Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Posts Tagged ‘gory

Lug z Szałasem

4 komentarze

Glenmalure

Glenmalure

Świt. Moment, gdy noc ściera się z dniem, dzwonek budzika kruszy najtwardszy sen, duch przygody walczy z materią w ciepłym łóżku a duża wskazówka każdego zdrowego faceta znajduje się na godzinie 11 lub 1, akurat cholera wtedy! Nigdy nie jest łatwo dlatego jak najprędzej trzeba dotknąć stopą podłogi i przypomnieć sobie DLACZEGO ;)

Na przekór brakowi samochodu, niełatwej pogodzie i zdradliwemu termosowi wturlaliśmy swoje zwłoki do pociagu i ściskając w ręku kamyk zielony (Mezuza ze Zgmocieniaka) oraz bilet na przejazd tam i z powrotem wykonaliśmy desant na stacji najbliższej Górom Wicklow mając w planach zdobycie najwyższej w całej prowincji (brzmi, co?), znanej i lubianej Lugnaquilli zwanej dalej „Lug”.

Dalej był wiatr, deszcz, błota, skały, trawy, chmury i pogoda rodem z dworca w Kielcach, którą przeplataliśmy nie wiedzieć czemu uśmiechem.

/ A day out with Martin that we spent hillwalking in Wickow Mountains to reach the peak highest in Leinster and 13th highest peak in Ireland – The Lug 925 m

Despite the weather we climb up by zigzag and descend partly with trail, then just heading on azimuth to reach the waterfall. Tired mostly cause of rain and really strong wind but happy as always.

W drodze powrotnej to autostop zatrzymał nas – dobry człowiek sam zaproponował podwózkę widząc chyba jak stawiam obolałe kopytka drepcząc asfaltem w stronę cywilizacji. I jeszcze przeprosił, ze wiezie dwa psy w bagażniku (kombi) i spytał czy nie bedzie nam przeszkadzało bo wiadomo jak pachnie mokry pies. Nie przeszkadzałoby nam nawet gdyby wiózł tam pawiana z pawiem na klacie, torbę słoniowego guana, tandem Gucwińskich i pijaną orkiestrę bawarskiej straży pożarnej :D

Szałasowe foty z Lug / Martin shots from this trip

/ On our way back we were so lucky that we didn’t have to hitchhike – some nice stranger stopped his car and offered us a lift asking if we don’t mind smell of wet dogs that were in the car. We (or at least me) were so exhausted that I can’t just imagine what could make us refusing his good deed.

Into the wild… of mind

9 komentarzy

 Into the mind – official teaser

Zwiastun film, który jesienią przyszłego roku podsyci ogień trawiący duszę podróżników

/ Teaser of upcoming video (autumn 2013) that will strongly motivate mountain lovers

<p><a href=”http://vimeo.com/54348266″>Into The Mind – Official Teaser</a> from <a href=”http://vimeo.com/sherpascinema”>Sherpas Cinema</a> on <a href=”http://vimeo.com”>Vimeo</a&gt;.</p>

Górski monocykl / one wheel adventure

14 komentarzy

Zmęczyłem się od samego oglądania / I feel my legs just from watching this ;)

Thnx2: Marjusz

Beskid Niski sercu bliski czyli na wypad na sześciu kółkach

15 komentarzy

Proszę do nas nie dzwonić, my zadzwonimy do pana.

Po wypadzie jurajskim, z którego relacja wciąż jest niegotowa bo mi wcięło sanki od skanera, postanowiliśmy powtórzyć rowerowy wypad we wrześniu, takie plany kończą się zazwyczaj skwitowaniem „taaak, musimy się koniecznie zdzwonić” po czym wszyscy są tak mocno zajęci, że plan umiera. Tym razem kroiło się podobnie: życie rodzinne i zawodowe wygrało z potrzebą rowerowego resetu u kilku z nas lecz moje kocury dachowe nie odpuściły i pojechaliśmy.

Pod górkę, wiatr w oczy, deszcz w twarz.

Najpierw nie było czym – zmieściliśmy się w Tomkowego kombiaka; nie było na czym przewieźć bajków – Tomek kupił bałagażnik rowerowy; planowany termin zbiegł się z trudnymi dniami chłopaków – przebukowaliśmy noclegi; nie było miejsc na drugi nocleg – zmieniliśmy Zdynię na Hańczową; miało być zimno – zainwestowaliśmy w ciuchy; zapragnęliśmy wideorelacji – Darek łyknął kamerkę; można by tak bez końca wymieniać reperkusje z którymi przyszło nam się borykać (przeciwności losu którym podołaliśmy – bo przecież nie tylko Betko czyta tego bloga ;P )

W pierwszej osobie liczby mnogiej.

Przeprawiliśmy sie nieprzejezdną drogą z sugerowanym wielokilometrowym objazdem (dzięki tompac!), spaliliśmy pizdyliard kalorii wpychając rowery pieszym szlakiem o nachyleniu bliskim 45°, przejechaliśmy w siodle szlakiem zniszczonym przez kopyta i przeoranym koleinami, nawinęliśmy drogę na koła – ilasta, tłusta, gęsta i lepka maź leśnej drogi okleiła opony tak grubo aż przestały obracać się w ramie a buty wyglądały jak rakiety błotne, z zionącym gorzałką teksasrendżerem bezskutecznie negocjowaliśmy podwózkę dla Darka który na jednym z grzebitów zerwał przerzutkę, skonsumowaliśmy swojski świętokrzyski trunek w towarzystwie chabaniny pieczonej na griloognisku wymieniając sie przy tem doświadczeniami seksualnymi z ciałem pedagogicznym płci żeńskiej ze szkoły średniej, zwiedziliśmy Gorlice i skamieniałe miasto w Południowej Polsce (Ciężkowice), pokonaliśmy deszcz, sen, TIRy i pobocza…

A zaczęło się tak…

Właśnie próbowałem w czyn zamienić myśl o pakowaniu się gdy zadzwonił Kowal – a, no tak, prawie zapomnialem, Drakonidy, zaraz będę – oglądaliśmy wchodzące w atmosferę meteory płucząc gardła zupą chmielową do 4 rano (pobudka o 5.30). Miasto nocą prezentuje wiele propozycji, których nie znajdziecie w żadnym przewodniku – jak np. ociekająca frytkowym tłuszczem, tańcząca w stanie półnieważkości, niewiasta o niekompletnym uzębieniu, śpiewająca biełyje rozy i falująca zalotnie obfitymi kształtami pośród karuzeli z pieczonymi potworami. Kładąc na tacce w kebabie banknot o wyższym nominale można zostać źle zrozumianym i „resztę” otrzymać (a właściwie podać) od kuchni a jak wiadomo – starym pannom nocą jajniki grzechocą :))

Aha, miało być o rowerach :)

Urzędowaliśmy na bicyklach w okolicach dawnego przejścia granicznego w Koniecznej, między Polską a Cygańską krainą Północnej Czechosłowacji, trafiły się nam 3 piękne zjazdy – sześciominutowa bardzo szybka jazda aswaltowa po awarii jednej z maszyn, nieco wolniejszy zjazd z wyprzedzaniem ładowarki obornika zakończony wizytą na prawosławnych uroczystościach i jazdą rowerem z przyczepką do rozwożenia mleka w bańkach i dobry zjazd terenowy zakończony w miejscu do którego parę lat wstecz dotarłem cywilnym osobowym samochodem. Już za bobrzymi żeremiami zajrzeliśmy w dolinkę węglarzy – właśnie robotnicy pakowali ostatni piec na wóz ze złomem, nawet tu można poczuć na plecach oddech Chin.

Smaczki.

Klimat jazdy dolinami i bezdrożami Beskidu to obrazy jakie widziałem w relacjach z Rumunii lub Ukrainy. Pięknie, dziko, bez masztow, zasięgu, ludzi i cywilizacji. Na drodze terenowki albo maluchy. Często jedynym śladem pod ludziach w mijanych miejscowościach są drzewa owocowe, ciężko wyobrazić sobie że 80 lat temu stało tam 90 domostw w których żyło do kupy 500 Rusinów i Polaków a wszystko zniknęło bez bomby atomowej, wystarczyła operacja Wisła i działania UPA. Ognisko z widokiem na grzbiety górskich pasm niknące w rosnącej perspektywie potwierznej nadchodzącego zmierzchu, wszystko popite gorącą herbatką z termosu w ten cudny bezwietrzny, słoneczny dzień…   duchem wciąż tam wracam. Była też przednia zabawa: jabłka + kij = strzelanie bronią organiczną w niebo, prawie jak za małolata gdy „wrzucało się” na dziesiąte. Do tego dojrzałe jeżyny bez cienia kwaśnego smaku – istna ambrozja. Prawdziwe kabanosy z uczciwej, ciemnoczerwonej koniny. A na deser szyneczka od Pani Zosi i sery, z ktorych skręcaliśmy z Arturem i chłopakami jointy smarowane wasabi i sambalem, mleko z automatu i olbrzymie ptysie w Gorlicach. Nieodżałowana ewaporacja zawartości największej znanej mi kolekcji alkoholi którą wkrótce zobaczycie w Teleexpressie.

Uzdrowisko :)

Są w pięknie położonych sanatoriach takie kąpiele zdrowotne w których godzinami bulgoczą stare babki (dodając wlasne bąbelki) aż im skóra zbieleje, rozmięknie i zmarszczy się jeszcze bardziej. Zastanawialiście się co dzieje się później ze zużytą wodą z tych solanek i uzdrawiających kąpieli? My już wiemy – piliśmy z ujęć o pięknych imionach: Anna, Józef, Bolesław…

Fotorelacja

Miałem robić zdjęcia jednorazówką ale BUMSZAKALAKA – pierwszego dnia na zjeździe wypadła mi z plecaka :( Jeśli ktoś znajdzie taki aparat to będę zobowiązany za skontaktowanie się czy podesłanie zdjęć których zdążyłem zrobić może 3-4 sztuki. Tymczasem oto moje skromne pstryknięcia z komórki a wkrótce mam nadzieję będę mógł podlinkować do filmu Darka i zdjęć Tomka. Miłego oglądania!

Zdynia. Dzień pierwszy, szykujemy szpszęty ;)

Po stroooomym wprowadzaniu i trudnym szlaku wreszcie szeroka droga

Porumakowane :(

jeżyny, herbatka, piwko na smaka i umowa że spotykamy się w tym miejscu za 30 lat

wieczór wyborczy

spółdzielnia rękoczynu ludowego czyli co Niemcy robią z zużytymi oponami ;)

design Gorlice, śmy se pozwiedzali gdy dobry człek z Ostrego Koła naprawiał rower Dżiszoka

ten budynek skojarzył się jednoznacznie: ordinary guy :)

gdzieś między Konieczną a schroniskiem którego nazwy nie mogę zapamiętać

tamże

tu Darek poprosił sklepową o rękę... by wsypać jej złote pieniążki za wrzątek ;P

Układ słoneczny - edukacyjna makieta na wsi

przydrożna mapa okolic Zdyni

Beskid. Przestrzeń. Wolność.

kapliczka z okładki poplenerowego albumu CKF

Łemkowskie jabłka (chłopaki narzekali że zalatują trupem)

Jak budowano dziki zachód. Czy wschód raczej.

wsi spokojna, wsi wesoła

Tomak pracujący nad landszaftem (tak po prawdzie to zazdroszczę mu zdjęć)

dosyć tego dobrego panowie, ściągamy narty!

Ognisko, widoki, zajebioza. I wiezione specjalnie w tym celu piwko na trzech.

Dziwne te krowy, zajęły całe pastwisko i ani drgną!

Jedna z kilkunastu okolicznych cerkwi, nawet byliśĶy na mszy i sprawdziliśmy czy dzwon nie zardzewiał ;P

Się gra - się ma. Fragment kolekcji alkoholi Pani Zosi co ją do Teleexpresu zgłosiłem.

Hańczowa, dzień trzeci, skończyła się dobra pogoda.

Najdokładniejsza mapa Beskidu. Audycja zawiera lokowanie produktu.

Inhalacja z podgrzewacza do mineralki.

Dupa Centralna - tu byłem.

Pozdro dla Darka i Tomka, dzikęi za udany wypad, szczególnie dla Tomka że nas cało i w miarę zdrowo przydrajwerował do CK puebla. A pointa? Lackowa czeka! :)

A na deser muzyczna ilustracja wypadu: Bajaga i Instruktori „Verujem ne verujem”

Gdy wieje, leje, duje, dżdży, siąpi, kropi albo pada…

4 komentarze

Drugi lutego roku panskiego dwa tysiace ósmego, godzina szosta.
Karlos wracajac z lotniska zahacza o Finglas, jem przyspieszone sniadanie i juz o 8 jadziem droga R115 przez Gory Wicklow. W oko wpada nam gora, ktora mijalismy wiele razy a do glowy spontan “a jakby tak wejsc tam?”, nie jest imponujaco wysoka ale zaczyna stromieć nagle niczym fiat multipla :) Piec minut pozniej zostawiamy piekna perloworozowa korse u podnoza naszego celu i zaczynamy marsz pod gore, na przelaj. Caly teren to wykarczowany kiedys lub wiatrem polamany las z ktorego pozostaly drobniejsze nadpalone galezie jakby ktos wypalal tu trawe (i pewnie jeszcze nie raz bedzie to robic gdyz Co. Wicklow to dobre miejsce na wypalenie trawy hhehe!). Nie pada deszcz (jeszcze) ale wieje i to mocno, nie ma zadnej sciezki, szlaku zero, jedyne zauwazalne slady mowia o obecnosci kozic i tym ze nie chodza one glodne.

plaski czerep Karikszoka

spozieramy telefonopstrykaczem na Polnocny Wschod

i w strone kontynentu...

Szczyt okazuje sie dosc plaski, duzo na nim wielkich, gladkich, prawie rownych z ziemia glazow, cale pojezierze kaluz, na dodatek dmie bardzo silny wiatr, wzmagajacy sie raptownie i gasnacy, szacujac wg sprawdzonego wzoru „pi x drzwi”, jakies 120-150km/h. Naprawde ciezko isc, czesto miejsce w ktorym stawiasz stope rozni sie od tego w ktorym planowales ja postawic o kilkanascie centymentow. Wiatr jest tak silny ze trudno zrobic jakiekolwiek zdjecia, ciezko ustac w miejscu w ogole choc daleko mi do postury Malysza.

Carrigshouk peak

Carrigshouk 571m n.p.m. - wieeeeeejeeeeeeee!!!!!

Karlos na szczycie Carrigshouk, w oddali Military Road "droga dolara" (i do Wodospadu Glenmacnass)

Nadszedl czas proby: trzeba odcedzic kartofle, pozycja niczym gitarzysta Limp Bizkit podczas ulubionego riffu tzn. silny wykrok jedna noga w przod, druga w tyl, kto wymyslil te cholerne guziki…   pozycja lipna, mimo ze stalem “z wiatrem” zawirowania powietrza niosa zlote krople wirujac dookola niczym traba powietrzna. Pomaga dopiero przyklekniecie z silnym wykrokiem jedna noga w przod pozawalajace na kontakt Waclawa z trawa… W koncu schodzimy najstromszym bokiem gory porosnietym uschnietymi paprociami, nizej teren jest sliski i zdradliwy niczym usmiechniete twarze pracownikow prowidenta: galezie zalamuja sie pod ciezarem kroku i noga wpada pomiedzy skaly lub w niecki z woda.

termometr oszalal ale pogoda na zewnatrz wcale nie zachecala do wedrowki

9.15 siedzimy juz w carlosowym vauxhallu, zaczyna sie mzawka ale ruszamy do Glendalough, pogoda tak podla ze nawet parking za free. Startujemy szlakiem prowadzacym do dawnej osady gornikow i dalej do wodospadu (choc zdaje sie ze w ciagu wszystkich szesciu dni bez deszczu w Irlandii moze byc niezauwazalnym strumykiem), lajcik tylko coraz bardziej leje deszcz.

droga wzdluz wyzszego z jezior Glendalough

Nie odczuwamy tego dopóki chroni nas las iglasty, pozniej na otwartej przestrzeni okazuje sie ze pada naprawde solidnie ale i niewasko wieje. Z wioski zostaly ruiny kilku budynkow, dwa kopce zmielonego surowca i szczatki jakiejs maszyny, napieramy dalej w kierunku wodospadu, caly czas leje, strumien gorski grzmi w napotkane glazy raz po raz tak ze woda jest spieniona na kazdym odcinku a dodatkowo wiatr targa jej grzywe na boki.

Glendalough - ruiny osady gorniczej

szczatki z czasow swietnosci wioski

Trawersujacym szlakiem podchodzimy coraz wyzej ale sprzet nas zawodzi a konkretnie buty i spodnie ktore przemokly az po klejnoty, odwrot, tym razem zimne szpilki desczu wbijaja sie w twarz, nie jest milo, daszek czapki oslania czesciowo twarz, troche pomagam sobie kolnierzem, brak rekawiczek tez daje sie we znaki.

wchodzilismy majac wiatr i deszcz w plecy, schodzenie okazalo sie zdecydowanie mniej przyjemne...

zmokniete cojones to sygnal do odwrotu - luty 2008 to byl plan zapuszczenia dredow Kaziopodobnych

Jakis czas pozniej parking i goraca herbata z termosu, a 5 min pozniej wystawialismy kontrafaldy w strone ognia z kominka w miejscowym barze oczekujac na goraca, gesta, kremowa zupe warzywna. Jeszcze maly rekonesans kilka dolin dalej pod katem nastepnego wypadu, pasuje, spadamy do domu. Zamrznieci, zmoczeni i z…usmiechnieci :) Nauke wtedy wyciagnalem wazna – nieprzemakalna kurtka chroni Cie powyzej pasa wiec jesli nie masz odpowiednich spodni – deszcz plynie na nogi i przez material spodni dostaje sie zarowno do butow jak i do jąder a wtedy odechciewa sie gdziekolwiek chodzic.

Jest w Glendalough schronisko wiec warto rozwazyc je planujac bardziej udany niz nasz wypad. Wpomniany rejon znajduje sie na 56 mapie OSI. Pozdrowienia dla wszystkich dreptaczy, mam gula za kazda miejscowke w Wicklow na ktora mialem smaka lecz braklo czasu, kasy, checi, determinacji… wiec chodzcie poki tam jestescie. Bardzo zaluje ze nie zrobilismy z Ula duzego odcinka Wicklow Wa,y ktory planowalismy logistycznie ogarnac rozrzucajac w odpowiednich odcinkach szlaku konserwy i wode, ktore chcielismy zamaskowac by w kolejny weekend przespacerowac sie z „o tyle lzejszymi” plecakami. Coz, bylo-minelo.

Specjalne pozdro dla Ciebie, Karlos, stary wilku! Po ostatnich zdjeciach z chmur widze ze wciaz calkiem niezle drepczesz :)

Krywan 2009

6 komentarzy

W ostatnie wakacje udalo mi sie po kilku latach grubej przerwy zaatakowac Tatry w dobrej ekipie i to pierwszy raz po slowackiej stronie. W piatek wieczorem dotarlismy do Zakopca, w sobote rano wyjechalismy do Strbskiego Plesa, zostawilismy na parkingu bolid i ruszylismy na starcie z niemal dwuipolkilometrowa gora. Tamtejsze drogowskazy nader optymistycznie podaja czas wejscia na Krywan ok 3,5 godz podczas gdy nam srednim tempem zajelo to 5h (w tym ok 1h przystankow), pol biedy rano ale ktos moze po poludniu policzyc ze zdazy za widna a tu dupa jak mawiaja ludzie prosci.

krotki stop na podejsciu

krotki stop na podejsciu

na szlaku przewaga slowackiego i polskiego, inne jezyki europejskie znacznie rzadziej

na szlaku przewaga slowackiego i polskiego, inne jezyki europejskie znacznie rzadziej

dolem biegnie trasa Poprad - Liptovski Mikulasz

dolem biegnie trasa Poprad - Liptovski Mikulasz

idac szlakiem mijamy kilka jeziorek

idac szlakiem mijamy kilka jeziorek

RAZCESTIE V KRIVANSKOM ZLABE 2120m

RAZCESTIE V KRIVANSKOM ZLABE 2120m

tres deliquentes

tres deliquentes

W wielkim skrocie: dotarlismy na szczyt, Tomek rozczestowal ile mogl prowiantu by zmniejszyc wage plecora, Szavka spotkal kolege z ekonomika a Dzwiedz… musial zwalniac tempo zebysmy mogli go dogonic :) Droga jest dluga acz latwa, dopiero ostatnie kilkadziesiat minut to wspinanie sie pomiedzy glazami. Ale nawet tu minalem goscia z dzieckiem w nosidelku (!) i wielu ludzi z ok. dzisieciolatkami na wlasnych nogach czyli albo nie jest tam trudno i ja przesadzam albo byli to gorale urodzeni na polce skalnej, ktorych pierwszym slowem bylo „kozica”. Na samym szczycie niestety byly chmury, wilgotno, kilkanascie stopni Celsjusza zimniej niz na szlaku i wiatr. Pejzaz odslanial sie tylko malymi szparami na kilka sekund. Do zdjecia przy krzyzu zwykle pozowalo kilka obcych osob na raz ustawiajac sie w roznych kierunkach, oblezenie jak na Giewoncie.

Krywan 2009

Krywan 2009

Ahoj! :)

Ahoj! :)

Slowacy sa narodem goscinnym, chcialem tylko zapozowac do foty przy jakiejs pamiatkowej tablicy a skonczylo sie na toascie hruszkowica „za kamractwo polsko slowenskie”, dzieki! :D Zejscie obciaza kolana i jest nudne, dobrze wtedy znalezc sobie jakas motywacje, np. nasze poludniowe sasiadki, ktore bardzo lubia w gory chodzic w szortach i za taka seksowna marchewka osiolkom znosniej mija droga powrotna :)

polnocna strona Krywania

polnocna strona Krywania

kilkusekundowa odslona polskich szczytow Tatr

kilkusekundowa odslona polskich szczytow Tatr

Dobra panorame Tatr widzianych z Krywania mozna zobaczyc TUTAJ.

Szengen zlikwidowalo przejscia ale i sklepy wiec bez przystankow napieramy do Zakopciucha. Prysznic, Krupowki, szama i popijawa dla uczczenia krywanskiego szczytowania, dywagacje o synchronizowaniu sie cyklow razem pracujacych kobiet :), smiale plany na niedziele, kima. Jakos wstalismy ale tego dnia zrobilismy juz tylko kilkugodzinna traske prostymi szlakami po polskiej stronie w tempie wycieczki geriatrycznej: komus pekly odciski, komus wysiadlo kolano, ktos zatarl kule, tylko Niedzwiedz okazal sie niezniszczalny.

sniadanie wtulilismy dopiero na szlaku, przyjemna sprawa

sniadanie wtulilismy dopiero na szlaku, przyjemna sprawa

nie ma dojazdu samochodem, brak zasiegu, zyc nie umierac :)

nie ma dojazdu samochodem, brak zasiegu, zyc nie umierac :)

yyy.. tego, no...  dzieki za wypad chopacy!

yyy.. tego, no... dzieki za wypad chopacy!

Lekcje z WF-u trzeba odrabiac regularnie, inaczej 2 dni po wyprawie uda i kolana daja znac o sobie. Pozdro dla wszystkich tatrzanskich laziorow!

A niech sobie pada

2 komentarze

Pokazalem dzis najnowszy album Tompaca dwom siostrom, zachwycily sie jego zelaznymi fruwajami i opowiedzialy mi o przedwojennych pokazach lotniczych na Porubanku i o bombardowaniach Wilna podczas II WS ktore poprzedzalo zrzucenie spadochronow z lampami oswietlajacymi cale miasto. Byc tam i miec aparat…   wniosek wyciagnalem taki by lapac chwile i nie odkladac robienia zdjec na pozniej. Siadlem na rower i pojechalem zrobic dwa strzaly ktore za mna chodza od wczoraj. Przy okazji poznalem czlowieka ktory sklonny jest podzielic sie swa wiedza o historii Kielc wiec pewnie pod koniec czerwca zrobimy dla mlodziezy bioracej udzial w warsztatach CKF spotkanie w wiezieniu na Zamkowej i okolicach PKZ. Oczywiscie zrobilem zdjecia i jeszcze udalo mi sie wrocic przed najwiekszym deszczem.

A zdjeciowo…  poza dwoma (pierwszy i drugi) zestawami z warsztatowego minipleneru, pochwale sie wreszcie pierwszym samodzielnym skanem, sorka – bez czyszczenia, w dodatku to pojedyncza klatka slajdu ktora odlaczyla sie od wycieczki i nie pamietam skad pochodzi jednakowoz obstawiam, iz jest to slowacka lub czeska zastavka w rejonach Zdyni lub Walbrzycha z akcentem na pierwsza opcje.

 

bez podkrecania - to Velvia / oryginal Velvia's saturation

bez podkrecania - to Velvia / oryginal Velvia's saturation; bus shelter somewhere in Slovakia or Czech Republic ;)

%d bloggers like this: