Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Archive for the ‘stare dobre czasy / good old days’ Category

Nowy stary RAP: Czekam, a dynamit jest w mojej dłoni…

5 komentarzy

[ POMÓŻ POGORZELCOM – LINK ]

Świeżyzna Wojtyny – klip Kalejdoskop, nakręcony w jego dobrych miejscówkach, m.in. na Wzgórzu Apaczy

słowa i wokal: Wojtas, wideo: Karol Bucki (bmedia), produkcja: Fspólny,  skrecze: Dj Plash, stajnia: Step Records.
thnx: WGN

Kielce czyli polski Bronx

5 komentarzy

Dokumentalny film Bogny Świątkowskiej i Marka Lamprechta pt. „KIELCE czyli POLSKI BRONX”. Prawdziwy oldschool wychodzący poza kielecki światek, pionierzy stylów w czasach gdy mieli lat -naście a nie -dzieści. I kilka ujęć z CK które odeszły na zawsze.

Część 1

Część 2

Część 3

Wielka noc minęła

2 komentarze

Wielka noc minęła. Wzeszło dla mnie Słońce (zamiast Słońce napisałem Stolica, oho, zaczęło się!) nastał DZIEŃ i ja wreszcie też Z MARTWYCH WSTAŁEM.

Tak długo byłem nieobecny na blogu, że zapomniałem zmienionego jakiś czas temu hasła. Stało się tak dlatego, że jest coś ciekawszego od wordpressa – życie. Dzieje się w nim tak wiele, i tak pozytywnie, że ciężko opisać, zwłaszcza od skasowania konta na fejsie szeroko otwieram w radosnym zdumieniu usta żeby nie udławić się obfitością wątków i szybkością transmisji na żywo :) No, że tak wezmę pierwsze z brzegu – dwa mecze z Kowalem przeciwko Turcji, oba wygrane dla Polski 2:0, Wielkanoc rodzinna, ciepła i radosna, jaka nie trafiła mi się już dawno, w tym roku nie udało się spotkać moich osiedlowych bandytów na święceniu jajek – trudno, nie można mieć wszystkiego :) Kaesem to wspaniałe osiedle, po „zielone” do koszyczka wychodzi się zwyczajnie z nożem przed klatkę :) A i w domu mam zielono – zapomniane w ubiegłorocznych doniczkach zakiełkowały i wybiły się daktyle i konwalie czyli słodycz i trucizna. Zacząłem czytać książkę o mojej dzielni (Chłopaki w sofixach) ale wir wydarzeń nie pozwala na jej szybką konsumpcję. Za oknem znalazłem lato – gorączkowo szykam sandałów, sezon grillowy na Jasia urodzinach otworzyłem i bez martwego ciągu się nie obyło :) Kwitną mirabelki i coś tam jeszcze, skrzeczą sroki a gołębie używają balkonów jak motelu na godziny, Wiosna panie sierżancie!

Aby obniżyć poziom euforii i uspokoić, że nie chodzę w różowych okularach, zgodnie z narodowym hobby – ponarzekam trochę. Gówniana poczta kartki wysłanej priorytetem w poniedziałek nie doręczyła do piątku psia ich mać. Gówniana poczta na onecie zablokowała mi konto Wielkiego Barta rok temu i do dziś, mimo dwóch napisanych do nich reklamacji, nie otrzymałem ŻADNEGO wyjaśnienia w tej sprawie. Gówniana telewizja chciała podwyższyć mi cenę internetu, posłałem ich do stu diabłów, umowy też się da rozwiązać.

A na tegorocznym nowoświeckim Wielkanocnym Jajku CKFu było nas czworo – wszyscy z własnej, nieprzymuszonej woli i chyba dlatego był pełen relaks. Zapowiadał się dramat – kierowca bombowca nie wrzucił celu w gpsa, pilot co znał drogę uczcić już zdążył koniec Wielkiego Postu i w dodatku nie wziął okularów a pierwsza osoba spytana o drogę okazała się być niemową, słonce zaraz wzejdzie, jedyna droga którą znaleźliśmy nadajae się dla rasowego 4×4, czego chcieć więcej – jednak daliśmy radę! :) Pamiętacie puszczanie saletry w dzieciństwie? Znalazłem worek wódczanych kapsli i zgadałem się z naszym dyżurnym chemikiem w sprawie farszu. Grześ w proporcjach właściwych zmielił szugar z salcią i z litrowego słoja mieliśmy 3 godziny petard, wulkanów i lewitujących kapsli. Było jajko, karimata, martwy ciąg a nawet poczułem zew wolności i „stojąc w prawdzie księżyca” pobiegłem beztrosko w łąki :) Są rzeczy i chwile, których nie kupi się kartą.

Z braku zdjęcia grupowego, nad którego „wywołaniem” utknął Duchu (negatyw okazał się szybszy od cyfry, hue hue hue!) wrzucam fotkę z jajeczka CKF w 1939 r. ;)

Wschód słońca na Św. Krzyżu dwa tysiące ileś (niestety chodzi o rok a nie m npm. heheh!)

Dziś zaczyna się relaksator czyli „o czym tylko Marzysz”, szóstka weidera rusza znow a w maju trzymajcie kciuki za Jurę, ktorą atakujemy z ośmioma pedałami ;P Rany julek, ileż czasu zżera pisanie postu ;P

Dzień bzzz papierosa

4 komentarze

Dziś Swiatowy dzień bez szlug więc pozwolę sobie na drobną podróż w czasie. Papierosy były dla mnie za czasów małoletnich rekwizytem dodającym męskości a żem jest z niepalącej rodziny to i wejść w ich posiadanie niełatwo było. Młody człowiek sobie radził jak mógł – włącznie z własną produkcją polegającą na ręcznym zawijaniu wysuszonego siana w świeże „Słowo Ludu” (lubiłem zapach farby drukarskiej i rytuał rozcinania stron) co pozwalało uzyskać grubasa większego niż tzw. „świętokrzyska marchewa” przy którym kubańskie cygara są cienkie jak siknięcie pająka. Flamastrem (nie jestem pewny czy dziś istnieje nadal to słowo) pisało się na tym „Malboro 19%” zjadając jedno „r” z winy samego Marlboro – marka się nie utrwaliła gdyż nigdy nic nie odpowiedzieli na liczne karty pocztowe wysyłane na szeroko rozumiany Zachód o wyrytej na pamięć treści „dear firm, I am realy interested of your products. please send me some labels and pictures. your truly …. ” – i tu drukowanymi adres na pół pocztówki z Mieszkiem I, spokojnie, już do tematu wracam. Gryzący i duszący był to dym i po wyjaraniu jednego takiego „papierosa” za górką przy szkole – odpuściliśmy ale nie całkiem. W szóstej klasie we wnęce poznałem smak Golden Americanów które jarał starszy kolega. Póżniej z różnymi przerwami paliłem lub popalałem, prób rzucenia palenia było wiele jednak zawsze szluga wracała jak bumerang. Do ubiegłego roku.

Nie wnikając w szczegóły: obiecałem Marcinowi, że przestanę palić papierosy a w razie złamania słowa honorowo zadzwonię i przyznam że jestem miękkim hujem zrobion. W sierpniu minie rok i choć zostało jeszcze sporo czasu to wiem, że dam radę.

Dzięki Marcin, pozdrowienia z Kielc!

Marcin Suszko Polska - mój "kurator"

Lot bezskrzydłowy / No wings flight

with one comment

( English version below the Polish)

To był piątek 23 czerwca 2006 roku godz 0:45 kładę się spać – godz 3:30 pobudka, trzepanie zębów o umywalkę, kamasze na nogi, fotoplecak na grzbiet i wio na statoil.

Telegraf

godz. 3:45
Razem z Duchem jedziemy do południowej części Kielc, parkujemy na Kawetczyźnie i wbijamy się prędko na Telegraf bo wschód słońca zbliża się wielkimi krokami a my jak na złość wybraliśmy najkrótszą noc w roku.

Kielce inaczej

godz. 4:05
Wychodząc więżą obserwacyjną powyżej koron drzew trafiamy do największej mleczarni na świecie, zdawać by się mogło, że łyknęliśmy właśnie jakiś kilkutysięcznik, caaaaała okolica aż po horyzont tonie we mgle – spod tego białego morza wystają jedynie 60 piętrowy komin elektrociepłowni, oddalona o 20 km Łysica i oczywiście maszt Telegraf, widoczność super, komary mniej super. Na szczęście po naszej stronie są jaskółki, które piszcząc w szalonym pędzie koszą zaspane o tej porze insekty maści latającej. Mimo znacznej wysokości dosłownie zero wiatru, jest przyjemnie cicho, mgła niesie odgłos jadącego pociągu i ciężarówek mknących na Tarnów.

[zdjecie z innego dnia / picture taken other day]

Duchu / Paul – „the Spirit”

Czytelnikowi należy się jeszcze słowo o wieży – jest to przeciwpożarowa wieża obserwacyjna, stojąca na drugim co do wysokości wierzchołku grzbietu Telegrafu. Ma ok. 30m wysokości (tyle co dziesięć pięter), wchodzi się na nią etapami po drabinach łączących platformy kolejnych kondygnacji. Na samej górze jest przeszklona i zadaszona budka, z oknami dookoła i stolikiem, na którym stoi coś wyglądającego jak skrzyżowanie kątomierza i kompasu by dyżurujący strażak lub leśnik widząc dym mógł podać przez radio dokładny kierunek w którym zauważył pożar. Strażnik z innej wieży podaje swój odczyt co pozwala zlokalizować ów dym na mapie w miejscu przecięcia kierunków. Celowo napisałem dym bo ogień zależnie od kierunku wiatru, jego prędkości, ciśnienia atmosferycznego, wilgotności powietrza i ściółki (i pewnie kilku innych czynników) może znajdować się gdzie indziej – zdarza się, że dym snuje się po ziemi i wydobywa się spośród drzew nawet kilka kilometrów od miejsca pożaru. Budka ma kilka otwieranych okien i drzwi prowadzące na balkon okalający budkę. Czekając na wschód słońca podziwiamy odmóżdżenie matołków, którzy nie mogąc otworzyć zamkniętych na zamek drzwi postanowili przynajmniej urwać klamkę. Kielce inaczej? Nie, Polska codzienna.

Lysica z okna budki obserwacyjnej na Telegrafie

godz. nie_wiem_która
Wschód naprawdę słabiej niż przeciętny: słońce od początku przesłonięte chmurami jakby nie miało ochoty zabrać kołderki ze świętokrzyskiej ziemi. Powietrze stoi w miejscu, a my stoimy dwadzieścia kilka metrów nad ziemia, może trzydzieści, plus wysokość względna Telegrafu, no – jest przyjemnie. Powoli pojawia się grzbiet Pasma Masłowskiego i Pierścienicy (tzw. „Skoczni”), mgła trzyma się dziarsko, słońce za chmurami. Po około godzinie oczekiwania na rozejście się mgieł zauważamy, że na zachodzie dzieje się coś dziwnego. Mgła wariuje tworząc wulkany, bałwany, grzbiety, kłębi się i wzbija na znaczne wysokości. Powstają jakby grzyby atomowe. Z czasem widać cos jakby biały front mgły który rozpościera się na całym zachodnim horyzoncie i powoli się zbliża.

Pasmo Poslowickie

Nad Kielcami mgła nieco rzednie, widać zarys klasztoru na Karczówce, wieżowce na os. Świętokrzyskim. Rzut oka na zachód: fala powodziowa mgły jest blisko, teraz możemy ocenić ze jest znacznie wyższa niż sądziliśmy. Wielka ściana szarości rośnie i zbliża się, zakrywa kolejne szczyty Patrolu, Słowika, Karczówkę jakby ktoś nagle pstryknął guzik „Karczówka OFF”. Teraz mgła jest już 500m od nas, olbrzymia szara chmura kroczy tyralierą i zdaje się grozić nam ze ją początkowo zlekceważyliśmy uznając za „wygłupy na zachodzie”. Górna część uformowanej w wał mgły prawie się nie rusza, wali na nas jak prasa na Janasa, zaś dolna część wysuwa białe jęzory, które zalewają szczyty i drzewa. Znika Pierścienica, nie wierzymy własnym oczom, wieża się lekko kołysze, zrywa się wiatr a powietrze zmienia zapach, to zapach lasu, wilgoci.

[zdjecie z innego dnia / picture taken other day] panorama Telegrafu

Dotychczasowa cisza zmienia się w szum lasu, przez który przedzierają się drobinki wody gnanej powietrzem. Choć wiedziałem, że nic się nam nie stanie to dziwnie duszno się robi gdy ma się być za moment zjedzonym przez mglistego smoka. Totalna szarość, nie widać nic przed nami ani za nami, Duchu, który wcześniej chyba fotografował (chyba, nie wiem, tak mnie zaabsorbowało to zjawisko), w tej chwili stoi ze mną na balkonie a aparat trzyma przez okno wewnątrz budki, ja filmuję i krzyczę coś w podnieceniu, adrenalina i radość „inni śpią a ja tu takie rzeczy przeżywam!!!”. To chyba koniec zdjęć na dziś gdyż ledwo widać pod nami ziemię, na której stoi wieża.

Skocznia i Patrol

Duch pakuje się przez okno do budki, ja przecieram okulary gdyż od nawietrznej wszystko jest w rosie. Nagle nos czuje zmianę, powietrze staje się suche i cieplejsze, zmienia się jego zapach a mgła od zachodu się rozmywa aż wreszcie wiatr całkiem cichnie. Patrzymy w kierunku wschodnim, szara fala w której przed chwila topiliśmy się przez 5 min odsuwa się ciągnąc za sobą opieszały welon mgieł, który zaczepia się jej o iglasty las. Przez jej ścianę przebija się wieża telegrafu, mgła niechętnie go oddaje, próbuje oblizać jeszcze ostatni raz.

lot bezskrzydlowy

Patrzymy na siebie – szok, obydwaj banany na gębie od ucha do ucha „tyyyy widziałeś to?” Całkiem jak mali chłopcy, których na moment nakryła wielka fala w morzu. Tymczasem to nie koniec, z zachodu nadciąga kolejna fala i to jest kosmos – w chwili gdy nadchodząca i ustępująca fala są w tej samej odległości od nas a miasto nadal przykrywa biała kołdra, przez ten jeden moment czuję się jak Mojżesz – gość stuknął laską w skałę i rozstąpiło się morze. Ja stuknąłem ze zdziwienia szczeka o balkon i rozstąpiło się mleko – dosłownie przed (i za) nami biała równina a po bokach dwie szare ściany mgły.

Warto było się nie wyspać? Heh, retoryka! Mam ciarki na plecach i wszystkie włosy na baczność. Kolejna fala, nadchodzi, to tak jakby się wyglądało przez okno w pociągu, który wjeżdża do tunelu w górze lodowej, znów wiaterek, zapach wilgoci…

Skocznia we mgle

Staliśmy tacy oniemiali, ze z początku żaden z nas nie zrobił nawet jednego zdjęcia, Paweł ocknął się szybciej a ja stałem zafascynowany gapiąc się jak szpak w pękniętego jeża. Fotoreporter ze mnie marny. Kolejne fale miały minimalne przerwy aż w końcu mgła zadomowiła się na cacy.

godz. 6:40
Zeszliśmy z wieży i przez zamglony baśniowy las poturlaliśmy się do samochodu, trzeba jeszcze się ochlapać, przebrać, zjeść śniadanie, zatańczyć z żelazkiem i na 8 do arbeitu. Mmmm… naładowanie akumulatorów psychicznych: dziesięć! Dobrze, że ten spontan się zmontował akurat tego dnia, na co dzień ponoć mgła jest ale mglistego sztormu już nie, ha!

No, to się wyspałem przed Firmamentem, nie ma co!

Skocznia (Pierscienica) i Pasmo Poslowickie, daleko Gora Patrol

zdjęcia moje dopiero co odnalezione na stercie zapomnianych negatywów, tekst archiwalny (2006), znany jako „Tsunami na Telegrafie”, publikowany (Wici, MTB Kielce), z perspektywy czasu wiem, że trafiły się nam wyjątkowe chmury a nie żadna mgła. Mimo starań są to wrażenia nie do opowiedzenia, łatwiej zrozumieć co przeżyliśmy oglądając zdjęcia Pawła –  goraco polecam GALERIĘ ZDJĘĆ DUCHA z opisanego powyżej wypadu.

/

It was Friday 23 June 2006, I went sleep at 0:45 AM- woke-up at 3:30 AM, brushing teeth, wearing shoes, backpacker filled with photo stuff and go to Statoil.
.
3:45 AM
Together with „the Spirit” (Paul’s nickname) we went to the southern part of Kielce, we left car at Kawetczyzna area and got quickly to „the Telegraf Mountain” because sunrise was almost rising as we choose the shortest night of the year.
.
4:05 AM
When we hiked the tower and reached level above the trees tops we saw the largest creamery in the world, it might seem that we scored some few-thousander: everything arround us to the horizon drowned in a fog and over this „white sea” protruded only 60-storey chimney of power plant, Lysica Mountain (about 20 km away, 612m high) and radio mast on summit of Telegraf. Great visibility and dozens of mosquitoes. Fortunately the cheeping swallows were swallowing in a mad rush sleepy flying insects. Despite the altitude the speed of wind was literally zero, it was pleasantly quiet, I heard the sound of trains and trucks through the fog.
.
O, as a reader you should know few things about „our” tower – it’s an observation tower of Fire Department, situated on the second up to the top of Telegraf ridge (the highest is taken by radio mast). Fire brigade watching tower is about 30m height (ca. 10th floor), it has several stage of platforms connected by ladders. At the top is placed cabin with windows all around and a table with something looks like a combination of protractor and compass. The fireman or forest ranger on duty, seeing smoke can give the exact direction (in degrees) via radio. The ranger on another tower gives his direction of seen fire so that allows to locate the smoke on the map at the intersection of these two directions. I wrote „the smoke” because the fire, depending on wind direction, its speed, barometric pressure, humidity and bedding (and probably some other factors) could be somewhere else –  smoke can wanders low, close to the bedding and get out over the trees even a few kilometers from its source. The cabin has also doors leading onto the balcony surrounding the booth. Waiting for the sunrise we talked about some brainless assholes, who, unable to open the locked doors, decided at least to break off the handle. Different Kielce? No, regular Poland.
.
I_don’t_know_what_time AM ;)
Sunrise actually less than average: the sun is obscured by clouds and doesn’t want to take off giant white duvet from the land of Swietokrzyskie. The air is still, there’s more than twenty maybe thirty meters beneath us, plus 408m of Telegraf mountain, nice place. Slowly appears edge of Pierścienica Mountain (locally known as Ski Jumping Hill) and Masłowskie ridge, the fog stays arround and the sun is hidden behind the clouds. About 30 minutes of waiting and I see that something strange is going on on West. Fog is going crazy by forming volcanoes, waves, ridges, swirling and soars to enormous size. Looks like arise of giant atomic mushroom. By the time I see something like a white front of clouds which spreads across the western horizon and slowly approaching.
.
Fog diluted little bit, I can see the outline of the monastery on Karczówka, skyscrapers of Świętokrzyskie Estate. Take a look to the west: „flood” wave is close, now I can assess it’s higher than I thought. Great gray wall grows and approaches to further obscure the peaks of Patrol Mountain, Slowik, Karczówka just like someone had suddenly pushed the button „Fade Karczówka”. Now the fog is 500m away, a tyraliera of huge dark clouds dangerously walks straight to us. The upper part of the misty shaft moves hardly and the lower part of fog is licking the mountains and trees with a white tongues, forest disappears in white flood. Pierscienica Mountain disappears, I don’t believe my eyes, our tower sways slightly, the wind sprang up and I feel change of smell of the air, mist brings smell of moisturised wood.
.
The silence has been replaced by murmuring sound of mist wading through the forest driven by the air. Although I knew that nothing wrong can happen I felt a bit stuffy when it comes to be eaten in a moment by misty dragon. Totally grayness everywhere, there is nothing at the front or behind us, the Spirit, who previously probably photographed (I was so absorbed by this phenomenon that I don’t know), now is with me on the balcony and holds the camera inside the booth (against moisture), I’m filming and shouting something in great excitement, adrenaline and joy: „I experience amazing things here while others still sleeps in their beds!!!”. I think this is the end of taking pictures for today because the ground below us is barely visible.
.
The Spirit is getting inside the booth through the window, I rub the glasses cause everything at the windward is in dew. Suddenly my nose feels change, the air becomes dry and warmer, changing its smell and the West is slowly stop hazing, wind is slowing down and finally stops. We’re watching the East, where gray wave in which we drown last five minutes is moving away and dragged slack veil of mists hooks to tops of coniferous forest. The radio mast wade through the wall of mist which leaves it reluctantly, trying to lick it one more time.
.
We are positively shocked, both with bananas sticked on faces: „Dude, can you believe it?” Just like little boys covered in a moment by giant wave on the seashore.
But this is not the end – from the west comes next wave! When the incoming and outgoing waves are the same distance from us and the city beneath is still covered with a white quilt, at this single moment I feel like Moses – guy tapped the rock by his cane and caused split of the sea. I tapped the jaw to the balcony ;) with great surprise and I saw split of the milk – literally at the front of us white plain with two gray walls of mist at the sides.
.
Was that worth to not sleep well? Eh? The rhetoric! I have goose-flesh and all hair erected electrified. Another wave is coming, it seems like be staring through the window when train enters the tunnel into iceberg, again breeze, the smell of damp … I stood so speechless and fascinated…. I also realised I haven’t done pictures during most interesting moments, fortunately Paul recovered his consciousness but I stayed staring like when you’re seeing naked women for very first time. I know, totally unprofessional. Subsequent waves had minimal gaps between until the fog remained completely.
.
6:40 AM
We left the tower and went through the misty fairy forest to the car, then just splash, shave, dance with an iron and don’t be late at work (8.00 AM). Mmmm …mind and body battery full!
The pictures were just founded now among bunch of forgotten negatives, text archive (2006), known as „Tsunami on Telegraf”, published in past (Wici, Kielce MTB). Despite the efforts this experience it’s hard to express. It might be easier to understand what we saw if you’ll watch the Spirit’s pictures – I recommend HIS GALLERY from the trip described above.

Detkowiskooooooo

18 komentarzy

Czas: niedziela, 17 stycznia 2010, godz. 10.00
Miejsce: stok miedzy Slonecznym a Bociankiem. Sprawdzone przed chwila na rowerze, jest trasa gladka i opcja z muldami, daleko do drzew, nachylenie i dlugosc stoku w pytke jeza tak dla nas jak i dla maluchow. (mapa)

Bierzemy przedmioty slizgajace sie po sniegu – nadmuchane detki, foliowe worki z sianem, sanki – i, mowiac nomenklatura nauczycieli, ponawydurniamy sie jakbysmy sie szaleju najedli. Dojazd samochodem jest zarowno od Bocianka (ul. Kasprowicza) jak i od Slonecznego (dawniej Sloneczne chyba 13 i 16 a teraz jakiejs Znojkiewiczowej). Obecnosc nadobowiazkowa, uczestnictwo na wlasna odpowiedzialnosc :> Zabranie termosa, grilla, aparatu – mile widziane :D

Ponizej kilka fot nie wiem czyjego autorstwa lecz bardzo dziekuje ze je zrobiono (jak ktos zna autorow to poprosze na m@ila) z podobnych incydentow na nieistniejacych juz Psich Gorkach.

Ja wiedzialem ze tak bedzie…

8 komentarzy

…on nie wzial spiworka ;) Ostatnio dzieje sie duzo i wiele tych historii istnieje rownoczesnie, rownolegle. Chyba najbardziej radosna jest taka, ze postanowilem zakonczyc wreszcie tegoroczne wakacje i wyleczyc sie z Cyganskiej Choroby (objawy: broda rosnie, huj stoi, robic sie nie chce) i lada dzien zaczyna sie rendez-vous z nowa firma. Wrzuce na bloga fotopomysly, ktorych – jak sadze – nie bede w stanie zrealizowac a zagrozone sa unicestwieniem po nowym roku.

Rajdy drepcedesowe byly dwa ostatnio, jeden z Niedzwiedziem petla oparta na szlaku Massalskiego Tumlin Wegle – Porzecze a drugi z Betkiem ostatniej soboty z konca szlaku czyli Goloszyc a odbiciem czarnym do Oblegorka. Zdjecia i slow kilka wkrotce jako ze zaleglosci w opracowywaniu zdjec duze i skubane nie maleja. Poza tym gruchnalem zolty szlak rowerkiem z Gruchawki do Dabrowy w jesiennej scenografii.

Dzieki dobremu człekowi Dudiemu mialem okazje byc w tym roku na wszystkich seansach NURTu, skorzystalem tylko z wybranych ale naprawde sie najadlem. Mistrzowski material o Echelonie schowanym w wojewodztwie szuwarowo – bagiennym, o istnieniu ktorego „nikt nic nie wie” a ci co wiedza boja sie mowic. Oficjalnie to magazyny Strazy Granicznej RP a nieoficjalnie to az dziw bierze jak chetnie ludzie z okolicznych wsi „spolecznie” zawiadamiaja policje o kazdym samochodzie na blachach spoza ich wichury. „Polska na podsluchu: prawda czy mit?” Piotra Owczarskiego, cholernie wazne by nie skladac broni gdy zaczynaja sie cisnienia z tzw. gory, co prawda w ich wyniku prezes TVP wymiekl i material nie zostal wyemitowany (!) ale jak widac bardzo osobliwa interpretacja pojecia „misja” w tym medium kroluje. Niestety ocenzurowano nazwe miejscowosci ale w koncu teren warminsko-mazurskiego to nie bezkres Rosji wiec dla prawdziwego poszukiwacza klopotow takie wyzwanie nie bedzie problemem a honorem :D
Drugi numer na tegorocznym Nurcie moim zarozumialym zdaniem wart omowienia to wyprodukowany dla TV Biełsat „Bialy zagiel” Vladzimira Kołasa – trzech malarzy splywa starym jachtem napromieniowaną Prypecią zatrzymujac sie w kazdej mijanej wsi: eksploruja ruiny, opuszczone domostwa, zagluszone sadami opustoszale osady ludzkie. Fotografuja, maluja i rozmawiaja z ludzmi, ktorzy wciaz zyja w niektorych czesciach „zony”. Wieczorami na lodzi dyskutuja o ogromie zniszczen po wybuchu czernobylskiej elektrowni atomowej, o polityce i gospodarce ale to co robia na koniec materialu…  pozostawiam do obejrzenia.
Bylo tez spotkanie z miszczem Stuhrem ale po komencie Ulsona: mial byc Polanski ale nie dojechal bo kiedys dojechal zbyt wczesnie wybralismy sie na tajne fotokomplety ;)

I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie na tych ktorzy chca zniszczyc moich braci” – mamrotal afroamerykanin w „Pulp fiction” i mozna smialo wstawic te sentensje jako motto ostatniego filmu Quentina – „Bekarty wojny„. Niektore watki ciut przydlugie („ciut przydlugawe” to chyba „cofanie do tylu”?) lecz mimo to film niesie radosc zemsty, ktora moge porownac tylko z „Perfidia” Baldheada. Moze nie tak mistrzowsko poprowadzona jak w „Fracture” ale niezla. O ile „Death proof” nawet do mnie zagadal to juz „Planet Terror” okazal sie zbyt fiction (sajens, nie palp) wiec mialem pewne obawy przed kolejnym tarantinowskim bekartem. Nieslusznie bo dobry jest. Wojenny.
Mozna sie tez wiele nauczyc porywajac sie na wersje oryginalna gdzie angielskie dialogi przeplataja sie z niemieckimi, francuskimi a nawet wloskimi. Na szczescie mialem napisy… po rosyjsku :D

Podniecalem sie kiedys budynkami 3D w Google Earth (ktora to opcja ma niby rekompensowac brak znanego z Google Maps „street view”??) Wtenczas takich budynkow w Europie bylo po kilkanascie w co wiekszych stolicach. W przeciagu niespelna roku przekroczone zostaly plany najblizszej pieciolatki: taka Warszawa czy Dublin objely trzecim wymiarem cale centra i sporo przyleglych dzielnic. Fajnie sie teraz fruwa nad miastem. Podkreslenia wart jest fakt, iz budynki wymienionych miast wygladaja jak w rzeczywistosci a nie jak makieta z bialej masy w przypadku np. Paryza.

Milo odnotowac ze wojewodztwo sie promuje. Poza komiksem „Poszukiwacze zaginionego kwiatu paproci” rysowanym przez Ry66e wreszcie doczekalem sie profesjonalnego wydawnictwa. Pro widac od selekcji zdjec przez design a konczac na papierze jakosci wiecej niz nalezytej. Do tego spoty w necie i tefauenie oraz arcyszczwany plan przemycania piekna swietokrzyskiej ziemi w serialach: jest juz Padre Mateusz Wajcheprzełóż-Żmijewski czyli detektyw w sutannie z dwoma pedalami ;) a bedzie tego wiecej bo i „Listy do em” i „Chirurdzy„. Od ogladania tiwi wole ogladanie lasu na zywo ale niechaj ludzie zobacza urokliwe zakatki ziemi. TEJ ZIEMI :D

W wigilie urodzin dobrze sie podliczyc – jakies trzynascie lat temu mielismy zespol. Nawet niejeden. Graffiti i rap w 96 roku to byla nasza zajawka wiec jako „3L crew” malowalismy a po zmianie skladu dzialalismy jako „RS4 sect” podczas gdy jako „3 Litry” gralismy koncerty i nawet nagralismy wlasnym sumptem jedna plyte. Miedzy innymi do tejze plyty powstaly zdjecia, ktore robilismy na profesjonalnym cz-b materiale „Kodak 5055 BWB” a naswietlenie ich (raptem 36kl) zajelo nam ponad dwa miesiace. Tak cenny material powierzylismy jednemu z najstarszych zakladow fotograficznych w Kielcach, otrzymalismy material niedowolany utrwalony.
Pozwole tu sobie na mala dygresje: dzis uslyszalem ze prawnik firmy obezpieczeniowej anulowal opieke medyczna pacjentce chorej na depresje po tym jak zamiescila na fejsbuku zdjecia z imprezy, ktora zrobila by wyjsc z psychicznego dola. Dostarczyla niejako dowody iz depresji nie ma skoro krecibalety a co za tym idzie – bezpodstawnie smierdzi na L4. Od razu przypomnialo mi sie amerykanskie „wszystko co powiesz moze byc uzyte przeciwko tobie”. Pomine zatem tutaj przezornie rozstanie sie z kretem ciemnowym ktory nam zniszczyl negatyw.
Wracajac do tematu – bylismy zdruzgotani: prawie trzy miechy weekendowych sesji w miejscowkach gangsta-młodafoka a tu, jak mawiaja ludzie prosci, dupa! Material okazal sie na owczesne czasy i nasze mozliwosci niezdatny do wykorzystania na okladke plyty wiec zabalsamowany tlustymi przeklenstwami wyladowal w szuflandii z wyrokiem dozywocia. Na szczescie sobie o nim przypomnialem i wlasnie go ulaskawilem. Odnosnie kopirajta – autorem jest Sumo, ktory rejestrowal to chyba Zenitem ktorymstam. Z przyjemnoscia prezentuje, majacy wartosc prawie wylacznie sentymentalna, odreanimowany strzal z „tamtych czasow„.

3L / 3 Litry

Od lewej wystąpili: ŚMY. Kolejnosc (Siergieja) Przypadkowa.

Tyle slow Panskich. Jeszcze tuba na dzis – Maklowicz radzi: trzeciego przepisu nie testuj w kuchni! czyli zabawy z proszkiem do pieczenia oraz sznurek: szablony z miejskich przestrzeni, najczesciej o tematyce „jedzmy niemieso”. Dbrnc!

%d blogerów lubi to: