Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Posts Tagged ‘provident

Gdy wieje, leje, duje, dżdży, siąpi, kropi albo pada…

4 Komentarze

Drugi lutego roku pańskiego dwa tysiące ósmego, godzina szósta.
Karlos wracając z lotniska zahacza o Finglas, jem przyspieszone śniadanie i już o 8 jadziem drogą R115 przez Góry Wicklow. W oko wpada nam góra, którą mijaliśmy wiele razy a do głowy spontan “a jakby tak wejść tam?”, nie jest imponująco wysoka ale zaczyna stromieć nagle niczym Fiat Multipla.

Pięć minut później zostawiamy piękną perłoworóżową korsę u podnóża naszego celu i zaczynamy marsz pod górę, na przełaj. Cały teren to wykarczowany kiedyś lub wiatrem połamany las z którego pozostały drobniejsze nadpalone gałęzie jakby ktoś wypalał tu trawę (i pewnie jeszcze nie raz będzie to robić gdyż Wicklow to dobre miejsce na wypalenie trawy hhehe!). Nie pada deszcz (jeszcze) ale wieje i to mocno, nie ma żadnej ścieżki, szlaku zero, jedyne zauważalne ślady mówią o obecności kozic i o tym że nie chodzą one głodne.

płaski czerep Karikszoka

spozieramy telefonopstrykaczem na Północny Wschód

i w stronę kontynentu…

Szczyt okazuje się dość płaski, dużo na nim wielkich, gladkich, prawie równych z ziemią głazów, całe pojezierze kałuż, na dodatek dmie bardzo silny wiatr, wzmagający się raptownie i gasnacy, szacujac wg sprawdzonego wzoru „π x drzwi”, jakieś 520-850km/h. Naprawdę ciężko iść, często miejsce w którym stawiasz stopę różni się od tego w którym planowałeś ją postawić o kilkanaście centymentow. Wiatr jest tak silny, że trudno zrobić jakiekolwiek zdjęcia, ciężko ustać w miejscu w ogóle choć daleko mi do postury Małysza.

Carrigshouk peak

Carrigshouk 571m n.p.m. – wieeeeeejeeeeeeee!!!!!

Karlos na szczycie Carrigshouk, w oddali Military Road „droga dolara*” (i do Wodospadu Glenmacnass) /  *droga do Laragh/

Nadszedł czas próby: trzeba odcedzić kartofle, pozycja niczym gitarzysta Limp Bizkit podczas ulubionego riffu tzn. silny wykrok jedną nogą w przod, druga w tył, kto wymyślił te cholerne guziki…   pozycja lipna, mimo że stałem “z wiatrem” zawirowania powietrza niosą złote krople wirując dookoła niczym trąba powietrzna. Pomaga dopiero przyklęknięcie z silnym wykrokiem jedna nogą w przód pozawalające na kontakt Wacława z trawą…

W końcu schodzimy najstromszym bokiem góry porośniętym uschniętymi paprociami, niżej teren jest śliski i zdradliwy niczym uśmiechnięte twarze pracowników prowidenta, gałęzie załamują się pod ciężarem kroku i noga wpada pomiedzy skaly lub w niecki z wodą.

termometr oszalał ale pogoda na zewnatrz wcale nie zachęcała do wedrówki

9.15 siedzimy już w carlosowym vauxhallu, zaczyna się mżawka ale ruszamy do Glendalough, pogoda tak podła że nawet parking podniósł szlaban i wpuszcza za free. Startujemy białym szlakiem prowadzącym do dawnej osady gornikow (przeciwnie do ruchu wskazówek zegara) i dalej do wodospadu (choć zdaje się że w ciągu wszystkich sześciu dni bez deszczu w Irlandii może on być niezauważalnym strumykiem), lajcik tylko coraz bardziej leje deszcz.

droga wzdłuż wyższego z jezior Glendalough

Nie odczuwamy tego dopóki chroni nas las iglasty, póżniej na otwartej przestrzeni okazuje sie że pada naprawdę solidnie ale i niewąsko wieje. Z wioski pozostały ruiny kilku budynków, dwa kopce zmielonego surowca i szczątki jakiejś maszyny, napieramy dalej w kierunku wodospadu. Cały czas leje, strumień górski grzmi w napotkane głazy raz po raz tak ze woda jest spieniona na każdym odcinku a dodatkowo wiatr targa jej grzywę na boki.

Glendalough – ruiny osady górniczej

szczątki z czasów świetności wioski

Trawersującym szlakiem podchodzimy coraz wyżej ale sprzęt nas zawodzi a konkretnie buty i spodnie które przemokły aż po klejnoty, odwrót, tym razem zimne szpilki deszczu wbijają się w twarz, nie jest miło, daszek czapki osłania częściowo twarz, trochę pomagam sobie kołnierzem, brak rękawiczek też daje się we znaki.

wchodziliśmy mając wiatr i deszcz w plecy, schodzenie okazało się zdecydowanie mniej przyjemne…

zmoknięte cojones to sygnał do odwrotu – luty 2008 to był plan zapuszczenia dredów Kazikopodobnych

Jakiś czas później parking i gorąca herbata z termosu, a za kolejne 5 min wystawialiśmy kontrafałdy w stronę ognia z kominka w miejscowym barze oczekując na gorącą, gęstą, kremową zupę wielowarzywną. Jeszcze mały rekonesans kilka dolin dalej pod kątem następnego wypadu, pasuje, spadamy do domu. Zamrznieci, zmoczeni i z… uśmiechnięci :)

Naukę wtedy wyciągnąłem ważną – nieprzemakalna kurtka chroni Cię powyżej pasa więc jeęli nie masz odpowiednich spodni – deszcz płynie na nogi i przez material spodni dostaje sie zarówno do butow jak i do jąder a wtedy odechciewa się gdziekolwiek chodzić.

Jest w Glendalough schronisko An Oige więc warto rozważyć je planując bardziej udany niż nasz wypad. Wpomniany rejon znajduje się na 56 mapie OSI i przy nawet przeciętnej pogodzie okolice Glendalough są zasypane turystami więc spacer do górniczej wioski raczej przypomina pielgrzymkę lub wejście na Morskie Oko w lipcu.

Dopisek z Polski: Pozdrowienia dla wszystkich dreptaczy, mam gula za każdą miejscówkę w Wicklow na którą miałem smaka lecz brakło czasu, kasy, chęci, determinacji… więc chodźcie póki tam jesteście. Bardzo żałuję że nie zrobiliśmy dużego odcinka Wicklow Way który planowaliśmy logistycznie ogarnąć rozrzucając w odpowiednich odcinkach szlaku konserwy i wodę, które chcieliśmy zamaskować by w kolejny weekend przespacerować się z „o tyle lżejszymi” plecakami. Coż, było-minęło.

Specjalne pozdro dla Ciebie, Karlos, stary wilku! Po ostatnich zdjęciach z chmur widzę że wciąż całkiem nieźle drepczesz :)

Reklamy
%d blogerów lubi to: