Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Archive for the ‘slowo wstukane / typed thoughts’ Category

Co wy wiecie o zabijaniu!

4 Komentarze

Na wygnaniu

Co wy wiecie o zabijaniu siebie samego, o zatracaniu własnego „ja”, celu, sensu, wszystkiego. Czy wiesz ile może znaczyć jedna fotografia, jak nieoczekiwanie potarfi wzruszyć jedna wiadomość z kraju, o ile więcej warte są zarówno oficjalne jak i umowne symbole narodowe i kojarzące się z Polską ikony. Geograficzna izolacja niszczy nas – emigrantów, ekspatów, zesłańców, uchodźców ekonomicznych, banitów. Jeśli nigdy nie pracowaliście za granicą to nie macie pojęcia jak boli serce i jak szczerze przejebane w wielu pozamaterialnych kwestiach mamy na obczyźnie. Pewnie, że znamy plusy, to przez nie tu jesteśmy, ale nie musi prezes Klubu Tęcza przypominać by nie przesłaniały nam one minusów.

I w tym trudnym świecie, oddalonym od Polski kilkaset czy kilka tysięcy kilometrów, a czasem o kilkanaście godzin lotem, zdarza się przebłysk nadziei, zbieg okoliczności robiący ciary i wpędzający puls w galop, mgnienie trafiające z siłą pioruna, które pierdylionem terawatów stawia nas na nogi i ładuje baterie psychiczne na oddech obecny plus bliżej nieokreślony bonus czasu. Małe lecz wielkie wydarzenie, osobisty cud w mikroskali.

Tak miał mój pochodzący z Kielc człowiek, którego dla zachowania prywatności osadźmy w anonimowych realiach kraju o surowej pogodzie; napisał:

„Ostatnio mialem przyjemnosc naprawiac kilka silnikow elektrycznych wielce szanowanej amerykanskiej firmy Baldor. Ciesza sie one wielka wytrzymaloscia i ogromnymi przebiegami. Po otwarciu celem wymiany łozysk odczytalem napis Iskra Poland. Huknelo energia i duma. Cieszylem sie jak dziecko. Wzialem sobie jedno z tych lozysk i nosze w portfelu na ocieplenie ducha.” ***

NSK Iskra

Kieleckie łożyska z dawnej FŁT „Iskra” w Kielcach / Polish bearings, great discovery for tired foreigner

*** – w realiach zaoceanicznej emigracji, w mieścinie pośrodku niczego, dla człowieka odcietego od swych ziomków, takie łożysko czy świeca zapłonowa z Iskry, zwłaszcza dla kielczanina jest prawie jak godło, herb który daje niewidzialną zbroję o nieprzecenialnej sile. To tak, jakby bydgoszczanin znalazł Rometa, gość z Kowar dywan albo krakus jednocentówkę ;)

PS. nie zamierzam licytować się „gdzie jest gorzej”, zwyczajnie, jak każdy „wyjechany„, sam czekam na takie łożyska żeby życie jakoś lżej się toczyło.

Z dedykacją dla K.K., autora zdjęcia

Ręce opadają

8 Komentarzy

Chyba pierwszy raz nie wiem jak zacząć. Na fejsie jestem by mieć kontakt ale i by kontakt ze mna miano. Dziś ta iluzja prysła gdy kliknąłem na słabowidoczny link „inne” próbując bezskutecznie dojść gdzie są jakieś nieprzeczytane wiadomości. Szukałem ich juz kiedyś, bo cały czas miałem 3 nieprzeczytane ale doszełem do pierwszych konwersacji, do samego końca internetu, przywitałem się z Chuckiem Norrisem i wywiesiłem białą flagę na znak bezsilności wobec fb, którego, przy całej jego funkcjonalności, pewne jednak zakamarki projektował ktoś sprytny inaczej. Dziś rzuciła mi sie w oczy opcja „inne” (lub wcześniej nie istniała) i stało się. Otworzyłem starą puszkę szans, które zwietrzały lub całkiem uleciały.

Dziś nagle czytam wiadomości sprzed kilkunastu miesięcy!!! Ktoś zaprasza na spotkanie blogerów, ktoś chciałby wykorzystać zdjęcie z SPK, ktoś proponuje wspólny projekt. Sprawy różnego kalibru, których poznanie mnie ominęło. A ja nie odpowiadam tym samym wychodząc na bufona i ignoranta. Wszystkich zainteresowanych przepraszam, choć nie z mojej winy dopiero dziś czytam zaległe wiadomości. Ale to wszystko jeszcze nic…

Najgorsza z nich napisana została przez kogoś, komu, co wynika z treści, nie zostało wiele czasu, próbował sie ze mną skontaktować w sprawie przekazania zagromadzonych materiałów o początkach fotografii w Kielcach – a sa to, o czym niestety mało osób wie, równocześnie początki fotografii w Polsce. Niestety, profil „Fotokielce Galeria Kielc”, z którego przyszła wiadomość, jest już nieaktywny więc nie mam jak odpowiedzieć ani odpisać. Nie wiem nawet czy autor wciąż żyje. Ręce opadają. W załączeniu nie mająca w tym momencie większego znaczenia okładka, której skan dołączono do tej wiadomości.

10259610_546968958749394_1355901573_n

Written by brulionman

23, Listopad, 2014 at 3:34 am

przeWINIEnie

4 Komentarze

Sorry lads, this post is Polish language only. W dzisiejszej ekwilibrystyce słownej pożonglujemy sobie nie kobietami i nie śpiewem lecz…  tak, winem.

Zabawa winem. Każdy zrobić to powinien. Po-winien to kierowca (vana) po spożyciu wina. Sytuacja taka. Pan mundurowy zatrzymuje pojazd, kierowca uchyla…

(no właśnie, co ten biedny kierowca z oknem lub szybą robi – uchyla? odkręca? spuszcza? odmyka? Mnie wychodzi ze opuszcza. Szybę lub pojazd. Wychodzi, wy-siada, prawko okazuje jeśli takowe po-siada i wie, że może iść siedzieć. „poszedł siedzieć” – tylko język polski dostarcza takich smaczków. Poleciał poleżeć. Polazł polatać. Łazi po połaci. Wyrok w rok odsiedział, amnestia lub amnezja).

…wróćmy jednak na jezdnię, nieszczęsny nasz kierowca właśnie roztwiera okno a tam wino bije (uderza i odurza) znad (oburącz trzymanej) kiery. Kiera, fajera (frajera), kierownica (ministra o skróconych uprawnieniach, odpowiednik kierownika). Zatem wino bije znad kiery. Przetasowanie. Wino bije karo i kiery. Wino smakiem od siekiery. Siekiera to autopilot – ja siedzę, sie-kiera sama kręci, auto do domu drogę zna jak koń, chociaż pijanym jak świnia. Alkonawigacja. Jaki jest procent słów pozbawionych procentowych konotacji? Z promil może ;)

Ale ale! Jak, powiedzcież, do cholery, kierowca szybę opuścił nie odrywając rąk od kiery? Kierowca – nowa figura w kartach (historii języka polskiego): król pik, as trefl i kier owca. Nowa trójca z Popielnika mrugającego na Wojtusia. A jak to jest „na Wojtusia” – z rozmachem, ale o tym w następnym odcinku.

To moja wina, trzymajmy sie wina. Wino rozlewamy (no i znowu rozlałeś!) do kieliszków, szklanic, lampek. A lampka niby światło nieść winna. Oświecenie, światłość, toć siostrą kaganka (oświaty i poświaty) jest. A tymczasem niby winna lampka (czyli naczynie winem napełnione bądź w nim unurzane), która winna nieść oświecenie, pobudzać, ożywiać (al’em zwinna! – „al’em” od all I am czyli cała żem), winna jest (spowodowała była ona, taka i owaka) wywołania efektu zgoła (czyli nietekstylnego) przeciwnego – ta lampka zamroczyła. Pierwej zauroczyła a potem zamruczała usypiająco. Usypując sen. Usiłując spać. Śnić o tym by spaść w spadź. W inne winne wymiary.

4o3 5ta szyja kopirajter zachlał ryja

Proch

14 Komentarzy

Pismo mówi: z prochu powstał „ś”. Chińczycy wymyślili materię, która zapoczątkowała polski znak diakrytyczny – fonetyczne „eś”.

Lecz polski przemysł tekstylny dowiódł, że proch należy do parzystokopytnych, a dokładnie do nosicieli wełny nie owiniętej w bawełnę. A przecież owce, bo o nich mowa, robią „baaaa” więc ta ich wełna to poniekąd baaa-wełna. Bo proch należy do owiec odkąd w Łodzi uszyto prochowiec.

Czyj? Owiec! Owczy proch.

Lub paproch, proch paaa! – pożegnanie z bronią. Jak się żegnasz? W imię Ojca. Z Bronią? Broń Boże. Bożeby tak wziąć i wydrzeć, te baby to jednak są. A i wydrzeć potrafią, nie tylko kartki z paszportu czy kilka lat z życiorysu ale nawet SIĘ. Się zamykam już. Dobra. Noc.

Euroschiza czyli kiełbasa z fiutem

8 Komentarzy

Austria to kraina ludzi o zapadających w pamięć, nietuzinkowych i zadbanych zarostach:

Franciszek Józefz Bożej łaski cesarz Austrii, apostolski król Węgier, król Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilyrii, król Jerozolimy etc, etc… (lista jest znacznie dłuższa ale i tak aż nadto), cóże to były za okazałe, latami hodowane pekaesy wielkości łasic przyczepionych do policzków.

Adolf Hitler – bez Bożej łaski Wódz pierdolnietych aryjczyków, strzygł wąsy w kwadrat czym przyniósł temu stylowi taka hańbę*, że po nim juz tylko Charlie Chaplin odważył się tak golić.

Conchita Wurst…  właśnie, nie lepiej było spytać: zjecie do końca kiełbasę? zamiast kończyta wurst? Austriak przebrany za Turczynkę to chyba kwintesencja współczesnego Berlina ;) Oj, przewraca się w grobie (i dobrze!) w ząbek czesany Adi, nie o taką Austrię walczył i nie za taka Europę oddał życie ;) Der Dżender, który zaszokował widzów Eurowidienia (mnie nie, bo nie oglądam TV a już na seans takiej szmiry na pewno nikt by mnie nie namówił) to urzeczywistnienie westchnień, Kayah, która w ’88 w Opolu chyba wymodliła sobie to dziwo śpiewając „córeczko, tak chciałabym zebyś była chłopcem”.

” To nas tu o mało nie wykastrowały, a ty cycki będziesz sobie, cyganie, przyprawiał?” – Seksmisja, Polska 1983 r.

Dawniej kobietę z brodą pokazywano w obwoźnym cyrku, dziś cyrk dociera ze szklanego pudełka. Krytyczne głosy Konczita ma pewnie tam gdzie i Grodzka – obu im to koło huja lata. Syf, a co gorsza, media wdrażają pomału takie właśnie spedalone standardy. Ale ale! Czemu sie takie święte oburzenie zebrało w tak postępowej Polsce? Bo przegrał reprezentujący kraj Wiślan kandydat – wielbiący armię czerwoną pseudoraper z lancpudrą wbita w folkowy strój promujący wizerunek naszego kraju jako, jak ktoś dobrze gdzieś określił, skrzyżowanie burdelu ze skansenem. Teledysk „Nie lubimy robić” zaskoczył i zagadał ale dalsze kroki to eksploatacja ludowizny jaka poprzednią falą przyniosła Brathanki i Golców.

A kto zdecydował o tym, że Polskę reprezentuje np. powyższa ekipa? Nadawca! Czyli utajniona (tym razem, bo nazwiska jurorów, którzy wybrali nie wiadomo skąd wytrzaśnięty tandem Iwana i Delfina sa dostepne w sieci), powołana przez TVP komisja – za Wasze pieniądze!

Abonament: 208.45 zł rocznie, miedzynarodowy długodystansowy obciach przegrania z lejdibojem o nazwisku Kiełbasa – bezcenny

Mimo bojkotu tv zalał mnie tym wszystkim fejsbuk. Rzygi, musiałem

* – polecam francuską komedię pt „Imię

Written by brulionman

16, Maj, 2014 at 2:53 am

Spowodu zabraknięcia towaru spszedasz wszczymana

15 Komentarzy

Ileż ten kochany mistrz Bareja przemycił smacznych wątków i tekstów w Zmiennikach!  Z uśmiechem odgrzałem sobie całą serię ze wspaniałymi epizodami Rewińskiego i Ferencego. Niestety, podobnie jak uznany za arcydzieło Miś, tak i serial o Jacku i Marianie, a właściwie Kasi, może być zrozumiany i wciągający chyba wyłącznie dla pokolenia, które liznęło conieco PRLu. Pozostałym podpowiem, że w życiu naprawdę bywało jak w filmie tyle, że mniej śmiesznie bo nie było guzika, którym można było wyłączyć tę chorą rzeczywistość.

No i kolejki w mięsnym nie były filmowym sznurkiem grzecznie stojących ludzi tylko najbardziej zakręconą, bulgoczącą w ścisku gąsiennicą pełną śmierdzących, swarliwych, znużonych, biednych ludzi z dominacją grubych bab, zaś dotarcie do kasy zajmowało od 2 do 6 godzin …a przynajmniej tak wyglądało to z punktu widzenia gnojka z końca lat siedemdziesiątych, którym wtedy byłem. Pozdrawiam wszystkich, z którymi wychowałem się na podwórkach za mięsnymi przy Źródłowej, Winnickiej i Zagórskiej, czekając na nasze matki za supersamem, rybnymi, delikatesami, zieleniakami oraz na kultowej „rakiecie”.

Z tamtych czasów do dziś istnieją, coraz rzadziej niestety, miejsca o niezmienionym od epoki wyglądzie… kilka udało się ustrzelić podczas zimowego klimatycznego fotoszwendacza po krainie latających noży. Zdjęcia szarawe i niepodkręcone, tak lepiej oddają atmosferę tamtego okresu, moim nieskromnym zdaniem.

Wnętrza budynku Naczelnej Organizacji Technicznej, Wojewódzkiego Klubu Techniki i Racjonalizacji i kilku innych instytucji :)

__1_0001 __2_0002 __3_0003

Trudno będzie kiedyś uwierzyć, że taką klatką schodową szło się obejrzeć najnowsze „wieże” Panasonic, Sony czy Technics

__4_0004 __5_0005

Jeden z nielicznych sklepów przy ul. Sienkiewicza, którego wystrój na przestrzeni ostatnich 30 lat nie zmienił sie prawie wcale oraz punkt dorabania kluczy w „Katarzynie„. W notatkach zostawionych w Polsce mam imiona osób widocznych na zdjęciach ale dotre do nich dopiero wiosną.

__6_0006 __7_0007 __8_0008 __9_0009

Puchatek czyli od tyłu…  KETCHUP! ;)

_10_0010 _11_0011 _12_0012

Znienacka absurdy peryferii – studzienki zbudowane w powietrzu i ograniczenia na drodze którą nie da sie pojechać nawet połową dozwolonej prędkości. Chyba że samochodem firmowym to zgoda ;P

_13_0013 _15_0015

Nieco inna część miasta – ul. Chęcińska, os.  Nowotki, Cegielnia

_17_0017 _20_0020 _21_0021 _22_0022 _23_0023 _24_0024 _25_0025 _26_0026

oraz cudny rewir przy Astronautów

_27_0027 _28_0028 _29_0029 _32_0032 _34_0034

Niestety, ostatnio coraz bardziej cuchnie wiosną ;) Z pozdrowieniami dla wszystkich malkontentów oraz ludzi, z którymi przemierzam takie szlaki jak powyższe!

Smiles, not the miles!

27 Komentarzy

256 odcieni zieleni / 256 shades of green

Chciałem by moje nieduże podróże miały jakiś wspólny mianownik ale ponieważ to tylko eksploracje bez żadnego socjalnego kontekstu, najbardziej do nazwy cyklu pasowała mi liczba odcieni zieleni, która okazała się być mocno problematyczna w ustaleniu. Postanowiłem więc te sprawę uprościć i stąd liczba 256, pominę wszystkie linki i rozmowy, za które dziękuję, odbyte z grafikami i fizykami, zdecydowanie stwierdzam „wiem, że nic nie wiem” i to ślepy zaułek bo, ogólnie rzecz ujmując, Irlandia ma pierdylion odcieni zieleni a wiosną nawet więcej ;P

/ I was trying to find some common base for my little trips but as they are quite shallow I decided to choose number of shades of green, which is terribly unknown so let’s say – green has 256 shades and that represents the best way how I see semi-naked Ireland with its zylions green tones or even more at spring time ;P

Droga / Road

Droga / Road

Jest 11:00, straszą, że po 13 walnie deszcz. Chcę wykorzystać to okienko pogodowe na rower, jadę. Wiem, ze powinienem wrócić wcześniej, różne sprawy czekają ale przecież za tym mostem i tamta górką, i jeszcze do końca żywopłotu, dobra, za lasem zawrócę. A w sumie jak już tutaj jestem to dojadę pod ten grzbiet, w prawo krótsza droga ale częściowo ja znam, jadę w lewo. E, nie jest tak źle, mżawka trwała 10 min i już po krzyku, wg prognoz od trzech godzin powinienem jechać w strumieniach a tymczasem jest tylko wiatr. Dobra, zbliża się zmierzch, trzeba napierać w stronę domu a ja ciągle się oddalam. Jest zjazd, krótki ale ostry. Dobra, teraz gdzie, że niby w prawo? cholera, jak ja patrzyłem na mapę że się nie kapnąłem że będzie pod górkę. Warstwy dają radę. Zimno, wieje, ciemno. Wjeżdżam do jakiejś wioseczki, o jej niedużych rozmiarach świadczy kościół, pub, sześć w porywach do ośmiu domów i sklep, CZYNNY! Tja… nie mam kasy, najbliższy bankomat we Wrocławiu, podobnie jak terminal do płatności kartą. Uff, znalazłem zaskórniaka pod prawkiem, deli już nie działa ale lokalna pani Krysia zrobi mi zimną szamę, zajadam i wkręcam się na pozytyw. Wychodzę ze sklepu a tam…   deszcz! ;P

aefc

aefc

feswea

feswea

uiloil

uiloil

erf

erf

erfcxfeefrc

erfcxfeefrc

cffeqfeq

cffeqfeq

cweqfewf

cweqfewf

awefefewqwq

awefefewqwq

wefwqefqf

wefwqefqf

nyuj6trju

nyuj6trju

rytjnruj

rytjnruj

lkjuyjyjt

lkjuyjyjt

oewmfpom

oewmfpom

trekkfkj

trekkfkj

yqbayqrvy

yqbayqrvy

poji

poji

coffee

coffee

 

Uwielbiam drogi zapomniane, im gorsza tym lepsza; nie ma być najkrótsza, ma dać najwięcej odkrywania, nakarmić oczy i serce. Jest takie uczucie, gdy za mną długa droga, dotknięte fajne miejsca, kilometry podjazdów z przyspieszonym oddechem, zjazdów które robią takie wrażenie, że parkuję język w miejscu gdzie kiedyś rósł jeden z zębów mądrości, generalnie – jak koń po westernie. Przede mną jeszcze wiele kilosów powrotu, apetyt jak zwykle przewyższył możliwości więc jest wieczór, mijam jakiś dom, z którego snuje się dym z kominka a z okien bije ciepłe światło… wtedy stulam poślady i naginam do domu ale prawdę powiedziawszy w tej krótkiej chwili cisnąłbym kozę do rowu i rozsiadł się z nogami przed kominkiem z grzańcem w ręku :)

„Stay hungry, stay foolish”  S.J.

PS. Za wszelki zauważalny w poście chaos z dołu przepraszam ;)

Dziewczynka za palcami / Little Dublin girl

20 Komentarzy

Ciężko było utrzymać równowagę i jednocześńie pilnować kadru ale udało się / That was not so easy to keep balance and watch the viewfinder

Ciężko było utrzymać równowagę i jednocześńie pilnować kadru ale udało się / That was not so easy to keep balance and watch the viewfinder

Z powodu choroby znalazłem tysiąć pińcet zdjęć z Zielonej Wyspy. Leżą w katalogach totalnie bez ładu i składu, żadnej chronologii, żadnego klucza, są rodzajem dziennika – widząc je pamiętam co wtedy robiłem, dokąd szedłem, jechałem, z kim rozmawiałem… wiszą na dyziu nieopublikowane jak niechciane dzieci, chyba nadszedł czas by wsypać na bloga trochę zaległych obrazów. Niby przeszły kwarantannę ale nadal mam do nich ściśle osobisty stosunek i trudno je selekcjonować pod kątem „warto – nie warto pokazać”. Może to również czas, by po tych kilku latach oprawić wreszcie diapozytywy i zrobić tradycyjne slajdowisko. Jakieś siły fotograficzne widocznie straciły do mnie cierpliwość i uziemiły mnie antybiotykiem w domu zmuszając do zajrzenia w omijany skrzętnie katalog „skany”. Jeszcze nie wiem jak je pokażę, te skany. Bo slajdy wrzucić na ścianę to największa przyjemność – prawda i duma, sens chodzenia za kadrami, uzurpowanie tytułu „Pogromcy Fotoszopa” jako narzędzia zbędnego w procesie naszej komunikacji. Ale tu, na blogu, jak rozsądnie pokazać tysiąć zdjęć z dublińskich ulic…   wciąż tego nie wiem.

/ Sitting home sick with high temperature pushed me to explore „scans” folder. I’m terrified by quantity of pictures waiting to be posted, have no clue what key I should use to public them. Well, meanwhile one of my favourites, never released before, shot from streets of Dublin.

Mizernego burgera i kilka frytek na ceracie poproszę!

37 Komentarzy

Dziwne życzenie? A jednak „klient nasz pan” – jest restauracja, która od niedawna realizuje takie zamówienia. Szef kuchni szczególnie poleca godzinne czekanie na zamówienie.

Są tacy, którzy wszystko co złe tłumaczą „kieleckim grajdołem” i choć częściowo mają rację to trzeba walczyć o lepsze, ale po kolei.

Odkąd pamiętam niestety jest tak, że jak coś wychodzi dobrze, mam na myśli potrawy a nie wynik finansowy, to absoltunie trzeba to popsuć. I dążenie do tego jest tym większe, im bardziej czymś wybija się ów lokal. Przy ul. Przecznica (tak, takie mamy wieśniackie nazwy, chociaż nic nie przebija ul. Dyrekcji Głównej) stała kempingówka w której były najlepsze hotdogi w mieście – parówka zawierała więcej poubojnego syfu niż tektury i dzięki temu, oraz szabanastu innym ulepszaczom z tablicy Mendelejewa, była smaczniejsza niż u konkurencji. Lecz nie był to zwyczajny „parek w rohliku”, to czym ów produkt wyróżniał się na fastfoodowej mapie miasta była prażona cebulka. Gdy te hotdoxy stały się tak popularne, że ludzie zamawiali je przez taksówkę, ktoś policzył, że można zaoszczędzić na jakości. Od tamtej pory każdy kto kupił ulubioną szamę jadł ją tylko raz i już nigdy nie wracał (za to niewykluczone, że zwracał). Buda padła.

Póżniej był arcydiabelnie pyszny a zarazem okrutnie pikantny maxiburger w zmieniającej co dwa lata miejsce budzie pod szpitalem. Kręciły się tam na karuzelach pieczone potwory lecz flagowym daniem był wielgaśny hamburger znany wkręgach wielbicieli jako „sambal„, umawialiśmy się tam wieczorami przed, po lub w trakcie piwka studzącego nieco letnie wieczory. O dowolnej porze doby zawsze działał sprawdzony patent: wyprowadzić obsługę z równowagi aby upewnić się, że po złości dostaniemy naprawdę piekielnie pikantne żarcie :) Metody tej nie zaleca się wobec całkiem obcej obsługi jeśli nie chce się dostać ręcznie zaimprowizowanego miłosnego dressingu na zapleczu ;P Ale do tematu wracając, ten sos, mimo iż zmuszał wielu do studzenia pożaru w ustach napojem (a na przekór żaden ze sprzedawanych nie dawał rady) lub opracowanego spontanicznie zasysania powietrza wąską szczeliną na język, ten właśnie sos miał smak. Do czasu, aż zastąpiono go mniej ostrym, na dodatek wściekle słonym sambal oelkiem. Buda wprawdzie działa prażąc kebabsony, za które turecka ambasada powinna słusznie zażądać przeprosin od polskiej dyplomacjii i nie nazywania gówna kebabem lecz z wyjątkiem dwoch lokali jest to problem ogólnokielecki.

Szczytem amatorszczyzny na kebabowym szlaku po Kielcach są ciemnoskórzy, którzy myślą, że sam ich wygląd plus ściany ozdobione wieśniackim folklorem z ich stron i jeszcze np. płonący przed wejściem znicz, przyciągną klientów do lokalu, który nie umie zrobić ostrego sosu. „Ostry” zwykle jest leciutko pikantny lub kwaśny, tylko po co tę pedaliznę nazywać „ostrym” sosem. Ale to znów praktyka powszechna w mieście z koroną w herbie, by nie rzec, że oszukuje się tak ludzi w całym kraju.

No i w końcu, po wielu latach, pojawia się lokal. Podszedłem sceptycznie ale…

Prowadzi mnie tam Ola Sercokradka obiecując, że mi się spodoba. Już mi się podoba – i Ola i perspektywa spróbowania czegoś smacznego ;) Strzał w dziesiątkę! Świetna obsługa, mają wszystko czego chcemy – mówię o dość prostych pomysłach spoza menu np. litr soku pomidorowego, do którego sam aplikuję tabasco, co często w innych lokalach powoduje podniesienie brwi kelnerki i negujące kręcenie głową. W ciągu kwadransa lub krócej na talerzu wjeżdza wielka burgeroza, uczciwe mięso, właściwe dodatki i najlepszy sos jak jadłem w bułce od czasu BigTasty’ego. Piszę to walcząc ze ślinotokiem na samo wspomnienie, cholera, mam nadzieję, że przeczytasz co zniszczyłaś, ty kudłaty zarozumiały grubasie!

Kolejna wizyta – odwdzięczam się kultowym już wtedy cheesburgerem przyjacielowi, który odkrył przede mną „skarb apaczów” – arcydzieło innego lokalu do czasu zmiany szefa kuchni. Mamy duże możliwości, poza czisbuxem zajadamy się pyszną pizzą z pomidorkami koktajlowymi, rukolą i bodaj szynką szwarcwaldzką. Jest to trzecia, tak dobra pizza w mieście równorzędnie z jedną z Pomodro i „pizza a la Eni” w nieistniejącym już Ambiente.  Spotkanie z koleżankami ze studiów, no gdzie je prowadzę? Wiadomo, tym razem odkrywam niebywale smakowity makaron z łososiem i szpinakiem, idealna nuta.

Mógłbym tak wspominać długo inne ich przysmaki, np. zupę cebulową lecz czuję rozgoryczenie. Przyjechała jedna gwiazda, która kiedyś jadła stolec a dziś jest uznanym ekspertem (skoro mówi, że coś smakuje jak gówno, znaczy że nie tylko na nie patrzała) i pod jej kierunkiem lokal zmieniono, w zamyśle in plus. W praktyce wnętrze, do którego nie miałem zastrzeżeń, otrzymało ceraty (nie obrusy, ceraty!!!) i kiczpornowate wargi zdobiące piec, kojarzące się raczej z głębkim gardłem (i jedz tu pizze stamtąd!) niż usta znanej aktorki. Menu, dawniej finezyjnym tekstem wprowadzające przyjemnie klienta w każdy z działów i dopieszczone estetycznie (znów brak uwag) dziś wygląda jak przerośnięta ulotka z pizzerii. Część potraw zniknęła, pozostałym ktoś smutny z excelem podniósł ceny, wprowadzając m.in. taki bezsens jak homaroburger za chyba 110 zł – jak często będzie to zamawiane przez klientów by zawsze mieć świeże składniki, he? Kolejne zmiany to czas oczekiwania na jedzenie oscylujący w granicach nawet 50-70 minut. Na boga, tyle czekać na hamburgera, to ile na jego homarzą wersję?! Najsroższej jednak zbrodni dokonano na ukochanym mym cheesburgerze – zmniejszono go o połowę, popsuto wygląd – nawet z drewnianym szpikulcem trzymającym całość w pionie wygląda jak wypierdziany w bułę klocek, w jakiś dziwny sposób podwyższono to-to żeby zawiasom szczęki zafundować calanetics i zamiast kopca frytek otoczono nieśmiało dziewięcioma frytkami.

Celowo nie wymieniona z nazwiska niemiła pani o wyglądzie wyliniałej kopii Violetty Villas popsuła jedno z moich ulubionych miejsc i to jej mój jad dedykuję. A co do lokalu – najwyższą formą stosowanej przeze mnie kary jest bojkot do czasu zmian. Radykalnych, bo jak mówi przysłowie „Cygan raz przez wieś przejdzie”…

***

Z braku ilustracji do powyżej wylanych frustracji zaserwuję zdjęcie charakterystycznego sklepu, który z końcem ubiegłego roku zakończył swą egzotyczną całodobową działalność na kieleckim Rynku za co w Sylwestra doczekał się kilku zapalonych zniczy od Kielczan wdzięcznych za wszystkie miłe chwile i niepowtarzalne dialogi.

jeden z najstarszych sklepow spozywczych

Ladies and Gentelmen: Felek Kielce

Stek prawd

9 Komentarzy

Bazylika katedralna w Kielcach

pocztówka z Kielc / a postcard from my town

Prawda wewnętrzna: marazm

Przełom roku. Stagnacja jakaś niemiła. Nic się nie chce, zwłaszcza chcieć. Jakby to był miesiąc pogłębiania przyjaźni polsko – radzieckiej. Ale gdzie tam, nawet to nie, przeca słupek rtęci wozi się ponad zerem, drogowcy z nudów grają w podwodne bierki. Ktoś pogrubasił portfel na przetargach odśnieżania. Niby sypnie białe tu i ówdzie ale żeby to zimą nazywać? Mógłby mróz tęgi ściąć świat to chociaż na rower by człek poszedł, ścięgno już wyleczone…

Prawda kulturalna: grrrówno na piedestale

Muzyczne trendy przerażają miałkością, od jednego hitu dla buraków dymi się licznik na jutubie. Ona tańczy dla niego, on gra i śpiewa dla nas. Dla mas. Diskopolo wraca na furgocie. W skali świata też nie lepiej: srangnamstajl, przeszło miliard (!) odtworzeń, główna grupa demograficzna: kobiety 13-17 lat. Serio :) Ukłony dla mediów, które tak ściosały swe szufladki, że nazwały autora raperem. Siedzą tam sobie teraz pospołu z jedną etykietką: Psy, Norbi, Mezo a także prawdziwi przedstawiciele czarnego nurtu. Samo dziwaczne tańczenie miało kiedyś swój niekwestionowany urok w wykonaniu niejakiego Matta ale teraz już się przejadło. Przynajmniej mnie. Neutralnym bohaterem tygodnia jest Krzysztof Krawczyk, którego chyba nikt nie przebije w ilości nagranych utworów, starczy rzucić okiem na rozmiar suwaczka do przesywania strony z jego dyskografią.

Prawda o Polsce: kto jest rad w kraju rat?

Jak się żyje w Polsce? To dłuższa historia ale dobrze komentuje ją sytuacja w innych krajach, np. ludzie do których strzela policja bo strajkują żądając by ich dniówka wynosiła 17 dolarów. Są trafiani gumowymi pociskami za… zuchwalstwo, bo obecnie zarabiają 9$ dziennie. U nas zamiast kul jest enigmatyczny system działający mniej więcej „kraj na dnie a poseł kradnie”. Żyjemy mamieni kiełbasą wyborczą i nadzieją że kolejna ekipa coś wreszcie zmieni. Mamy też niedrogi alkohol zapobiegający znarowieniu się narodu. Gdyby nadszedł wróg, wojna – o, to byśmy pokazali co potrafimy ale w czasie pokoju dajemy się milcząco gwałcić, nie wychodzimy na ulice jak Grecy czy Hiszpanie. Czasem jakieś pielęgniarki, kolejarze i górnicy coś tam wykrzykują ale ich tuby są coraz cichsze. Ciężko się żyje w kraju gdzie benzyna relatywnie do zarobków jest pięciokrotnie droższa niż na Zachodzie. Zrobię jednak osobne porównanie życia tu i tam.

Prawda spiskowa: potrzebna dywersyfikacja źródeł wiedzy

A gdyby tak Wikipedia zaszantażowała nas. Każdy wpłaca x €. Razy 6 000 000 000…  Bogatsi zapłacą za biednych bo im bardziej potrzeba danych, wiedzy, informacji. A jeśłi nie – proszę bardzo, Wikipedia wyłącza wszystkie swoje serwery. I co, trochę niemiętowo się robi… Pod wpływem dobrego, lekkiego linku od Hamera zająłem myśli takimi dywagacjami. Czy sponsorzy będą mogli zmieniać niewygodne treści, np lobby spożywcze pozmienia tablicę „witamin E”? Czy Wikileaks można zażegnać kasą? Niby internet nie znosi próżni, czymś zastąpionoby Wiki ale z jakim skutkiem…

Prawda o urzędach: bez zmian

Petent (jak się właściwie mowi: petent czy natręt?) ma chodzić jak w zegarku. Ma dużo chodzić. Świętokrzyska turystyka przeżywa rozkwit wywołany wymaganimi urzędów, np. położony na wschodzie miasta MUP żąda dostarczenia zaświadczenia z ZUS (Zakład Utylizacji Szmalu) usytuowanego oczywiście gdzie? Brawo, na zachodzie! Na północy czeka WUP, na zachodzie (ale oddzielonym torami od ZUSu żeby nie było zbyt łatwo) Urząd Skarbowy, bardziej na północ drugi (a właściwie Pierwszy), stamtąd w stronę centrum filia UM dzięki której kielczanie wiedzą gdzie jest ul. Strycharska, mocno na południe z dojazdem trelinką, którą nie jeździ kto nie musi przekornie znalazł się Zarząd Dróg ale spokojnie, jak komuś mało – pod Telegrafem buduje się piękny olbrzymi z betonu i stali Urząd Marszałkowski. W skali regionu widać poparcie dla takiej decentralizacji: centrala PKP jest w Skarżysku, lasów państwowych w Radomiu, tepsy chyba w Lublinie, od grubszych melioracji jest Kraków, gmina żydowska w Katowicach. Chcesz coś załatwić – Poznaj swój kraj! Aha, program „jednego okienka” nie obejmuje kontaktowania się urzędników między różnymi instytucjami, wyręcza ich w tym petent i czyni to chętnie bo przecież to jemu zależy, nie? Urząd Pracy wydaje w kwadrans po otwarciu 70 numerków i na tym kończy przyjmowanie ludzi, ostatnie dwie godzinki można siorbać kawę, da się? Przyjazne Państwo, tjaaa…

Prawda objawiona: dieta śmierci śmierdzi

Kolegom z grupy fotograficzno-podróżniczej obiecałem pokazać takiego ananasa, co to twierdzi, że nie je już kilka lat sycąc się jeno energią księżyca czy jakoś tak ;) Panowie, wiem, że jedzenie to tuż po spaniu najgorszy nałóg ale nie polecam rezygnować z niego na stałe :P A oto i ów czarodziejski breatharianin:

%d blogerów lubi to: