Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Posts Tagged ‘Wicklow Way

Unplugged: Glenmalure

3 Komentarze

Plan byl taki: grill nad rzeka w sasiedztwie porosnietych mchem lasow w dolinie Glenmalure, kimono w starym schronie turystycznym, uderzenie w trasy na Mullacor – Lugduff – Conavalla – Table Mountain. Zycie zweryfikowalo plany po raz kolejny – nadszedl weekend i wszyscy, ktorzy deklarowali chec pojscia w gory, przypomnieli sobie nagle ze zostawili zupe na gazie. Ale nawet we dwojke i bez samochodu dopielismy swego.

Rejon Gor Wicklow, ktory nas interesowal nie jest objety komunikacja kolejowa a „pekaes” ma jeden kurs w czwartek i trzeba isc ok 25km od przystanku. By nie zabulic jak za zboze w prywatnym busie***, znalazlem inne polaczenie. Najpierw z centrum tutajszym pekapem pojechalismy w 90min do Rathdrum. Stad drepcydesem 17km (ok 3h) az do schronu po drodze mijajac kilka opuszczonych i zaniedbanych domow na wsiach i jedno nowiutkie boisko na wichurce co moze z siedem domostw miala. W takich wedrowkach gdy liczy sie kazdy kilogram – polecam „zupe dnia” w lokalnych gospodach, zwykle jest to gesta zupa-krem serwowana z pieczywem i maslem – ogrzewa jak herbata i zdrowsza nizli porcja frytek krzepiac niezgorzej. Rezerwacja noclegu wczesniej przyklepana, dochodzimy a tam wszystko zamkniete, zadnej wywieszki i brak zasiegu w promieniu kilku kilometrow. Rozpalilismy ognisko, dwa w jednym – szamunek sie pichci i mozna sie ogrzac. Poleciala mysliwska, plaster usmazonego wczesniej schaboszczaka, wedzona makrela natarta pieprzem oraz wiele miesa pod adresem spania „pod chmurka” w gorach. Gdy kabaczek i papryka faszerowana ryzem zabulgotaly w puszcze nad ogniem zjawlili sie nasi zbawcy – gospodarze.

Zalogowalismy sie w schronie, ktoremu nalezy sie kilka linijek (inna www z info o schronie). Aby tam dotrzec trzeba przeprawic sie przez gorska rzeczke, ktora przy wyzszych stanach miewa 50-100cm ponad most wiec ostatnie 300m czasem trzeba pokonac pieszo. Nie znam jego historii ani wieku, „wyglada” na stuletni i jest to murowany pietrowy dom plus parterowy, rowniez murowany domek. Nie ma elektrycznosci, biezacej wody ani lazienki. Brak pierwszego rekompensuja urzadzenia na gaz – lampy, kuchenki, bojlerek i LODOWKA (tak, na gaz). Wode zrodlana przynosi sie z potoku, ktory mknie bystro tuz przy schronie (10 m), i ten zaszczytny obowiazek pelni gospodarz albo turysci. Na grubsze posiedzenia chodzi sie do drwalki gdzie obok drewna i wegla sa dwie tojtojki. Spragnieni prysznica moga skorzystac z tego luksusu odplatnie w gospodzie na rozdrozu na poczatku doliny. W glownym domku jest kuchnia wyposazona w stol z lawami, 3 czteropalnikowe kuchenki gazowe (jedna z piekarnikiem i grillem), wspomniana lodowke, cala fure naczyn, garnkow, patelni i sztuccow oraz niepsujace sie dobra jadalne pozostawione przez turystow typu kawa, przyprawy itp. Na parterze obok kuchni jest duzy pokoj ze stolami, lawami, szafka pelna ksiazek (na niepogode) i kominkiem, przed ktorym, pod sufitem jest opuszczana suszarka na przemoczone rzeczy. U gory sa pokoje z lozkami pietrowymi. Domek numer dwa stoi tuz obok, ma jedno okno, jedne drzwi, jedna drzewno-weglowa „koze” i 5 pietrowych lozek (z koldrami i poduszkami ale gdy ogien w kozie zgasnie spiwor jest mocno wskazany). Schron jest czynny codziennie tylko w wakacje a poza nimi jedynie w sobotnie noce, najlepiej zarezerwowac wczesniej: 018 304 555, normalna cena za osobe dorosla to 14 euro/noc.

Jak juz przy cenach jestesmy – polityka kolei irlandzkich wymusza niejako kopno biletu powrotnego bo kosztuje on przykladowo 18,50 a w jedna strone 16,- Dowiedzialem sie rowniez ze na stacjach, ktore w niedziele sa nieczynne ani nie posiadaja automatu z biletami, zwyczajnie wsiada sie po pociagu, konduktor sam Cie znajdzie i bez dodatkowych oplat czy kar sprzeda bilet.

Wkrotce po nas zaczeli zjezdzac sie inni korzystajacy z gosciny w schronisku. Okazalo sie, ze sa to znajomi naszej gospodyni, ktora gra na wieśle całkiem nieźle a my trafilismy na nocna sesje muzykow zaprzyjaznionych z zespolem Imrama (obejrzalem material na majspejsie – nie oddaje ulamka tego co graja – trzeba ich wyczaic jak graja na zywo w knajpie). Ludzie na codzien wykonujacy rozne zawody spotykaja sie co jakis czas polaczeni wspolnym hobby – graniem. Tylu roznych instrumentow „gitaropodobnych” jeszcze nigdy nie widzialem, plus flety, organki i beben. Po cieplej szamie wyszlismy pogapic sie w gwiazdy i choc poza Orionem i Wozami nie znalem zadnej innej konstelacji to wypatrzylem nadlatujacego ISS-a :) Rozgwiezdzone (prawie jak w Bieszczadach) niebo przeciela „Stacja Alfa” dokladnie 21:02 ale w polowie nieba przestala odbijac swiatlo.

Wrocilismy wszyscy do „liwingrumu”, siedlismy w kregu i zaczelo sie granie – double unplugged: akustycznie i bez pradu w ogole :) Pierwsza sprawa to brzmienie – na plycie ani jutubie nie brzmi to tak przejmujaco, wrecz moze byc nudne. Jednak tamtej nocy, gdy siedzialem miedzy gitara o ksztalcie gruszki, balalajka i czymstam jeszcze, slyszac akompaniament tego miesca – syk lamp gazowych, trzaski w kominku, szum wiatru i pomruk potoku, czujac dusze ludzi zakleta w ich spiewie, poczulem te irlandzka muzyke tak ze musialem pozwolic nodze przytupywac. Momentami muza uderzala w podobnie ckliwe struny jak, wyswiechtane juz co prawda, Mro Ilo z Bandyty czy inne dziela Lorenca – takie ze zamykasz oczy i widzisz diaporame gorskich krajobrazow.

Druga sprawa to klimat domu, otaczajacych go gor, przyjaznych ludzi o otwartych umyslach, klimat ludzi wolnych – to nie koncert ani granie do kotleta – kazdy moze zaczac cos grac, spiewac, reszta sie wlacza jesli to poczuje. Moja najwieksza radosc tej nocy wynika z tego ze przelamalen treme i zaspiewalem. Nie, nie byl to „Bialy mis” ani „tam kolo mlyna” :> Zachecony przez Ule i wspolbiesiadnikow zaspiewalem „Celine”, niesamowite wrazenie gdy wlaczaja sie instrumenty ludzi slyszacych te melodie po raz pierwszy i nie rozumiejacych ani slowa. Zwyczajnie – poczuli bluesa. Alarm przypomnial o kolejnym okrazeniu ISS lecz bylismy zbyt przejeci muzyka. Zaspiewalismy pozniej jeszcze jedna piosenke, razem z Ula a pozniej, tradycyjnie – translejt :) Odbyla sie tez krotka edukacja o tym ze znana im „la varsovienne” to niemiecki taniec a nie nasza Warszawianka, ze Polka to czeski taniec i ze trudno znac „mazurka” bo sam Chopin naplodzil ich ponad piecdziesiat a nie byl jedyny.

Odpadlismy po moich indywidualnych warsztatach perkusyjnych i Ulenki z tanca irlandzkiego ok 4 rano zostawiajac kwartet mandolinistow/mandolinierow/mandoliniarzy/mandolinowcow (po prostu: ludzi mieszkajacych w dolinie) i walnelismy w kime karmiac wczesniej koze do syta (acz nie poszly iskry kominem heheh!).

Poranek zmienil sie w poludnie, poczestowalem towarzyszy nocnych smazonym polskim kawiorem dla ubogich (czyli kaszanka zwana tez „czarnym szalenstwem”), spakowalismy bety, pomoglismy sprzatnac pobojowisko naczyniowe, pozegnalismy sie i ruszylismy na poludniowy wschod, odbijajac na gornicza sciezke przy starej kopalni, skad dobrze widac cala poludniowa strone doliny Glenmalure – Benleagh, Clonhernagh, Corrigasleggaun i Carrawaystick Mountain oraz tor dla quadow, crossow, trialu i 4×4. Wyszlismy na poczatku doliny i podazylismy kawalek wzdluz rzeki Avonbeg a pozniej droga z widokiem na strony ktore znamy z biwaku na Wicklow Way za Aughrim – Fananierin Mountain, Croaghanmoira Mountain, Slieve Maan i Ballinacor Mountain. Mam takie skojarzenie ze dzieje opisane przez Tolkiena mogly dziac sie w Irlandii, przynajmniej niektore nazwy maja w podobnym stylu ;)

Drepcydes przywiodl nas na stacje i stamtad do Dublina. Nawet nie spodziewalismy sie ze wypad w gory bedzie tak niesamowitym przezyciem. Zdjeciownika nie wzialem, ale Ulson zarejestrowala pod drodze fotografie jakowes.

  • ** – Po fakcie: ten wpomniany prywatny bus (Kevin’s Bus) kosztuje niewiele drozej niz kolej a dojazd do Glenadalough oferuje tysiackroc szersze spektrum szlakowo – noclegowe.
Reklamy

Written by brulionman

23, Marzec, 2009 at 11:59 pm

TPP „B.U.K.” przedstawia: Djouce Mountain

with one comment

Znowu bylismy w Gorach Wicklow. Znowu z Ula i Karlosem. Towarzystwo Pieszej Przygody „Bartek Ula Karol”. Pisze te posty z pewnym opoznieniem i czasem trudno sie polapac zwlaszcza ze w ostatni weekend tez bylismy w tych gorach. Ale ale, do rzeczy. Samochod sie zoastawia tam gdzie autobusy przywoza turystw pstrykajacych fotki jeziora i rusza sie wydeptana sciezka. W sumie najpiekniejszy widok to rzut oka w tyl po przebyciu zaledwie 15% dystansu na gore. Ten piekny poszczerbiony stok to wschodnia sciana Luggali zwanej tez Fancy Mountain(595m npm) ktora tak stromo odpada do jeziora Lough Tay. Szeptem: A jesliby pojsc wzdluz linii lasu w lewa strone – droga zaprowadzi nas do kompleksu tras rowerowych Ballinastoe, mniam!

 

)

jak - nie przymierzajac - w Bieszczadach :)

WIezniowie zamiast wylegiwac sie w celach z TV za MOJE pieniadze powinni…   nie chce uzywac slow nieparlamentarnych wiec nie powiem co powinni ale przyjmijmy ze chodzi mi o ” naprawde ciezko pracowac”, wzorem irlandzkim stare podklady kolejowe znalazly zastosowanie – polozona z nich sciezka daje turystom mozliwosc przejscia sucha noga przez mokradla (ktore wystepuja tu nawet na szczytach i grzbietach, relatywnie wysoko a jednak!) jednoczesnie chroniac licha glebe przed niszczeniem przez ruch pieszy. Podklady sa obciagniete napieta metalowa siatka o drobnych oczkach, dobrze przygwozdzona co daje dobra przyczepnosc nawet gdy drewno jest wilgotne lub zmrozone.

Ten tu ponizej to ma chyba owce zatrzymywac bo inne zastosowania zadna miara wyobrazic sie nie kcom.

 

antyowczy mostecek

antyowczy mostecek

 

A teraz, drogie panie, odpinamy hamulce i staramy sie nie puscic kierownicyyyyyyyyyyy….   podniecajaca jest ta sciezka. To rowniez widok „w tyl”. W tle szczyt mniejszej grory – White Hill (630m npm), dwa jeziora z ktorych tylko jedno ma nazwe – Vartry Reservoir.

 

downhill

pierwsza mysl - downhill

 

Wiekszosc trasy pokonuje sie idac szlakiem Wicklow Way, jednym z nielicznych oznakowanych szlakow w tych gorach a zarazem najdluzszym – 132 km, calkiem blisko szczytu szlak odbija w prawo by zaczac opadac w strone wodospadow Powerscourt a my kierujemy sie prostu i lekko w prawo. i wreszcie jest – Djouce Mountain (725m npm).

 

szczyt Djouce

szczyt Djouce, po lewej stronie w morzu widac polwysep Howth a nieco blizej przyladek czy tez cypel Dalkey.

Djouce czyta sie „dzius” (jak „juice”) a nie „djucze” jak sobie to wykoncypowalem :) Opisana droga jest dziecinnie prosta i gdybym mial kogos zachecic do wedrowek po Gorach Wicklow to zaczalbym wlasnie od tej gory – nie wymaga kondycji ani umiejetnosci chodzenia po gorach, przewyzszenie jest tak rozlozone ze moznaby w sumie wejsc tam w klapkach a widoki sa calkiem niezle.

widok na wschod ze szczytu Djouce

widok na wschod ze szczytu Djouce

Najwyzsza gora widoczna powyzej to Great Sugar Loaf (501m npm) – rzuca sie w oczy kazdemu wyjezdzajacemu N11 z Dublina.

 

 

widok bardziej na poludnie lecz nadal w kierunku wschodnim

widok bardziej na poludnie lecz nadal w kierunku wschodnim

A to Dublinska Szkola Krajobrazu – pastwiska pooddzielane od siebie tradycyjnie usypanymi murkami z wyzbieranych na polu kamieni. A poniewaz bylo nam malo to jeszcze trzasnelismy 10km dookola wielozbiornikowego ujecia wody dla miasta Dublin.

jak glosi napis dla wedkarzy - max 2 ryby na torbe (cokolwiek to oznacza) i kazda musi przekraczac dlugosc 9"

jak glosi napis dla wedkarzy - max 2 ryby na torbe (cokolwiek to oznacza) i kazda musi przekraczac dlugosc 9

W drodze dosamochodu obzarlismy sie pekajacymi wrecz od dojrzalosci jezyn a i pare – nieznanych tu – orzechow laskowych trafilo nam sie na leszczynach. Wkrotce relacja z „Lug”. Pozdro!

%d blogerów lubi to: