Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Posts Tagged ‘szlak rowerowy

Kombo 2 – Nida w gajerze i nocny offroad Chańcza

13 Komentarzy

K jak Krzesiek czyli w garniaku po Nidzie

Kolejne małe marzenie: spłynąć kajakiem w garniturze, elegancko, najlepiej z piękną nimfą na przedzie, ubraną w zwiewną suknię i aligancki kapelusz. Ta druga część się nie udała bo popłynąlem „jedynką”, wprost z wesela Rudej i Grizzliego. Kilka fot z mojej podtopionej jednorazówki oraz parę zdjęć od partnerki dalszej części tego spływu – „Agnieszko, odbierz”.

[edytowano: nie wiem jak wordpress samodzielnie to zrobił ale podmienił kilka zdjęć ze spływu na zdjęcia z 4 urodzin Mehehel, fizyczna zamiana plików, kosmos! :( ]

w drodze do pinczowa

zlot facetow ktorzy z motocykla schodza tylko jesc, tylko! :)

Aga i Grzes

pierwsza wywrotka, nurkowanie po okulary i desant na pizzę z ogniska z ludźmi z naszego spływu

Betko wyluzowany jak kwiat lotosu na tafli jeziora – synergia z przyrodą absolutna :)

Agnieszko, odbierz

ten pan próbował nas prześcignąć żeby sprawdzić jak mu rośnie w siłę frank szwajcarski ;P

motur w Chrobrzu

koniec spływu, czas dogonić grupę Tomasso na nocnym pieszym rajdzie, to był megamaraton w sumie. fot. Betko (ten efekt po prawej to wynik zaschnięcia zamoczonego filmu na rolce i późniejszego zerwania emulsji w tym miejscu)

a tu strzały Kapitana dwuosobowego kajaka:

boso ale w ostrogach, skcja dywersyjna „płyńcie, płyńcie, ja się przytrzymam” ‚P

po wywrotce i nurkowaniu, najważniejsze że znalazłem okulary na dnie i że telefon okazał się wodoodporny

o 9 rano w niedzielę udało się kupić tylko taką kiełbasę w Pińczowie ;P poza brakiem kiełbasy byłem dobrze przygotowany – w kieszeni marynarki mialem korę brzozy i…  zapasowe guziki do gajera :) Była też pęknięta kaszanka, kiełbasiwo i koleżanka z mydłem i ręcznikiem kąpielowym dla weselnika pachnącego fiołkami :)))

dobrzy ludzie (wszyscy tu są dobrzy ale chodzi akurat o tych spływających kupą kajakow) poczęstowali nas winem o smaku kawowej księżycówki :))

nieudana próba abordażu

To był nieco szalony i może zbyt szybki ale bardzo miły spływ w dobrej kompanii, dzięki wszystkiem!

Orkiestra z Chańczy: dwóch napiera, nikt nie tańczy

Planowaliśmy z Dżonym i chłopakami powtorzyć wypad rowerowy w „jurajskim stylu” ale na Beskid Niski. Ale, że tak to ujmę delikatnie, „pozmieniało się” a i tegoroczny październik jawi się jako czas, który nie rozpieści ciepłem więc na spontanie wsiedliśmy z Betkiem w jego kombilimo i pomknęliśmy do Chańczy. Miało nas być czterech ale zupa za słona itp i było tych dwóch, co chcieli jechać naprawdę. I było naprawdę gites! Być w Rakowie i nie zajrzeć nad jezioro to jak być w Berlinie i nie widzieć papieża – my właśnie tak zrobiliśmy. Gdy dojeżdżaliśmy właśnie do wytczonego przez Griegorija celu, OSP zbierało ludzi na akcję gaśniczą. Znaleźliśmy spokojne miejsce, wydobyliśmy rowery z paszczy forda, zabiliśmy 1173 komary i ruszliśmy w las. Plan był żeby „pobrykać za dnia i ewentualnie deczko w nocy”, w praniu proporcje okazały się odwrotne :)

Na pocieszenie dla tych co lubią śmierdzieć w domu przed telewizorem: było gorąco, pózniej zimno, były komary, zgubiliśmy okulary, parzyły pokrzywy, było błoto, kopny piach i przeprawa przez trzęsawisko, nie miałem jak zabrać znalezionego prawdziwka no i to najlepsze: w gpsa wgrane mieliśmy mapy z lat 80′ a przez 30 lat ten cholerny las wziął i zarósł – niektórych dróg nie ma, miejsce przebiegu wąskotorówki też niełatwo znależć…  same kłody pod koła…

…ale chyba właśnie stawienie czoła rozmaitym trudnościom jest takie fajne w wypadach tego typu. Zaraz wrzucę foty to jeszcze pod nimi może coś dopiszę ale powiem dwie rzeczy: wypad zajebioza a dla mego towarzysza za zdolności kolarskie – SZACUKEN! :))

MTB Chańcza 2011

startujemy przeciwpożarówką

zdjęcia za widna

kopny piach – [ Nie Lubię tego

wyjazd zrelaksowany czyli bez parcia na rekord czasowy czy km, co rusz przystanek alaska i pstryk!

pełen wypas!!!

pięknie tam

Grześ klęka przed najszczęśliwszym koniem w województwie – poznacie go po żółtych okularach ;P

wata… yyy… chata wuja toma ;P

takie słodzizny mijaliśmy dość często na początku mimo że był to środek sami wiecie czego ;P

koniec dnia na przesiece z pojedyńczymi sosnami wyglądającymi jak palmy

jakieś cuś, co Krześko rozpoznał był, że zna to z Panoramio

gdzieś tutEj Pan Staszek samochód pohandlował :))

krótki spodeń to nienajlepszy plan na pokrzywy po pas

w lesie trzeba oddychać ostrożnie, najlepiej filtrując powietrze przez zęby lub język, inaczej można połknąć np. takiego przyjemniaczka

pokrzywy za nami, zapadający się brzeg bajora też, tera będzie już tylko lepiej!

eeej, paaaa! poka, poka! łaaaa! [rzeźnia quality ;P

ostatni dyliżans stąd

statywem naczęściej była gleba

Grzesiek tłumaczy miłej pani ze sklepu w Bogorii jak to możłiwe że przyjechaliśmy lasem nie znając go

czipsy, snikersy i chałka z chmielem – prawdziwe sportowe odżywianie anie jakieś tam KHROWY! ;P

i tyle go widziałem ;)

na pewnej przełęczy leżeliśĶy oglądając spadające resztki z roju Perseusza i słuchając jak milkną świerszcze gdy nadjeżdża automobil.

jedna z 1045 mijanych kapliczek

godzina pią! minut trzydzie! kiedy pobuuuudka zaaagrałaaaaaaaa!!!

sporo nas ominęlo wizualnie, jechaliśmy grzbietem widząc zaledwie lampy przekaźnika na Łysej Górze (niewidoczny na zdjęciu)

Kontroler poprawności i jakości trasy uchwycony przy pracy. Tak na serio bez gpsa byłoby znacznie trudniej.

Niedźwiedziom wstęp wzbroniony! …tylko czy niedźwiedzie to rozumieją? Czy konie mnie słyszą?

zaczęlo się – błoto max

tego tu artefakta jednego borowikiem zwanego zdaje się, znalazłem na środku drogi. uznawszy to za znak pogasiliśmy lampy wsje i po ciemku wsłuchiwaliśmy się w odgłosy oataczającego nas boru. Powiem tylko tyle że z zamkniętymi oczami macie 1000x jaśniej niż my tam wtedy z otwartymi, ostro było! :)

Do naszej bazy dotarliśmy o 2, na spotkanie nam wyszedł sam żubr :)

ljetam my addychali w ljesu, pieli piesni u kastra…

krajobraz po bitwie czyli poranek

tak właśnie tam było: PIĘKNIE!

rzut oka z samochodu (i mój imieninowy prezent w pierwszym planie)

widok o poranku, perspektywa śpiocha

Nad snem mego najlepszego kompana czuwały gruboude czarodziejki ale nie były z Disneja a raczej z Redtjuba ;P

śniadanie na pługu

poranek pod dębami, jako element składowy wypadu ktory szacuję na prajsles…

mimo spadających co chwila żołędzi kogutek przyszedł na sępa

Barry też zajrzał, dostał szame bo w nocy za późno się przykumał

zeszło powietrze, był chłop a zostały tylko kalesony ;)

spakowani

To był kawał pysznej gęsi okraszonej bardzo ciekawymi dialogami. Takie dobre żarcie serwuje pan Staszek w Rakowie – spytasz o „gęsie pipki”, trafisz bez pudła. A „po co łyżka, po co łyżka” – DO SOSU, prawdziwego gęsiego sosu!!! Polecam!

Mawia się „podróże kształcą”, dziś i ja, mądrzejszy o 115 komarzych ukąszeń powiem Wam: nie wybierajcie nanocleg miejsca zacienionego, wilgotnego i otoczonego krzewami, pokrzywami i stertami suchych gałęzi bo o poranku bez moskitiery kwiczeć będziecie jak młode warchlaki. Ponadto, dobrze jest na noc położyć okulary w bezpiecznym miejscu by ich nie zgnieść lecz włożenie za rączkę pod sufitem nie ułatwia porannej ich lokalizacji. Zaś z cyklu „rzeczy niepotrzebne w moim plecaku” przedstawiam dętkę rowerową do której nie wziąłem pompki, szczęscie nasze że obyło się baz kapcia.

Nocna jazda jest bardzo niezwykła, zarówno przez wsie jak i lasem, ważne by się odpowiednio ubrać i mieć dobre oświetlenie – u mnie lampa na kierownicy uzupełniana czołówką zupełnie zdały egzamin: pierwsza rysuje wysokie cienie dzięki którym widzimy 3D a druga wypełnia ciemne nisze przy manewrowaniu kierą. O górce lub zjeździe dowiadujemy się często nie z oczu lecz z nóg lub z tętna. Często nie widzi się przewodów elektrycznych lub ciekawych budowli jak choćby fartem zauwżona wieża przed Bogorią. Cóż więcej mogę rzec: było super, chcę jeszcze!

Jak Betko obrobi swoje fotografije to je TUTEJ podlinkuję :))

PS. w czasie gdy z Betkiem urzędowaliśmy w lesie Darek z żoną wystartowali w „koneckiej setce”, Iza doszła do 71 lub 76km a Darek walnąl całą stówkę, gratulacje!

Chcesz od zony byc z daleka – zapisz sie do PTTK, czyli rajdzik pieszy Starachowice – Bodzentyn

9 Komentarzy

Na przekor regulom na wstepie PS. to jest relacja, w ktorej nie ma wskazowek dotyczacych szlaku stricte lecz skumulowany spis wrazen z trasy poparty kilkoma lichej reki ilustracjami fotograficznymi jako ze priorytetem nie byly zdjecia a dobra zabawa z moimi ludzmi.

Wakacje 2008, dworzec busowy w Kielcach. Poniewaz region nasz (Szkieletczyzna) przepiekny nafaszerowany jest szlakami pieszymi obficie to nie planowalismy konkretnego szlaku lecz postanowilismy wsiasc do pierwszego odjezdzajacego busa ktory zwiezie nas i tak w poblize jakiegos szlaku. Juz sie kroilo Lopuszno ale Kowalus przejal moja specjalnosc i zaspal. Nastepny bus byl do Starachowic, siadamy, jedziemy. Piekna ziemia. Upal grzeje busa takiego co to jak stoisz to nic nie widzisz bo okna koncza sie na wysokosci piersi. Klimat typowy – pan z dwudziesto-i-jednodniowym zarostem we flanelowej koszuli w krate od rana „pod mucha”, sloneczko rozebralo mocniej niz sie spodziewal :) Typ z tych, co lej w pysk ale musi powiedziec twojej zonie ze ma sliczny biust. Wesolo. Dworzec Zachodni* w Starachowicach , szybkie zakupy, wymarsz ancwaltem jakas ulica dosc stromo pod gore. Krzyzowka, zero oznaczen, szlak skreca w prawo, mijamy ostatni przyczolek homo sapiens – kiosk na peryferiach.

DOLA DUJ

DOLA DUJ

Jeszcze z kilometr i jest odbicie w lewo w las. Idziemy idziemy, drzewa wszystko zaslaniaja ;) Szlak zapuszczony, sporo drzew z oznaczeniami scieli zlodzieje albo Lesnictwo / PTTK ma odnawianie znakowania szlaku w…   powazaniu. Docieramy na miejsce zwane Polana Langiewicza i mimo ze przeszlismy niewiele postanawiamy sie posilic. Jest sprzyjajace ku temu miejsce – wybetonowany krag wokol miejsca na ognisko.

na Polanie Langiewicza

Na Polanie Langiewicza

Tradycyjny szamunek: chabanina, pieczywo, ostra musztarda (np „Rosyjska”), zab zupa zebowa – dab zupa debowa. Tak sobie pieczemy kielbasy a tu nagle (czyli jak pisano w Tytusie, Romku i A’ Tomku – WTEM!) z las wyszlo ponad dwudziestu lesnikow pod wadza jakiejs szychy wsrod lesniczej braci ktory nawijal „…i na tej wlasnie polanie rosnie dwustuletnia sosna ktora ma tyle w obwodzie a owyle we wzwodzie” czy jakos tak. I wtedy nas dostrzegl.

pieczenie

Pieka sie kielbachy tudziez wlasne schaby ;)

NO? Jak to jest z ogniem w lesie? W dalszych slowach poinformowal nas iz ogniska w lesie mozna palic tylko od pazdziernika do marca i nawet „wyznaczone miejsce” sie nie liczy. Kielbaski akurat doszly, zgasilismy ognisko i pomaszerowalismy dalej. Nie oddam piekna swietokrzyskich knieji zadnym opisem, trzeba to poczuc i tyle.

relaks

Przyjemnie w cieniu na pniu wyciagnac kosci

Po drodze zaden zwierz sie nie trafil za to grzybow kilka okazalych – i owszem, i kanie, i prawdziwki jak ten:

Prawdziwek (trzymany, nie trzymajacy heheh)

Prawdziwek (trzymany, nie trzymajacy heheh)

Brak oznakowania, wyciete drzewa ze szlakiem, za slona zupa i chlopcy sie zgubili ;) Trzeba bylo przypomniec sobie z ktorej strony mrowczy kopiec jest najbardziej stromy i z ktorej drzewa mchem obrastaja by zinterpretowac przy ktorej drodze przeciwpozarowej jestesmy.

droga p-poz

Rozkminki nad mapa. Droga przecudna, pierwsze marzenie to gnac tedy subaru impreza...

Napotkalismy na droge krzyzowa na skraju lasu a kawalek dalej zjazd z drogi p-poz pod pomnik na Wykusie. Wawozem dotarlismy do dawnej bazy partyzantow. Odpoczynek, tak, kolejny, sporo ich bylo jak na grubasow przystalo ;)

czy jest sens

Tego mi bylo potrzeba - dobrego drepcydesa z dala od betonu. Amon, Kowal, Niedzwiedz i ja.

Przeczytalismy troche historii zapisanej na pamiatkowych plytach. Gesia skorka gdy sie wyobrazi jak wygladaly partyzanckie akcje w rzeczywistosci. Pamiatkowy „strazak” przy pomniku.

Wykus

Pomnik na Wykusie

W okolicy Wykusu poprowadzony jest szlak rowerowy. Nawet czasem trafia sie na jakies oznakowanie. Ciekawy jestem natomiast niezmiernie czy ten kto go wytyczyl przejechal fizycznie te droge rowerem. Szczerze watpie. Chyba ze owa sciezka nagle tak zarosla i poprowadzila sie przez bagniste tereny :) W kazdym razie odcinek ktory my pokonalismy do latwych rowerowo nie nalezal, za to na przeprawe blotna z Bartkiem K. i ekipa MTB jak najbardziej ale to nastepnym razem.

Dalej juz tylko konkurs turlania pni, rezerwat Sieradowicki / Sieradowski…  no ten kolo Sieradowa/Sieradowic :P (wszystko pisze z bani, zostawilem w Polsce mape Gor Swietokrzyskich) i wychodzimy z lasu. Droga w strone Bodzentyna obsiana obficie jest jezynami a ze czlowiek taki nie jest by gardzil czym go las karmi to stawalismy co rusz na popas.

Mniam!

Mniam!

Pozniej w miejscowosci X trafilismy do sklepu Y gdzie posililismy sie napojami chlodzacymi i czekolada gorzka. Nudna nawierzchnia bitumiczna urozmaicona przeprawa przez chaszcze i pokrzywy po pachy az w koncu w Bodzentynie wpakowalismy sie do standardowego pekaesu i wrocilismy do Kielcowa.

ZZIB: taka dygresja a propos busowni: docenilem kielecki „dworzec” busowy gdy bylem zmuszony skorzystac z takiegoz w Lublinie. Wyglada to tak: na 300m ulicy stoja w roznych miejscach „pijane nyski” i w zasadzie jest tak jak chcial Kononowicz – nie ma przystankow, nie ma zadaszen, nie ma niczego. Jest za to mur a na nim w losowo wybranych miejscach np. 5m nad ziemia przybite osobno tabliczki poszczegolnych przwoznikow, bedzie tam tego okolo trzydziestu. Design po polsku czyli na 10 wyrazow uzyto 5 roznych czcionek, wielkosci i kolorow. Zapomnialem tego sfocic, przepraszam. Chcac znalezc busa do Kielc trzeba przeczytac wszystkie rozklady sprawdzajac czy np polaczenie Lublin – Krakow prowadzi przez Kielcowo czy nie. Na kazdej tabliczce jest numer komorasa wlasciciela (i – chyba najczesciej – kierowcy w jednym), ciezko sie dodzwonic, burdel jak gdzies za Bugiem. Wiec ciesze sie ze w Kielcach jest 1 (slownie: jeden) rozklad, lawki, dach i szama pod nosem. Mogloby byc jeszcze miejsce do rzucenia kijem ale idzie zdzierzyc te niewygode gdy sie wspomni o Lublinie :)

Foto PS. Bylo tak slonecznie ze ilford w miejscach przewalenia w swiatlach podniosl kontrast do czystej czerni i bieli. Moze po prostu Mju nie podolal czasom przy tym sloncu na ISO badz co badz 400…

*-dzieki Marcin II KSM

%d blogerów lubi to: