pod rzeźnickim nożem zasnęliśmy błogo na płycie lotniska strzeżeni przez dwa „Antki”,  pożarniczego „Dromadera” i mojego nowego, choć w sumie bardzo starego kolegę imieniem „Brutus” – wilczura wielkości małego niedźwiedzia.

dla mnie to byla najbardziej egzotyczna noc: niezwykłe zwykłe miejsce /fot. znowu Ula/

dzień 5 Masłów – Oblęgorek

O 7 zbudziły nas pierwsze loty, wsunęliśmy śniadanie pod sklepem i zaatakowaliśmy Domaniówkę (znaną też pod nazwami „hydrofornia” i „Góra Miłości”), minęliśmy niosącego pełną siatkę prawdziwków grzybiarza i z przybyłym niemalże wprost z Bułgarii Pawłem zrobiliśmy postój w miłej altance pozwalającej napić się herbaty z dala od wścibskich oczu panów z radiowozu.

poranny rozruch pod Hydrofornią /fot. Ula/

Dalej błotnistą drogą przecięliśmy obwodnicę i od szczytu kilka kilometrów szliśmy asfaltem wzdłuż drogi do Zagnańska – zgodnie ze szlakiem acz całkiem bezsensownie.

szort brejk (czyli pęknięte galoty) przed Polaną Świętopełka pod Tumlinem /fot. Ula/

Krótki postój pod sklepem w Tumlinie przywrócił siły, dalej poszło jak z płatka choć za torem wyścigowym potrzebny był postój dla schłodzenia stóp w Bobrzy. Wolę gdy idziemy lasem – mogę biegać do woli i skakać po krzaczorach a we wsi lub asfaltem niestety trzeba iść na smyczy.

daleko jeszcze Papo Smerfie? /fot. Ula/

Źle wróżyła chmura, która nas nakryła przy podchodzeniu pod Baranią Górę. Towarzyszący jej bardzo silny wiatr zapowiadał burzę, której jednak wymknęliśmy się zrezygnowawszy z przepięknego widoku (ok. 300 stopni dookoła) ale i  niepewnego spania pod chmurką.

"zakołtuniło sie, byndzie chluscyć" /fot. Ula/

Zeszliśmy na nocleg do Oblęgorka – jakież to przestronne zadaszenia dla turystów stawia tamtejsza gmina, przycupnęliśmy w jednym, tuż obok dworku Sienkiewicza. Zmęczenie dogoniło wszystkich tak, że poszliśmy spać ok 22.00

Bardzo miłe spanko obok stajni pod dworkiem Henryka /fot. Ula/

dzień 6 Oblegorek – Kuźniaki
Niedzielę rozpoczęliśmy pobraniem wody od strażnika muzealnego. Bez śniadania wróciliśmy czarnym szlakiem przez malowniczy wąwóz do właściwej trasy.

dojście czarnym szlakiem łącznikowym do głownego szlaku Massalskiego /fot. Ula/

Na G. Sieniawskiej, pod domem Piaska postój konsumpcyjny – na aperitif przydrożne jeżyny a później herbatka z rafałowej maszynki turystycznej i kanapki z szynką wieloowocową czyli konserwy wszelakiej maści. Dalsza trasa jak na całym szlaku układała się w znany schemat: podejście – zejście – podejście – zejście a mimo to urzekający jest ten ostatni odcinek szlaku i niesamowita grota Św. Rozalii w skałach Góry Perzowej.

najcieśniejsze przejście na szlaku - G. Perzowa /fot. Ula/

Wreszcie upragnione Kuźniaki – 105 km nie licząc odbić do sklepów i noclegów. Wróciliśmy się pod las na finalne ognisko i lizanie ran. Wzajemne napawanie się radością ukończenia całego głównego świętokrzyskiego szlaku przyćmił przebiegający koleżka, który „przeszedł” z Annopola do Kuźniaków (ponad 200km) w 48 godzin, szacun! W końcu, według znanego tylko pani sklepowej rozkładu, przyjechał bus i zgarnął nas mimo że pachnieliśmy „potem i prerią”.

zaprószenie ognia /fot. Ula/

Nauczyłam się jeść gdy naprawdę jestem głodna czyli raz dziennie i iść w pobliżu mojej pani a jak na beagla z bloku to sporo.

Nela wraz z Ulą, Bartkiem, Pawłem i Rafałem.
Foto: Dablju.

Psich smutków i radości wysłuchał by na ludzki język przełożyć – Brulionman :)

Zdjęcie strażackie w Kuźniakach - 105km szlaku, od lewej: Rafał, Ula, Nela, Bart i Paweł. /fot. samowyzwalacz/

Dwa słowa od tłumacza: z cyklu „rzeczy których nie wezmę następnym razem” przedstawiam patelnię, latawiec (wiem, wiem) oraz folię malarską 4x5m która miała nas chronić przed deszczem w razie srogiej biedy i spania w lesie. Poza tym cieszę się bardzo a powodów mam wiele: że udał się ten plan w dobrym gronie, że mam dzielną, niemarudzącą i kumającą takie szwędacze kobietę, że mieszczuch Nela dała radę a zarazem że się wybiegała do oporu, że spaliśmy na farcie bez korzystania z „kół ratunkowych” a to ostatnie świadczy najlepiej o mieszkańcach ziemi świętokrzyskiej, którzy przychylnie nas potraktowali. Za wszystko to DZIĘKI!

Tekst dostępny w wersji namacalnej pod postacią wrześniowo-październikowego wydania Wici a wszystkie Ulkowe foty z wyprawy do zobaczenia TUTAJ

Odpowiedzi: 14

Subscribe to comments with RSS.

  1. wow…

    zajebiście :-)

    John... z tych Johnów

    6, Październik, 2010 at 10:53 pm

  2. swietna przygoda wytrzymalosc piechurowania godna podziwu pozdro

    maxdags

    7, Październik, 2010 at 8:12 pm

  3. No brawo, brawo…podziwiam wytrwałość:-)Fajnie poczytać czasem o takich przygodach szczególnie gdy niektórym pozostaje poki co zmiana pieluszki i nocne wstawanie, ale kto wie…moze kiedyś:-)Całuski od rudej i reszty domowej ferajny:-)

    ruda

    19, Październik, 2010 at 3:45 pm

  4. […] Reportaz zdjeciowy z mojej niezawodnej minolty X7 A ze stała 50, wstawiłam poniżej. Reportaż opisowy ktory ukazał sie także w informatorze Vici napisał Bartek tu […]

  5. Bardzo cenię takie turystyczne stronki, a jak jest zrobiona z humorem, to jeszcze bardziej kręci. Moje studenckie wyprawy odbywały się w świecie telefonów na sznurkach (tylko), teraz pasjonują mnie miejsca górzyste, gdzie da się wepchnąć rower i potem na raty zjechać. Kielecczyzna i Beskid Niski to jest to!
    Pozdrawiam – Andrzej.

    turysta

    3, Styczeń, 2011 at 11:45 am

    • W czasach telefonów na sznurku przykładalo się większą wagę do spotkania bo nie dało się go odwołać esem z szablonu „Przepraszam, spoznie sie … ” ale też dla cięcia kosztów używaliśmy CB a dziś najlepszym nośnikiem staje się fejsbuk i ogólnie net, dlatego tak cenię sobie spotkania w 4 bądź więcej oczu :)
      Co do Ziemi Kieleckiej, nie będę oryginalny twierdząc, że to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce i jakiekolwiek inne sobie wyobrażam do zamieszkania w przyszłości to okupione byłoby grubym kompromisem, chyba zbyt grubym. Ale to pewnie przyzwyczajenie i gdybym wychował się w Szczyrku, Polańczyku, Zębie, Piwnicznej czy Karpaczu twierdziłbym że właśnie tam najpiękniej jest :)
      Coraz więcej ludzi docenia Góry Świętokrzyskie zarówno zimą jak i latem – zamiast tracić czas na połykanie kilometrów do Zakopca, w Bieszczady, Karkonosze czy na Słowację przyjeżdżają tu a mimo to nadal jest tysiąc miejsc gdzie nie ma tłumów z Łysicy i jest malowniczo, naturalnie, dziko. Się rozpisałem bo tej ziemi oddałem duszę :)
      Do zobaczenia Andrzeju na szlaku pieszo lub pedałując!

      brulionman

      3, Styczeń, 2011 at 12:20 pm

  6. Zapomniałem dodać, że odcinek Kuźniaki – Miedziana Góra – uroczysko!

    turysta

    3, Styczeń, 2011 at 11:47 am

  7. […] Kurcze, nostalgicznie mi się stało a powoderem jest ten oto Bartkowy powypadowy wpis: https://brulionman.wordpress.com/2010/10/05/szlakiem-massalskiego/ […]

  8. zacnie ;-)

    Onibe

    14, Sierpień, 2012 at 9:15 pm

    • ta przygoda otworzyła mi oczy na swobodę wędrowania, pewne zaufanie ludziom i czerpanie garściami z radości podróżowania, nawet tak mikrego.

      brulionman

      22, Sierpień, 2012 at 12:45 am

      • podróżowanie w ogóle wiele zmienia – pomaga przełamać pewne bariery i rozszerzyć horyzonty… a to ważne jest

        Onibe

        22, Sierpień, 2012 at 3:37 pm

  9. Super relacja i świetne zdjęcia! Sam jako szkolniak łaziłem po Świętokrzyskich (rodowity radomianin :) – super wspomnienia. Jak czas pozwala to się wraca w okolicę. Ostatnio z dzieciakami na nartach w Bałtowie, parę lat temu sylwester w Łagowie… a tu taki szlak na zachętę :) trzeba będzie to zrobić!

    Tasior

    7, Luty, 2013 at 8:42 pm

    • dzięki, wczoraj na nocnym rajdzie śmialiśmy się, że gdyby żołądź z Dębu Bartka zasadzić w Bałtowie to wyrósłby Dąb Bałtek. Przyznam że ciężko mi wyobrazić sobie sylwestra w Łagowie :)
      teraz taka pora że warto wystartować z dziećmi na zimową Łysicę, szlak ze Sw. Katarzyny jest dobrze udeptany, może się spodobać

      brulionman

      8, Luty, 2013 at 10:35 pm


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: