Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Posts Tagged ‘Irlandia

20 km

5 Komentarzy

Nie, nie 200 tylko 20, ale to bylo 20 km podczas ktorych czulem sie jak w domu. Rower zabiera mnie w rozne miejsca, ja mu sie odwdzieczam. Zdjecia z pobliskiego lasu, tam sie zakumplowalismy po raz pierwszy, szerzej o tym innym razem a dzis zdjecia z miejsca ktore jednoczesnie daje i nie daje odpoczac, paradoks taki. PS. Nigdy nie robilem tylu zdjec przyrody :)

/ Just 20 of 30 km total today, why so little? I started after 3pm and, of course, I could do more, but when I reached the woods I didn’t want to leave that not too big area named Courtown. So many different faces of forest in one place. I felt like at my home woods, oh, maybe except the roaring waves of the sea :)

Koza ze zdjetym blotnikiem z tylu zaczyna przypominac rower ;P / Without rear mudguard it looks quite like a bicycle ;P

Koza ze zdjetym blotnikiem z tylu zaczyna przypominac rower ;P / Without rear mudguard it looks quite like a bicycle ;P

Na grunt, panie! Marcinez uczyl mnie pierwszy raz w tym roku / Laziest fishing

Na grunt, panie! Marcinez uczyl mnie pierwszy raz w tym roku / Laziest fishing

Sama plaza nie jest dobra do jazdy / Peebles and soft sand makes your ride harder and salty breeze causes your brakes creaking

Sama plaza nie jest dobra do jazdy / Peebles and soft sand makes your ride harder and salty breeze causes your brakes creaking

Wreszcie jakies fale! / Windy with some waves

Wreszcie jakies fale! / Windy with some waves

Fabryczne opony sa totalnie bezradne na piasku / Sandy track is worst surface for my tyres

Fabryczne opony sa totalnie bezradne na piasku / Sandy track is worst surface for my tyres

Stromy zjazd, wasko drzewa, ciasne zakrety i w razie bledu kilka dobrych metrow w dol / Good skills necessary to beat steep track down

Stromy zjazd, wasko drzewa, ciasne zakrety i w razie bledu kilka dobrych metrow w dol / Good skills necessary to beat steep track down

bmx

bmx

Courtown

Courtown

Courtown

Courtown

Meta znaleziona w lesie / Hidden shed

Meta znaleziona w lesie / Hidden shed

Courtown

Courtown

Widok z wysokich wydm / View from pretty high dune

Widok z wysokich wydm / View from pretty high dune

Porzucony wrak / Car remains

Porzucony wrak / Car remains

Courtown

Courtown

Courtown

Courtown

Courtown

Courtown

Zieloooooono... / Greeeeeen....

Zieloooooono… / Greeeeeen….

????????

Zrodelko / Holy well

Zrodelko / Holy well

Emeryt / on retirement

Emeryt / on retirement

Croghan Mountain - nie szczuj, nie szczuj, jeszcze cie przejade! / I've found a track that probably leads to peak so one day I'll get there! Soon, I hope...

Croghan Mountain – nie szczuj, nie szczuj, jeszcze cie przejade! / I’ve found a track that probably leads to peak so one day I’ll get there! Soon, I hope…

Written by brulionman

30, Wrzesień, 2013 at 5:09 am

U***** misia pszczola ;)

10 Komentarzy

Dlugi weekend, idealna pogoda, nowy rower, klepniete kimanie, jade 100 km z gorka do Dublina – czy cokolwiek w tym planie moze sie nie udac?

irlandzka droga

droga na Ostołąkę (taka łąka w ostu kwiatach skąpana)

Otoz tak, czynnik nieprzewidziany – osa ktora uwalila mnie w pyszczycho i co prawda dojechalem do – jak to okropnie spolszczaja niektorzy – swej destynacji, lecz ostatnie 50 km podrozowalem juz w pasach ambulansem…

Niestety, nie wszystkim sie chwalilem lecz mam smiertelna alergie na jad os i pszczol, w praktyce bez pomocy lekarskiej po 40 min dusze sie, trace film i zaczynam stygnac na amen :( Ostatnia wizyte pani alergolog zaskonczyla podsumowaniem „40 min? no niby taaaak ale prosze sie nie zdziwic jesli udusi sie pan po dziesieciu”. Obiecuje ze po uduszeniu powstrzymam sie od okazania jakichkolwiek oznak zdziwienia.

Dzis, jak zazwyczaj, mialem ze soba zestaw Zyrtec+Encorton, zastrzyku adrenalinowego nie musialem robic bo wiedzialem ze osrodek medyczny mam w zasiegu 20 min jazdy rowerem (sam umiem wygenerowac taka adrenaline ze dojechalem w 12), dostalem steryd i antyhistamine ale chwile najwiekszej grozy przezylem widzac lekarza ktory otworzyl mala kroplowke ktora mial mi podac i patrzyl sie na nia chyba minute (na rurke, igle, zbiornik i plastikowy motylek, nie na zadna instrukcje), bylem przerazony czujac ze jestem pierwszym pacjentem ktoremu to zaklada. Ale zalozyl i chwala mu za to, ocalil mi cztery litery, jednoczesnie podnoszac adrenaline ktora jest wskazana w toku walki z szokiem alergicznym.

Pozniej wezwal ambulans z mila, krotko obcieta pielegniarka i trafilem do szpitala ale nawet nie pamietam jak miala na imie bo spacyfikowany dragami przysypialem i belkotalem a juz na miejscu majac w sobie szesciokrotnie przekroczona dozwolona dawke lekow plus to co mi wstryzknal pan w marynarce (w osreodku medycznyum na wsi wszyscy w cywilu) przekimalem w szpitatalu 5 godzin na obserwacji. W zartach zasugerowano mi zebym rozwazyl porzucenie jazdy rowerem na rzecz szachow lub przeniosl ja na plaszczyne playstation, luz, bardzo mily byl doktor House a caly personel pielegniarski ze zdrapkami na czolach, jeszcze w ich bordo uniformach stworzyl wrazenie hinduskiej swiatyni.

Tu koncza sie tajemnice bolesne a zaczynaja radosne gdyz dla wyjscia z letargu, w drodze po odbior mej, przykutej pod przychodnia na wsi, dwukolowej kozy, wbilismy z Krzychem na wesole w Bray gdzie 5 lat temu zostalismy wystrzeleni w kuli bungee a dzis zaliczylismy lot obrotowym ramieniem wysokosci 12-pietrowego wiezowca. To jest dawka adrenaliny nie do opisania wiec jeszcze tylko dla pewnosci kolejna karuzela na ktorej mozna bylo napelnic kalesony, dobry burger z uczciwym polciem miecha i wrocilem sobie pedalujac razno i zaliczajac raptem 42 km z srednia 21,7 km/h a nie jak po gorskiej trasie 11,1 :)

Pozdrawiam alergikow, podobno w Szwajcarii opracowano lek odczulajacy, bede musial szerzej sie za nim rozejrzec bo przy stylu zycia jaki prowadze przyznam ze troche igram z ogniem bo najczesciej na kajaku, rowerze, jachcie czy lesnym badz gorskim drepcydesie, nie jestem w stanie raczej dotrzec do niezbednej pomocy. Tak czy owak koza spisuje sie znakomicie, blokada widelca dziala dobrze, z wiatrem po plaskim dzis pomykalem 40 km/h a z powrotem pod wiatr max 19 ale o koazie napisze osobno bo sucz jest tego warta

Do zobaczenia na trasie!

Written by brulionman

4, Sierpień, 2013 at 12:50 am

Muzyczne podróże przez świat – Irlandia

4 Komentarze

Garść wspomnień z Irlandii zarejestrowanych podczas audycji red. Jerzego Jopa pt. „Muzyczne podróże przez świat” nagranej dla Polskiego Radia Kielce, miłego odbioru :)

Irlandia – cz. 1

Irlandia – cz. 2

Tęskniąc w Irlandii za Polską nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek zatęsknię w Polsce za Irlandią, a jednak. Się tęskni się. PS. Nawet nie wiedziałem że tym sposobem popełniłem coś co nazywasię „podcast” :))))

Baile Átha Cliath

5 Komentarzy

Temple Bar, Dublin

Czekajac na odpowiedni cien… / Waiting for proper shadow…

Written by brulionman

21, Marzec, 2010 at 9:48 pm

Grand Canal Square

leave a comment »

Grand Canal Square, Dublin

Written by brulionman

18, Marzec, 2010 at 11:30 am

Karmienie rakiem

6 Komentarzy

Podejdz tu chlopcze, chce abys wzial go do ust, znakomita reklama spoleczna, oczywiscie, parytety, zatem jest tez wersja dla dziewczyn.

Pale(nie) albo zdrowie. Dlaczego? Obecnie idac na piwko MUSZE wrocic na wskros (nawet wlosy czy kurtka) przesmierdniety dymem, rano zas wita mnie bol czachy z powodu biernego wdychania. Wydzielone miejsca dla palacych w praktyce zajmuja 90% powierzchni, przy czym pozostala czesc, teoretycznie dla niepalacych, rowniez smierdzi fajkami. Zdrowie cenniejsze jest niz budzet, z reszta ciekawe jak wyglada bilans przychodow z tytoniowych akcyz w zestawieniu z wydatkami na leczenie raka pluc, krtani i jezyka oraz wielu innych chorob wywolywanych cmieniem petow. Lamenty wieszczace upadek knajp sa bezzasadne, wystarczy spojrzec na Zielona Wyspe – Irole lubia alkohol i papierosy rownie mocno jak Polacy a jednak mimo calkowitego zakazu kopcenia w lokalach, tudziez miejscach pracy (dotyczy to rowniez samochodow sluzbowych!), oberzysci wcale nie zamkneli swych wyszynkow, a wrecz od czwartku do niedzieli ciezko jest znalezc wolne miejsce wieczorowa pora w wiekszosci pubow. Kto chce jarac – wychodzi przed lokal, gdzie pod skromnym daszkiem karmi raka i wraca po kolejnego Guinessa – i pomyslec ze jeszcze kilkanascie lat temu mozna bylo tam palic nawet w autobusach. Po prostu – nie ma zaslaniania sie narodowymi przyzwyczajeniami, wystarczy spojrzec na naszych sasiadow – w Berlinie na plazy stoja tabliczki „NO FARTING” (zakaz pierdzenia) i mimo swych upodoban Niemcy po posilku przestali tam publicznie kaszlec z grubego jelita. W jakiejs ankiecie musialem uzasadnic czemu jestem ZA zakazem palenia, pomyslalem ze niemiecki problem jest calkiem podobny: popieram akcje zakazu palenia tytoniu w lokalach oraz srodkach komunikacji publicznej, wlaczajac w to wiaty przystankowe, poniewaz nie mam przyjemnosci w wachaniu czyichs smierdzacych wydzielin gazowych, niezaleznie z ktorego otworu sie wydostaja!

Brulionman, siodmy miesiac bez tytexu.

Gdy wieje, leje, duje, dżdży, siąpi, kropi albo pada…

4 Komentarze

Drugi lutego roku pańskiego dwa tysiące ósmego, godzina szósta.
Karlos wracając z lotniska zahacza o Finglas, jem przyspieszone śniadanie i już o 8 jadziem drogą R115 przez Góry Wicklow. W oko wpada nam góra, którą mijaliśmy wiele razy a do głowy spontan “a jakby tak wejść tam?”, nie jest imponująco wysoka ale zaczyna stromieć nagle niczym Fiat Multipla.

Pięć minut później zostawiamy piękną perłoworóżową korsę u podnóża naszego celu i zaczynamy marsz pod górę, na przełaj. Cały teren to wykarczowany kiedyś lub wiatrem połamany las z którego pozostały drobniejsze nadpalone gałęzie jakby ktoś wypalał tu trawę (i pewnie jeszcze nie raz będzie to robić gdyż Wicklow to dobre miejsce na wypalenie trawy hhehe!). Nie pada deszcz (jeszcze) ale wieje i to mocno, nie ma żadnej ścieżki, szlaku zero, jedyne zauważalne ślady mówią o obecności kozic i o tym że nie chodzą one głodne.

płaski czerep Karikszoka

spozieramy telefonopstrykaczem na Północny Wschód

i w stronę kontynentu…

Szczyt okazuje się dość płaski, dużo na nim wielkich, gladkich, prawie równych z ziemią głazów, całe pojezierze kałuż, na dodatek dmie bardzo silny wiatr, wzmagający się raptownie i gasnacy, szacujac wg sprawdzonego wzoru „π x drzwi”, jakieś 520-850km/h. Naprawdę ciężko iść, często miejsce w którym stawiasz stopę różni się od tego w którym planowałeś ją postawić o kilkanaście centymentow. Wiatr jest tak silny, że trudno zrobić jakiekolwiek zdjęcia, ciężko ustać w miejscu w ogóle choć daleko mi do postury Małysza.

Carrigshouk peak

Carrigshouk 571m n.p.m. – wieeeeeejeeeeeeee!!!!!

Karlos na szczycie Carrigshouk, w oddali Military Road „droga dolara*” (i do Wodospadu Glenmacnass) /  *droga do Laragh/

Nadszedł czas próby: trzeba odcedzić kartofle, pozycja niczym gitarzysta Limp Bizkit podczas ulubionego riffu tzn. silny wykrok jedną nogą w przod, druga w tył, kto wymyślił te cholerne guziki…   pozycja lipna, mimo że stałem “z wiatrem” zawirowania powietrza niosą złote krople wirując dookoła niczym trąba powietrzna. Pomaga dopiero przyklęknięcie z silnym wykrokiem jedna nogą w przód pozawalające na kontakt Wacława z trawą…

W końcu schodzimy najstromszym bokiem góry porośniętym uschniętymi paprociami, niżej teren jest śliski i zdradliwy niczym uśmiechnięte twarze pracowników prowidenta, gałęzie załamują się pod ciężarem kroku i noga wpada pomiedzy skaly lub w niecki z wodą.

termometr oszalał ale pogoda na zewnatrz wcale nie zachęcała do wedrówki

9.15 siedzimy już w carlosowym vauxhallu, zaczyna się mżawka ale ruszamy do Glendalough, pogoda tak podła że nawet parking podniósł szlaban i wpuszcza za free. Startujemy białym szlakiem prowadzącym do dawnej osady gornikow (przeciwnie do ruchu wskazówek zegara) i dalej do wodospadu (choć zdaje się że w ciągu wszystkich sześciu dni bez deszczu w Irlandii może on być niezauważalnym strumykiem), lajcik tylko coraz bardziej leje deszcz.

droga wzdłuż wyższego z jezior Glendalough

Nie odczuwamy tego dopóki chroni nas las iglasty, póżniej na otwartej przestrzeni okazuje sie że pada naprawdę solidnie ale i niewąsko wieje. Z wioski pozostały ruiny kilku budynków, dwa kopce zmielonego surowca i szczątki jakiejś maszyny, napieramy dalej w kierunku wodospadu. Cały czas leje, strumień górski grzmi w napotkane głazy raz po raz tak ze woda jest spieniona na każdym odcinku a dodatkowo wiatr targa jej grzywę na boki.

Glendalough – ruiny osady górniczej

szczątki z czasów świetności wioski

Trawersującym szlakiem podchodzimy coraz wyżej ale sprzęt nas zawodzi a konkretnie buty i spodnie które przemokły aż po klejnoty, odwrót, tym razem zimne szpilki deszczu wbijają się w twarz, nie jest miło, daszek czapki osłania częściowo twarz, trochę pomagam sobie kołnierzem, brak rękawiczek też daje się we znaki.

wchodziliśmy mając wiatr i deszcz w plecy, schodzenie okazało się zdecydowanie mniej przyjemne…

zmoknięte cojones to sygnał do odwrotu – luty 2008 to był plan zapuszczenia dredów Kazikopodobnych

Jakiś czas później parking i gorąca herbata z termosu, a za kolejne 5 min wystawialiśmy kontrafałdy w stronę ognia z kominka w miejscowym barze oczekując na gorącą, gęstą, kremową zupę wielowarzywną. Jeszcze mały rekonesans kilka dolin dalej pod kątem następnego wypadu, pasuje, spadamy do domu. Zamrznieci, zmoczeni i z… uśmiechnięci :)

Naukę wtedy wyciągnąłem ważną – nieprzemakalna kurtka chroni Cię powyżej pasa więc jeęli nie masz odpowiednich spodni – deszcz płynie na nogi i przez material spodni dostaje sie zarówno do butow jak i do jąder a wtedy odechciewa się gdziekolwiek chodzić.

Jest w Glendalough schronisko An Oige więc warto rozważyć je planując bardziej udany niż nasz wypad. Wpomniany rejon znajduje się na 56 mapie OSI i przy nawet przeciętnej pogodzie okolice Glendalough są zasypane turystami więc spacer do górniczej wioski raczej przypomina pielgrzymkę lub wejście na Morskie Oko w lipcu.

Dopisek z Polski: Pozdrowienia dla wszystkich dreptaczy, mam gula za każdą miejscówkę w Wicklow na którą miałem smaka lecz brakło czasu, kasy, chęci, determinacji… więc chodźcie póki tam jesteście. Bardzo żałuję że nie zrobiliśmy dużego odcinka Wicklow Way który planowaliśmy logistycznie ogarnąć rozrzucając w odpowiednich odcinkach szlaku konserwy i wodę, które chcieliśmy zamaskować by w kolejny weekend przespacerować się z „o tyle lżejszymi” plecakami. Coż, było-minęło.

Specjalne pozdro dla Ciebie, Karlos, stary wilku! Po ostatnich zdjęciach z chmur widzę że wciąż całkiem nieźle drepczesz :)

Diesel

leave a comment »

 

gas station in ROI

benzyniarnia na zielonej wyspie / gas station in Ireland

 

 

Ostatni post z wyspy

26 Komentarzy

W Dublinie dostrzegłem dwa rodzaje usług, których nie spotkałem na kieleckim czy polskim rynku – po pierwsze mobilność czyli zdolność do świadczenia usługi u klienta. Odpowiednio zabudowane ciężarowki i vany dostarczają przeróżne usługi – lekarz weterynarz, spawanie i naprawa alufelg, psi fryzjer, niszczenie dokumentów a z miejskich inicjatyw – obwoźna biblioteka publiczna. Drugi rodzaj usług to automaty – poza znanymi i spotykanymi jak fajki i gumy nie-do-żucia (choć po coś mają smaki hehe) trafiłem na automaty z kanapkami, bukietami kwiatów, tamponami i podpaskami czy spryskiwaniem woda kolonską. Może w kraju znanym z „Lehwaleza” również komuś przyhula taki biznes. Powodzenia!

czolo nieskazone mysla ;)

czolo nieskazone mysla ;)          fot. Ulson von Jungingen

I jeszcze pare słów tak bardziej z wnętrza, od siebie, z dzianiny. Kiedyś bylo katowanie rometowskiego „talbot” BMXa przez 12 miesięcy w roku, pirackie radio KSM FM i odpalanie Steyerow. Kiedyś były szalone podróże Borewiczami 125p, płonące „mercedesy” na Źródłowej i kukła Tomka. Kiedyś było dużo krzywych akcji z psami i kanarami. Kiedyś był Wspak, 3 litry, jam na basenie i ZDZ, sekta RS4 i rapowe poniedziałki w „Famie”. Kiedyś były studia, wycinanie szablonów przez całą noc siedząc na 23 kanale głównej czterdziestki i pierwsze miejsce Astrą GSI w kategorii największych pojemności. Kiedyś była CeKa Idea, pl.listsrv.chomor-l i inne newsgrupy. Kiedyś były plenery CKF i ekspedycje MTB Kielce, te dwie przygody w nieco zmienionej formie trwają we mnie do dziś.

Za kilka dni do teczki „kiedyś” dołączy wyjazd do Irlandii. Jak zmierzyć swój pobyt na wyspach – litrami rudej wody na myszach, gramami zielonego surowca, liczbą wyrolowanych rodaków, procentem spłaconego kredytu, ilością leczonych zębów…? Ja tego nie mierzę, dla mnie to dwa i pół roku z dala od rodziny, przyjaciół i ziemi, której oddałem duszę, dwa i pół roku „wojska”, samodzielności ale też miłości i niezależności.

Za tydzień kraj, pępkowe u Raka (gratuluje nastepnej dziewczyny!), wesele Punkracego i planowana fotopielgrzymka do Oświęcimia by przywitać się z Ojczyzną i poznać miejsce kaźni. Jednak, to poszukiwanie pracy będzie priorytetem więc tak krawiec kraje jak mu staje ;) i z czasem wolnym może być podobnie ale – drżyj rowerku, nadchodzę! :D

Od jutra będę bez netu więc o cierpliwość proszę w komunikacji. Uff, obżarłem się pasztecikami upieczonymi przez Reet i ledwo sie ruszam. Reet to ta miła pani po prawej stronie na poniższym zdjęciu.

Tania, Katrin i Reet - sasiadki (jakie siatki!?) moje / my roommates

fotolaurka ;P Tania, Katrin i Reet – sasiadki (jakie siatki!?) moje / my roommates

A tu wizyta u polskich fryzjerek w Dublinie. Dwóch dżentelmenów z racji wieku nudziło siedzenie nieruchomo przed lustrem (tez tak miałem w nieistniejacym zakładzie na Mickiewicza), obrocenie foteli rozwiązało ten problem :)

polski fryzjer w Dublinie

Polski(e) fryzjer(ki) w Dublinie. Na zdjeciu Kuba lat 4 i Bartus (piekne imie, nieprawdaz?) lat 3

I byłbym zapomniał – przyleciała z Lublina rakieta i dwa dni temu odleciała z najbardziej chilloutowego miejsca za Finglas

Wika i Rafal - dzieki

Wika i Rafal – dzieki

Dzięki za 10 000 odwiedzin, ostatnio ogladalność przerosła moje oczekiwania motywując do dalszego pisania i zdjęciowania więc jak zzerojedynkuję się w kraju to wrocę do blogowania. Do zrobaczenia w Polandzie! ;)

Unplugged: Glenmalure

3 Komentarze

Plan byl taki: grill nad rzeka w sasiedztwie porosnietych mchem lasow w dolinie Glenmalure, kimono w starym schronie turystycznym, uderzenie w trasy na Mullacor – Lugduff – Conavalla – Table Mountain. Zycie zweryfikowalo plany po raz kolejny – nadszedl weekend i wszyscy, ktorzy deklarowali chec pojscia w gory, przypomnieli sobie nagle ze zostawili zupe na gazie. Ale nawet we dwojke i bez samochodu dopielismy swego.

Rejon Gor Wicklow, ktory nas interesowal nie jest objety komunikacja kolejowa a „pekaes” ma jeden kurs w czwartek i trzeba isc ok 25km od przystanku. By nie zabulic jak za zboze w prywatnym busie***, znalazlem inne polaczenie. Najpierw z centrum tutajszym pekapem pojechalismy w 90min do Rathdrum. Stad drepcydesem 17km (ok 3h) az do schronu po drodze mijajac kilka opuszczonych i zaniedbanych domow na wsiach i jedno nowiutkie boisko na wichurce co moze z siedem domostw miala. W takich wedrowkach gdy liczy sie kazdy kilogram – polecam „zupe dnia” w lokalnych gospodach, zwykle jest to gesta zupa-krem serwowana z pieczywem i maslem – ogrzewa jak herbata i zdrowsza nizli porcja frytek krzepiac niezgorzej. Rezerwacja noclegu wczesniej przyklepana, dochodzimy a tam wszystko zamkniete, zadnej wywieszki i brak zasiegu w promieniu kilku kilometrow. Rozpalilismy ognisko, dwa w jednym – szamunek sie pichci i mozna sie ogrzac. Poleciala mysliwska, plaster usmazonego wczesniej schaboszczaka, wedzona makrela natarta pieprzem oraz wiele miesa pod adresem spania „pod chmurka” w gorach. Gdy kabaczek i papryka faszerowana ryzem zabulgotaly w puszcze nad ogniem zjawlili sie nasi zbawcy – gospodarze.

Zalogowalismy sie w schronie, ktoremu nalezy sie kilka linijek (inna www z info o schronie). Aby tam dotrzec trzeba przeprawic sie przez gorska rzeczke, ktora przy wyzszych stanach miewa 50-100cm ponad most wiec ostatnie 300m czasem trzeba pokonac pieszo. Nie znam jego historii ani wieku, „wyglada” na stuletni i jest to murowany pietrowy dom plus parterowy, rowniez murowany domek. Nie ma elektrycznosci, biezacej wody ani lazienki. Brak pierwszego rekompensuja urzadzenia na gaz – lampy, kuchenki, bojlerek i LODOWKA (tak, na gaz). Wode zrodlana przynosi sie z potoku, ktory mknie bystro tuz przy schronie (10 m), i ten zaszczytny obowiazek pelni gospodarz albo turysci. Na grubsze posiedzenia chodzi sie do drwalki gdzie obok drewna i wegla sa dwie tojtojki. Spragnieni prysznica moga skorzystac z tego luksusu odplatnie w gospodzie na rozdrozu na poczatku doliny. W glownym domku jest kuchnia wyposazona w stol z lawami, 3 czteropalnikowe kuchenki gazowe (jedna z piekarnikiem i grillem), wspomniana lodowke, cala fure naczyn, garnkow, patelni i sztuccow oraz niepsujace sie dobra jadalne pozostawione przez turystow typu kawa, przyprawy itp. Na parterze obok kuchni jest duzy pokoj ze stolami, lawami, szafka pelna ksiazek (na niepogode) i kominkiem, przed ktorym, pod sufitem jest opuszczana suszarka na przemoczone rzeczy. U gory sa pokoje z lozkami pietrowymi. Domek numer dwa stoi tuz obok, ma jedno okno, jedne drzwi, jedna drzewno-weglowa „koze” i 5 pietrowych lozek (z koldrami i poduszkami ale gdy ogien w kozie zgasnie spiwor jest mocno wskazany). Schron jest czynny codziennie tylko w wakacje a poza nimi jedynie w sobotnie noce, najlepiej zarezerwowac wczesniej: 018 304 555, normalna cena za osobe dorosla to 14 euro/noc.

Jak juz przy cenach jestesmy – polityka kolei irlandzkich wymusza niejako kopno biletu powrotnego bo kosztuje on przykladowo 18,50 a w jedna strone 16,- Dowiedzialem sie rowniez ze na stacjach, ktore w niedziele sa nieczynne ani nie posiadaja automatu z biletami, zwyczajnie wsiada sie po pociagu, konduktor sam Cie znajdzie i bez dodatkowych oplat czy kar sprzeda bilet.

Wkrotce po nas zaczeli zjezdzac sie inni korzystajacy z gosciny w schronisku. Okazalo sie, ze sa to znajomi naszej gospodyni, ktora gra na wieśle całkiem nieźle a my trafilismy na nocna sesje muzykow zaprzyjaznionych z zespolem Imrama (obejrzalem material na majspejsie – nie oddaje ulamka tego co graja – trzeba ich wyczaic jak graja na zywo w knajpie). Ludzie na codzien wykonujacy rozne zawody spotykaja sie co jakis czas polaczeni wspolnym hobby – graniem. Tylu roznych instrumentow „gitaropodobnych” jeszcze nigdy nie widzialem, plus flety, organki i beben. Po cieplej szamie wyszlismy pogapic sie w gwiazdy i choc poza Orionem i Wozami nie znalem zadnej innej konstelacji to wypatrzylem nadlatujacego ISS-a :) Rozgwiezdzone (prawie jak w Bieszczadach) niebo przeciela „Stacja Alfa” dokladnie 21:02 ale w polowie nieba przestala odbijac swiatlo.

Wrocilismy wszyscy do „liwingrumu”, siedlismy w kregu i zaczelo sie granie – double unplugged: akustycznie i bez pradu w ogole :) Pierwsza sprawa to brzmienie – na plycie ani jutubie nie brzmi to tak przejmujaco, wrecz moze byc nudne. Jednak tamtej nocy, gdy siedzialem miedzy gitara o ksztalcie gruszki, balalajka i czymstam jeszcze, slyszac akompaniament tego miesca – syk lamp gazowych, trzaski w kominku, szum wiatru i pomruk potoku, czujac dusze ludzi zakleta w ich spiewie, poczulem te irlandzka muzyke tak ze musialem pozwolic nodze przytupywac. Momentami muza uderzala w podobnie ckliwe struny jak, wyswiechtane juz co prawda, Mro Ilo z Bandyty czy inne dziela Lorenca – takie ze zamykasz oczy i widzisz diaporame gorskich krajobrazow.

Druga sprawa to klimat domu, otaczajacych go gor, przyjaznych ludzi o otwartych umyslach, klimat ludzi wolnych – to nie koncert ani granie do kotleta – kazdy moze zaczac cos grac, spiewac, reszta sie wlacza jesli to poczuje. Moja najwieksza radosc tej nocy wynika z tego ze przelamalen treme i zaspiewalem. Nie, nie byl to „Bialy mis” ani „tam kolo mlyna” :> Zachecony przez Ule i wspolbiesiadnikow zaspiewalem „Celine”, niesamowite wrazenie gdy wlaczaja sie instrumenty ludzi slyszacych te melodie po raz pierwszy i nie rozumiejacych ani slowa. Zwyczajnie – poczuli bluesa. Alarm przypomnial o kolejnym okrazeniu ISS lecz bylismy zbyt przejeci muzyka. Zaspiewalismy pozniej jeszcze jedna piosenke, razem z Ula a pozniej, tradycyjnie – translejt :) Odbyla sie tez krotka edukacja o tym ze znana im „la varsovienne” to niemiecki taniec a nie nasza Warszawianka, ze Polka to czeski taniec i ze trudno znac „mazurka” bo sam Chopin naplodzil ich ponad piecdziesiat a nie byl jedyny.

Odpadlismy po moich indywidualnych warsztatach perkusyjnych i tanca irlandzkiego ok 4 rano zostawiajac kwartet mandolinistow/mandolinierow/mandoliniarzy/mandolinowcow (po prostu: ludzi mieszkajacych w dolinie) i walnelismy w kime karmiac wczesniej koze do syta (acz nie poszly iskry kominem heheh!).

Poranek zmienil sie w poludnie, poczestowalem towarzyszy nocnych smazonym polskim kawiorem dla ubogich (czyli kaszanka zwana tez „czarnym szalenstwem”), spakowalismy bety, pomoglismy sprzatnac pobojowisko naczyniowe, pozegnalismy sie i ruszylismy na poludniowy wschod, odbijajac na gornicza sciezke przy starej kopalni, skad dobrze widac cala poludniowa strone doliny Glenmalure – Benleagh, Clonhernagh, Corrigasleggaun i Carrawaystick Mountain oraz tor dla quadow, crossow, trialu i 4×4. Wyszlismy na poczatku doliny i podazylismy kawalek wzdluz rzeki Avonbeg a pozniej droga z widokiem na strony ktore znamy z biwaku na Wicklow Way za Aughrim – Fananierin Mountain, Croaghanmoira Mountain, Slieve Maan i Ballinacor Mountain. Mam takie skojarzenie ze dzieje opisane przez Tolkiena mogly dziac sie w Irlandii, przynajmniej niektore nazwy maja w podobnym stylu ;)

Drepcydes przywiodl nas na stacje i stamtad do Dublina. Nawet nie spodziewalismy sie ze wypad w gory bedzie tak niesamowitym przezyciem. Zdjeciownika nie wzialem.

  • ** – Po fakcie: ten wpomniany prywatny bus (Kevin’s Bus) kosztuje niewiele drozej niz kolej a dojazd do Glenadalough oferuje tysiackroc szersze spektrum szlakowo – noclegowe.

Written by brulionman

23, Marzec, 2009 at 11:59 pm

%d blogerów lubi to: