Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Archive for the ‘foto-komorka / mobile shots’ Category

Dzień Kobiet / Women’s Day

28 komentarzy

Skojarzenia jednoznaczne – goździk i rajstopy.

PRL. Pijane ryczące czterdziestki i żelazko w prezencie od zakładu. Perfumy i uprzejmości jakby wszystkie panie miały tego dnia imieniny. Kwiaty wymuszone niczym w walentynki. Dzień rozpieprzony wokól kawusiek i bombonierek. Ale …w tym dniu nie tylko panie są wyróżnione…

Najpiękniej pachnąca róża, "cośtam Jardin", do tego olbrzymich rozmiarow kwiat potrafi zatrzymać i zniewolić nos i umysł, tak, że dorosły człowiek klęczy i wciąga nosem obłędnie upajający zapach... / Especially for all of you, Ladies. This rose smells most nicely, it's called "sth Jardin", bigger than my hand, grows in Botanic Gardens, Glasnevin

To również my, faceci, czujemy się nagle mocno potrzebni, ważni, mamy swoje pięć minut, które –  co ważne – jest doceniane. Błyskają piersi i uda, lśnią usta, wirują włosy, pyszna estetyka, nagroda dla obu stron – my lubimy podziwiać, one lubią być podziwiane.

W zapomnienie tego dnia odchodzą słowa typu: feministka, szowinista – przypominają o nich tylko chcące sprowokować media lub całoroczne zachowanie pojedyńczych przedstawicieli obu płci. Tym miłym paniom kwiatka wręczamy neutralnie, tym niemiłym z przyklejoną maską nie zdradzając uczuć.

Czasem zdradzamy je wobec tych, na których nam zależy ale one przeważnie znają nas na tyle, że wiedzą, że olewamy to „święto” bo babeczki są dla nas ważne codziennie, kochamy je przez cały rok i staramy się być dżentelmenami 366 razy w roku.

Ósmego marca pamiętamy gestem o Dniu Kobiet by nie sprawić przykrości nawet tym, które zarzekają się , że „nie obchodzą”. Pewnie dawalibyśmy kobietom kwiaty częściej i znacznie chętniej gdyby wszyscy wokół nie doszukiwali się w tym drugiego dna.

Dlaczego napisałem „my”? To dużo łatwiejsze niż „ja”.

Wszystkim Koleżankom, Sąsiadkom, Kochankom, Ex, Asystentkom, Przyjaciółkom, Dziewczynom, Konkubinom, MILFom, Stażystkom, Muzom, Kuzynkom, Ciotkom, Babciom, Mamom, Bratanicom, Pasierbicom, Szwagierkom, Siostrom, Córkom, Wnuczkom, Żonom, Rozwódkom, Wdowom, Macochom i Narzeczonym…  wszystkim KOBIETOM życzę szczerze z okazji 9 III zdrowia, miłości i czasu dla Was samych!

.

Bartek, który nie obchodzi dnia mężczyzny ani chłopaka, a nawet nie wie kiedy one przypadają ani czy na pewno istnieją.

Kajakiem w marcu po Nidzie bym chciał najbardziej spłynąć / March kayak ride

27 komentarzy

[English below movie]

Każdy w życiu ma jakieś marzenie, czegoś pragnie, o czymś myśli, coś co lubi, co chciałaby jeszcze raz zobaczyć, usłyszeć. Pani Walentyna Wnuk jest salową od wielu wielu lat – co pani chciałaby najbardziej usłyszeć?

Piosenkę Pana Korkoracza o zdrowiu bym chciała najbardziej usłyszeć.

Spontan wykręcony pewnej przepięknej soboty. Jedna z moich ucieczek z betonu. Czterech samców bez Alfa, który zostać musiał na Melmag. Jak uniknąć tłoku turystycznej „stonki”? Moczyć wiosło w marcu, najlepiej w dzień powszedni :) Kilka dokumentalnych strzałów jeszcze z telefonu (GoPro już jest, czekam na karty SD – znalazłem naprawdę tanio 190 zł za 32 GB 45 MB/s wiodącej firmy karcianej), byłyby ciekawsze ale wolałem się nie skąpać i płynąłem bardzo zachowawczo, miejscami jeszcze śnieg i kra.

/ Spontaneous kayak ride last Saturday. One of my escapes from the concrete blocks. Four fellowes (from four towns), four kayaks, four paddles and just one pleasure. One but great. How to avoid the tourist crowd? Splash your paddle in March, preferably on a weekday. A few documentary shots from waterproof mobile (I got GoPro already, but still waiting for SD cards – I found a really cheap €45 for the 32 GB, 45 MB/s made by leading company). Pictures could be more interesting but I preferred to not have a bath so I sailed very easy, focused on rowing rather than shooting, there was even snow sometimes and floe.

Czarna Nida, Nida, 2012 03 03, Adam, Bartek, Jacek i Piotr.

Zjazd do bazy

4 komentarze

Plan: zjechać rowerem Silnicą. ZAMARZNIĘTĄ. Od tamy na Jesionowej, nawiązując do tablic na kończących kurs autobusach „zjazd do bazy„, do dawnej bazy MZK na Pakoszu. Radosne, nieszablonowe, niezbyt trudne i nawet znalazł się jeden chętny na spontanie. Sam pomysł podsunął Tomasso za co jestem mu wdzięczny, liczy się świeże spojrzenie.

Przygotowania: analiza temperatur nocnych i dziennych wstecz i zapowiadanych, wizualna ocena lodu na rze…czce, buty, rękawiczki, ciśnienie w oponach…

Realizacja: Artek wstał, Bartek również, siku, zdzwonka, wyjazd o 7 rano z domu, dojeżdżamy do Silnicy, odczuwalna temperatura -12 °C, już był w ogrodku, już witał się z gąską a tymczasem…

my na kaczki, kaczki na nas, pełne zdziwko: eno-weno, kto podprowadził cały lód?

Ich oczom ukazał się lud…    pracujący„. Na własnej skórze poznaliśmy wpływ człowieka na środowisko: ciepłymi sikami i innymi płynami wlewanymi ściekiem do Silnicy lód został rozpuszczony niemal w całości, niemal zero kry, posłuchaliśmy jak się z nas śmieją kaczki, wykonaliśmy w tył zwrot po czym Artek i Bartek pojechali na tłusty czwartek.

W cukierni jak w ulu mimo, że mróz i jeszcze przed ósmą

Zjadłem raptem siedem… oj tam oj tam, kalorie! ;P Do zobaczenia za rok zamarzniętej rzece. BTW: ostatnio jeżdziłem lodowymi koleinami pośród pól tudzież po mającym konsystencję mazi zimnym pośniegowym błocie i… jednak przydałyby się jakieś kapcie z kolcami. Zjazd do bazy się odbył, tyle że do naszej własnej.

Masashitu

8 komentarzy

Masashitu – tak mógłby nazywać się japoński motocykl…  lub sklep sprzedający szajs po 2 złote…  albo post taki jak ten, uwalniający moje myśli w stylu „mydło i powidło” ;P

Dużo pracy ostatnio (na szczęście), blog po raz kolejny spełnił rolę portfolio z CV – zmiany, zmiany, zmiany! Bojkotując wciąż media po stronie biernej zacząłem udzielać się po stronie kreatywnej, więcej powiem po Sylwestrze ale kariera rumieńców nabiera, blog przymiera, fuuj, Częstochową zapachniało ;P Wreszcie czuję, że używam górnych półkul a nie tylko tych służących do siedzenia.

W zgodzie z ludźmi (nie licząc kilku debili za kierownicą) i światem, w harmonii z przyrodą, z widokiem na lepsze pojutrze, boso ale w ostrogach – żyję. Udało się obronić pierwotny plan grudniowego happeningu Betki – nie tyle zaskoczony jestem tym faktem co zadowolony, że komuś oleum powróciło do czieriepaszki, a to już za miesiąc!

11.11.11 11:11 – ciekawe gdzie wtedy byłem bo Dzień Niepodległości był jednym z kilku w szybkim i obfitym długim weekendzie stymulowanym wódką z bliskimi twarzami i GPSem w pancerniaku kierującym mój rower w najgorsze i całkiem nieznane chaszcze, charpęście i inne rosnące barachło. Kermit wyprodukował swoje kolejne jazdy, nie nadążając za nim wokalnie przyznaję, że w klipy wpycha więcej pomysłów niż mieści się w niejednym komercyjnym, wielkobudżetowym teledysku, myślę że Chali 2na nie powstydziłby się w takim anturażu wystąpić. Poza tym, stety lub nie, w tydzień jutiub ma tyle niesamowitych filmików, że trzeba by prowadzić dla nich osobnego bloga – o, à propos, dla archiwizowania fot z komórki ruszył blog dokumentalny po niepolsku: Bartek Be ale wciąż nie mogę się zebrać żeby zrobić Slajdowisko u Agaty a tymczasem Tomasz montuje pokaz swych prac, za które wylądował w więzieniu choć nie chwali się tym na plakacie.

Nawiązując do fotografii lecz całkiem z innej beczki – dwa zdjęcia, to samo miasto i pora dnia. Bardzo lubię ich nastroje.

Beskid Niski sercu bliski czyli na wypad na sześciu kółkach

15 komentarzy

Proszę do nas nie dzwonić, my zadzwonimy do pana.

Po wypadzie jurajskim, z którego relacja wciąż jest niegotowa bo mi wcięło sanki od skanera, postanowiliśmy powtórzyć rowerowy wypad we wrześniu, takie plany kończą się zazwyczaj skwitowaniem „taaak, musimy się koniecznie zdzwonić” po czym wszyscy są tak mocno zajęci, że plan umiera. Tym razem kroiło się podobnie: życie rodzinne i zawodowe wygrało z potrzebą rowerowego resetu u kilku z nas lecz moje kocury dachowe nie odpuściły i pojechaliśmy.

Pod górkę, wiatr w oczy, deszcz w twarz.

Najpierw nie było czym – zmieściliśmy się w Tomkowego kombiaka; nie było na czym przewieźć bajków – Tomek kupił bałagażnik rowerowy; planowany termin zbiegł się z trudnymi dniami chłopaków – przebukowaliśmy noclegi; nie było miejsc na drugi nocleg – zmieniliśmy Zdynię na Hańczową; miało być zimno – zainwestowaliśmy w ciuchy; zapragnęliśmy wideorelacji – Darek łyknął kamerkę; można by tak bez końca wymieniać reperkusje z którymi przyszło nam się borykać (przeciwności losu którym podołaliśmy – bo przecież nie tylko Betko czyta tego bloga ;P )

W pierwszej osobie liczby mnogiej.

Przeprawiliśmy sie nieprzejezdną drogą z sugerowanym wielokilometrowym objazdem (dzięki tompac!), spaliliśmy pizdyliard kalorii wpychając rowery pieszym szlakiem o nachyleniu bliskim 45°, przejechaliśmy w siodle szlakiem zniszczonym przez kopyta i przeoranym koleinami, nawinęliśmy drogę na koła – ilasta, tłusta, gęsta i lepka maź leśnej drogi okleiła opony tak grubo aż przestały obracać się w ramie a buty wyglądały jak rakiety błotne, z zionącym gorzałką teksasrendżerem bezskutecznie negocjowaliśmy podwózkę dla Darka który na jednym z grzebitów zerwał przerzutkę, skonsumowaliśmy swojski świętokrzyski trunek w towarzystwie chabaniny pieczonej na griloognisku wymieniając sie przy tem doświadczeniami seksualnymi z ciałem pedagogicznym płci żeńskiej ze szkoły średniej, zwiedziliśmy Gorlice i skamieniałe miasto w Południowej Polsce (Ciężkowice), pokonaliśmy deszcz, sen, TIRy i pobocza…

A zaczęło się tak…

Właśnie próbowałem w czyn zamienić myśl o pakowaniu się gdy zadzwonił Kowal – a, no tak, prawie zapomnialem, Drakonidy, zaraz będę – oglądaliśmy wchodzące w atmosferę meteory płucząc gardła zupą chmielową do 4 rano (pobudka o 5.30). Miasto nocą prezentuje wiele propozycji, których nie znajdziecie w żadnym przewodniku – jak np. ociekająca frytkowym tłuszczem, tańcząca w stanie półnieważkości, niewiasta o niekompletnym uzębieniu, śpiewająca biełyje rozy i falująca zalotnie obfitymi kształtami pośród karuzeli z pieczonymi potworami. Kładąc na tacce w kebabie banknot o wyższym nominale można zostać źle zrozumianym i „resztę” otrzymać (a właściwie podać) od kuchni a jak wiadomo – starym pannom nocą jajniki grzechocą :))

Aha, miało być o rowerach :)

Urzędowaliśmy na bicyklach w okolicach dawnego przejścia granicznego w Koniecznej, między Polską a Cygańską krainą Północnej Czechosłowacji, trafiły się nam 3 piękne zjazdy – sześciominutowa bardzo szybka jazda aswaltowa po awarii jednej z maszyn, nieco wolniejszy zjazd z wyprzedzaniem ładowarki obornika zakończony wizytą na prawosławnych uroczystościach i jazdą rowerem z przyczepką do rozwożenia mleka w bańkach i dobry zjazd terenowy zakończony w miejscu do którego parę lat wstecz dotarłem cywilnym osobowym samochodem. Już za bobrzymi żeremiami zajrzeliśmy w dolinkę węglarzy – właśnie robotnicy pakowali ostatni piec na wóz ze złomem, nawet tu można poczuć na plecach oddech Chin.

Smaczki.

Klimat jazdy dolinami i bezdrożami Beskidu to obrazy jakie widziałem w relacjach z Rumunii lub Ukrainy. Pięknie, dziko, bez masztow, zasięgu, ludzi i cywilizacji. Na drodze terenowki albo maluchy. Często jedynym śladem pod ludziach w mijanych miejscowościach są drzewa owocowe, ciężko wyobrazić sobie że 80 lat temu stało tam 90 domostw w których żyło do kupy 500 Rusinów i Polaków a wszystko zniknęło bez bomby atomowej, wystarczyła operacja Wisła i działania UPA. Ognisko z widokiem na grzbiety górskich pasm niknące w rosnącej perspektywie potwierznej nadchodzącego zmierzchu, wszystko popite gorącą herbatką z termosu w ten cudny bezwietrzny, słoneczny dzień…   duchem wciąż tam wracam. Była też przednia zabawa: jabłka + kij = strzelanie bronią organiczną w niebo, prawie jak za małolata gdy „wrzucało się” na dziesiąte. Do tego dojrzałe jeżyny bez cienia kwaśnego smaku – istna ambrozja. Prawdziwe kabanosy z uczciwej, ciemnoczerwonej koniny. A na deser szyneczka od Pani Zosi i sery, z ktorych skręcaliśmy z Arturem i chłopakami jointy smarowane wasabi i sambalem, mleko z automatu i olbrzymie ptysie w Gorlicach. Nieodżałowana ewaporacja zawartości największej znanej mi kolekcji alkoholi którą wkrótce zobaczycie w Teleexpressie.

Uzdrowisko :)

Są w pięknie położonych sanatoriach takie kąpiele zdrowotne w których godzinami bulgoczą stare babki (dodając wlasne bąbelki) aż im skóra zbieleje, rozmięknie i zmarszczy się jeszcze bardziej. Zastanawialiście się co dzieje się później ze zużytą wodą z tych solanek i uzdrawiających kąpieli? My już wiemy – piliśmy z ujęć o pięknych imionach: Anna, Józef, Bolesław…

Fotorelacja

Miałem robić zdjęcia jednorazówką ale BUMSZAKALAKA – pierwszego dnia na zjeździe wypadła mi z plecaka :( Jeśli ktoś znajdzie taki aparat to będę zobowiązany za skontaktowanie się czy podesłanie zdjęć których zdążyłem zrobić może 3-4 sztuki. Tymczasem oto moje skromne pstryknięcia z komórki a wkrótce mam nadzieję będę mógł podlinkować do filmu Darka i zdjęć Tomka. Miłego oglądania!

Zdynia. Dzień pierwszy, szykujemy szpszęty ;)

Po stroooomym wprowadzaniu i trudnym szlaku wreszcie szeroka droga

Porumakowane :(

jeżyny, herbatka, piwko na smaka i umowa że spotykamy się w tym miejscu za 30 lat

wieczór wyborczy

spółdzielnia rękoczynu ludowego czyli co Niemcy robią z zużytymi oponami ;)

design Gorlice, śmy se pozwiedzali gdy dobry człek z Ostrego Koła naprawiał rower Dżiszoka

ten budynek skojarzył się jednoznacznie: ordinary guy :)

gdzieś między Konieczną a schroniskiem którego nazwy nie mogę zapamiętać

tamże

tu Darek poprosił sklepową o rękę... by wsypać jej złote pieniążki za wrzątek ;P

Układ słoneczny - edukacyjna makieta na wsi

przydrożna mapa okolic Zdyni

Beskid. Przestrzeń. Wolność.

kapliczka z okładki poplenerowego albumu CKF

Łemkowskie jabłka (chłopaki narzekali że zalatują trupem)

Jak budowano dziki zachód. Czy wschód raczej.

wsi spokojna, wsi wesoła

Tomak pracujący nad landszaftem (tak po prawdzie to zazdroszczę mu zdjęć)

dosyć tego dobrego panowie, ściągamy narty!

Ognisko, widoki, zajebioza. I wiezione specjalnie w tym celu piwko na trzech.

Dziwne te krowy, zajęły całe pastwisko i ani drgną!

Jedna z kilkunastu okolicznych cerkwi, nawet byliśĶy na mszy i sprawdziliśmy czy dzwon nie zardzewiał ;P

Się gra - się ma. Fragment kolekcji alkoholi Pani Zosi co ją do Teleexpresu zgłosiłem.

Hańczowa, dzień trzeci, skończyła się dobra pogoda.

Najdokładniejsza mapa Beskidu. Audycja zawiera lokowanie produktu.

Inhalacja z podgrzewacza do mineralki.

Dupa Centralna - tu byłem.

Pozdro dla Darka i Tomka, dzikęi za udany wypad, szczególnie dla Tomka że nas cało i w miarę zdrowo przydrajwerował do CK puebla. A pointa? Lackowa czeka! :)

A na deser muzyczna ilustracja wypadu: Bajaga i Instruktori „Verujem ne verujem”

Zimowy drepcydes Barcza – Bodzentyn

3 komentarze

Od dawna chodziła za mną ta trasa, mrozy umożliwiły przejście bo gdyby nie one byloby krucho – co trochę pod śniegiem witały nas zamarznięte potoki i wielometrowe kałuże w koleinach. Barcza, bokiem Gołej do Klonowa, pomnik, ognisko z kiełbaskami i herbatą ze śniegu, skalne wychodnie na Bukowej Górze i gładki, łatwy szlak do Psarów Podlesia, herbatki, kawki, malinóweczka jednego z Trzech Króli Maćków, chałupa z tradycyjnie ocieplonymi oknami, kolędująca dziatwa i dziadek niosący wodę w wiadrach. Na bodzentyński rynek dotarliśmy o zmroku i z fartem w ciągu 5 min przyjechał bus.

Dzięki całej załodze za dzisiejszy wypad – „Rajd Trzech Króli„! Udział wzięli: MagdaKrzychMaciekMaciekMaciek oraz ja. Oto kilka zdjęć – niestety, nie chciało mi się „dźwigać” aparatu i poniższe pliki pochodzą z telefonu :P

This slideshow requires JavaScript.

Gdy wieje, leje, duje, dżdży, siąpi, kropi albo pada…

4 komentarze

Drugi lutego roku panskiego dwa tysiace ósmego, godzina szosta.
Karlos wracajac z lotniska zahacza o Finglas, jem przyspieszone sniadanie i juz o 8 jadziem droga R115 przez Gory Wicklow. W oko wpada nam gora, ktora mijalismy wiele razy a do glowy spontan “a jakby tak wejsc tam?”, nie jest imponujaco wysoka ale zaczyna stromieć nagle niczym fiat multipla :) Piec minut pozniej zostawiamy piekna perloworozowa korse u podnoza naszego celu i zaczynamy marsz pod gore, na przelaj. Caly teren to wykarczowany kiedys lub wiatrem polamany las z ktorego pozostaly drobniejsze nadpalone galezie jakby ktos wypalal tu trawe (i pewnie jeszcze nie raz bedzie to robic gdyz Co. Wicklow to dobre miejsce na wypalenie trawy hhehe!). Nie pada deszcz (jeszcze) ale wieje i to mocno, nie ma zadnej sciezki, szlaku zero, jedyne zauwazalne slady mowia o obecnosci kozic i tym ze nie chodza one glodne.

plaski czerep Karikszoka

spozieramy telefonopstrykaczem na Polnocny Wschod

i w strone kontynentu...

Szczyt okazuje sie dosc plaski, duzo na nim wielkich, gladkich, prawie rownych z ziemia glazow, cale pojezierze kaluz, na dodatek dmie bardzo silny wiatr, wzmagajacy sie raptownie i gasnacy, szacujac wg sprawdzonego wzoru „pi x drzwi”, jakies 120-150km/h. Naprawde ciezko isc, czesto miejsce w ktorym stawiasz stope rozni sie od tego w ktorym planowales ja postawic o kilkanascie centymentow. Wiatr jest tak silny ze trudno zrobic jakiekolwiek zdjecia, ciezko ustac w miejscu w ogole choc daleko mi do postury Malysza.

Carrigshouk peak

Carrigshouk 571m n.p.m. - wieeeeeejeeeeeeee!!!!!

Karlos na szczycie Carrigshouk, w oddali Military Road "droga dolara" (i do Wodospadu Glenmacnass)

Nadszedl czas proby: trzeba odcedzic kartofle, pozycja niczym gitarzysta Limp Bizkit podczas ulubionego riffu tzn. silny wykrok jedna noga w przod, druga w tyl, kto wymyslil te cholerne guziki…   pozycja lipna, mimo ze stalem “z wiatrem” zawirowania powietrza niosa zlote krople wirujac dookola niczym traba powietrzna. Pomaga dopiero przyklekniecie z silnym wykrokiem jedna noga w przod pozawalajace na kontakt Waclawa z trawa… W koncu schodzimy najstromszym bokiem gory porosnietym uschnietymi paprociami, nizej teren jest sliski i zdradliwy niczym usmiechniete twarze pracownikow prowidenta: galezie zalamuja sie pod ciezarem kroku i noga wpada pomiedzy skaly lub w niecki z woda.

termometr oszalal ale pogoda na zewnatrz wcale nie zachecala do wedrowki

9.15 siedzimy juz w carlosowym vauxhallu, zaczyna sie mzawka ale ruszamy do Glendalough, pogoda tak podla ze nawet parking za free. Startujemy szlakiem prowadzacym do dawnej osady gornikow i dalej do wodospadu (choc zdaje sie ze w ciagu wszystkich szesciu dni bez deszczu w Irlandii moze byc niezauwazalnym strumykiem), lajcik tylko coraz bardziej leje deszcz.

droga wzdluz wyzszego z jezior Glendalough

Nie odczuwamy tego dopóki chroni nas las iglasty, pozniej na otwartej przestrzeni okazuje sie ze pada naprawde solidnie ale i niewasko wieje. Z wioski zostaly ruiny kilku budynkow, dwa kopce zmielonego surowca i szczatki jakiejs maszyny, napieramy dalej w kierunku wodospadu, caly czas leje, strumien gorski grzmi w napotkane glazy raz po raz tak ze woda jest spieniona na kazdym odcinku a dodatkowo wiatr targa jej grzywe na boki.

Glendalough - ruiny osady gorniczej

szczatki z czasow swietnosci wioski

Trawersujacym szlakiem podchodzimy coraz wyzej ale sprzet nas zawodzi a konkretnie buty i spodnie ktore przemokly az po klejnoty, odwrot, tym razem zimne szpilki desczu wbijaja sie w twarz, nie jest milo, daszek czapki oslania czesciowo twarz, troche pomagam sobie kolnierzem, brak rekawiczek tez daje sie we znaki.

wchodzilismy majac wiatr i deszcz w plecy, schodzenie okazalo sie zdecydowanie mniej przyjemne...

zmokniete cojones to sygnal do odwrotu - luty 2008 to byl plan zapuszczenia dredow Kaziopodobnych

Jakis czas pozniej parking i goraca herbata z termosu, a 5 min pozniej wystawialismy kontrafaldy w strone ognia z kominka w miejscowym barze oczekujac na goraca, gesta, kremowa zupe warzywna. Jeszcze maly rekonesans kilka dolin dalej pod katem nastepnego wypadu, pasuje, spadamy do domu. Zamrznieci, zmoczeni i z…usmiechnieci :) Nauke wtedy wyciagnalem wazna – nieprzemakalna kurtka chroni Cie powyzej pasa wiec jesli nie masz odpowiednich spodni – deszcz plynie na nogi i przez material spodni dostaje sie zarowno do butow jak i do jąder a wtedy odechciewa sie gdziekolwiek chodzic.

Jest w Glendalough schronisko wiec warto rozwazyc je planujac bardziej udany niz nasz wypad. Wpomniany rejon znajduje sie na 56 mapie OSI. Pozdrowienia dla wszystkich dreptaczy, mam gula za kazda miejscowke w Wicklow na ktora mialem smaka lecz braklo czasu, kasy, checi, determinacji… wiec chodzcie poki tam jestescie. Bardzo zaluje ze nie zrobilismy z Ula duzego odcinka Wicklow Wa,y ktory planowalismy logistycznie ogarnac rozrzucajac w odpowiednich odcinkach szlaku konserwy i wode, ktore chcielismy zamaskowac by w kolejny weekend przespacerowac sie z „o tyle lzejszymi” plecakami. Coz, bylo-minelo.

Specjalne pozdro dla Ciebie, Karlos, stary wilku! Po ostatnich zdjeciach z chmur widze ze wciaz calkiem niezle drepczesz :)

%d bloggers like this: