Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Mizernego burgera i kilka frytek na ceracie poproszę!

with 37 comments

Dziwne życzenie? A jednak „klient nasz pan” – jest restauracja, która od niedawna realizuje takie zamówienia. Szef kuchni szczególnie poleca godzinne czekanie na zamówienie.

Są tacy, którzy wszystko co złe tłumaczą „kieleckim grajdołem” i choć częściowo mają rację to trzeba walczyć o lepsze, ale po kolei.

Odkąd pamiętam niestety jest tak, że jak coś wychodzi dobrze, mam na myśli potrawy a nie wynik finansowy, to absoltunie trzeba to popsuć. I dążenie do tego jest tym większe, im bardziej czymś wybija się ów lokal. Przy ul. Przecznica (tak, takie mamy wieśniackie nazwy, chociaż nic nie przebija ul. Dyrekcji Głównej) stała kempingówka w której były najlepsze hotdogi w mieście – parówka zawierała więcej poubojnego syfu niż tektury i dzięki temu, oraz szabanastu innym ulepszaczom z tablicy Mendelejewa, była smaczniejsza niż u konkurencji. Lecz nie był to zwyczajny „parek w rohliku”, to czym ów produkt wyróżniał się na fastfoodowej mapie miasta była prażona cebulka. Gdy te hotdoxy stały się tak popularne, że ludzie zamawiali je przez taksówkę, ktoś policzył, że można zaoszczędzić na jakości. Od tamtej pory każdy kto kupił ulubioną szamę jadł ją tylko raz i już nigdy nie wracał (za to niewykluczone, że zwracał). Buda padła.

Póżniej był arcydiabelnie pyszny a zarazem okrutnie pikantny maxiburger w zmieniającej co dwa lata miejsce budzie pod szpitalem. Kręciły się tam na karuzelach pieczone potwory lecz flagowym daniem był wielgaśny hamburger znany wkręgach wielbicieli jako „sambal„, umawialiśmy się tam wieczorami przed, po lub w trakcie piwka studzącego nieco letnie wieczory. O dowolnej porze doby zawsze działał sprawdzony patent: wyprowadzić obsługę z równowagi aby upewnić się, że po złości dostaniemy naprawdę piekielnie pikantne żarcie :) Metody tej nie zaleca się wobec całkiem obcej obsługi jeśli nie chce się dostać ręcznie zaimprowizowanego miłosnego dressingu na zapleczu ;P Ale do tematu wracając, ten sos, mimo iż zmuszał wielu do studzenia pożaru w ustach napojem (a na przekór żaden ze sprzedawanych nie dawał rady) lub opracowanego spontanicznie zasysania powietrza wąską szczeliną na język, ten właśnie sos miał smak. Do czasu, aż zastąpiono go mniej ostrym, na dodatek wściekle słonym sambal oelkiem. Buda wprawdzie działa prażąc kebabsony, za które turecka ambasada powinna słusznie zażądać przeprosin od polskiej dyplomacjii i nie nazywania gówna kebabem lecz z wyjątkiem dwoch lokali jest to problem ogólnokielecki.

Szczytem amatorszczyzny na kebabowym szlaku po Kielcach są ciemnoskórzy, którzy myślą, że sam ich wygląd plus ściany ozdobione wieśniackim folklorem z ich stron i jeszcze np. płonący przed wejściem znicz, przyciągną klientów do lokalu, który nie umie zrobić ostrego sosu. „Ostry” zwykle jest leciutko pikantny lub kwaśny, tylko po co tę pedaliznę nazywać „ostrym” sosem. Ale to znów praktyka powszechna w mieście z koroną w herbie, by nie rzec, że oszukuje się tak ludzi w całym kraju.

No i w końcu, po wielu latach, pojawia się lokal. Podszedłem sceptycznie ale…

Prowadzi mnie tam Ola Sercokradka obiecując, że mi się spodoba. Już mi się podoba – i Ola i perspektywa spróbowania czegoś smacznego ;) Strzał w dziesiątkę! Świetna obsługa, mają wszystko czego chcemy – mówię o dość prostych pomysłach spoza menu np. litr soku pomidorowego, do którego sam aplikuję tabasco, co często w innych lokalach powoduje podniesienie brwi kelnerki i negujące kręcenie głową. W ciągu kwadransa lub krócej na talerzu wjeżdza wielka burgeroza, uczciwe mięso, właściwe dodatki i najlepszy sos jak jadłem w bułce od czasu BigTasty’ego. Piszę to walcząc ze ślinotokiem na samo wspomnienie, cholera, mam nadzieję, że przeczytasz co zniszczyłaś, ty kudłaty zarozumiały grubasie!

Kolejna wizyta – odwdzięczam się kultowym już wtedy cheesburgerem przyjacielowi, który odkrył przede mną „skarb apaczów” – arcydzieło innego lokalu do czasu zmiany szefa kuchni. Mamy duże możliwości, poza czisbuxem zajadamy się pyszną pizzą z pomidorkami koktajlowymi, rukolą i bodaj szynką szwarcwaldzką. Jest to trzecia, tak dobra pizza w mieście równorzędnie z jedną z Pomodro i „pizza a la Eni” w nieistniejącym już Ambiente.  Spotkanie z koleżankami ze studiów, no gdzie je prowadzę? Wiadomo, tym razem odkrywam niebywale smakowity makaron z łososiem i szpinakiem, idealna nuta.

Mógłbym tak wspominać długo inne ich przysmaki, np. zupę cebulową lecz czuję rozgoryczenie. Przyjechała jedna gwiazda, która kiedyś jadła stolec a dziś jest uznanym ekspertem (skoro mówi, że coś smakuje jak gówno, znaczy że nie tylko na nie patrzała) i pod jej kierunkiem lokal zmieniono, w zamyśle in plus. W praktyce wnętrze, do którego nie miałem zastrzeżeń, otrzymało ceraty (nie obrusy, ceraty!!!) i kiczpornowate wargi zdobiące piec, kojarzące się raczej z głębkim gardłem (i jedz tu pizze stamtąd!) niż usta znanej aktorki. Menu, dawniej finezyjnym tekstem wprowadzające przyjemnie klienta w każdy z działów i dopieszczone estetycznie (znów brak uwag) dziś wygląda jak przerośnięta ulotka z pizzerii. Część potraw zniknęła, pozostałym ktoś smutny z excelem podniósł ceny, wprowadzając m.in. taki bezsens jak homaroburger za chyba 110 zł – jak często będzie to zamawiane przez klientów by zawsze mieć świeże składniki, he? Kolejne zmiany to czas oczekiwania na jedzenie oscylujący w granicach nawet 50-70 minut. Na boga, tyle czekać na hamburgera, to ile na jego homarzą wersję?! Najsroższej jednak zbrodni dokonano na ukochanym mym cheesburgerze – zmniejszono go o połowę, popsuto wygląd – nawet z drewnianym szpikulcem trzymającym całość w pionie wygląda jak wypierdziany w bułę klocek, w jakiś dziwny sposób podwyższono to-to żeby zawiasom szczęki zafundować calanetics i zamiast kopca frytek otoczono nieśmiało dziewięcioma frytkami.

Celowo nie wymieniona z nazwiska niemiła pani o wyglądzie wyliniałej kopii Violetty Villas popsuła jedno z moich ulubionych miejsc i to jej mój jad dedykuję. A co do lokalu – najwyższą formą stosowanej przeze mnie kary jest bojkot do czasu zmian. Radykalnych, bo jak mówi przysłowie „Cygan raz przez wieś przejdzie”…

***

Z braku ilustracji do powyżej wylanych frustracji zaserwuję zdjęcie charakterystycznego sklepu, który z końcem ubiegłego roku zakończył swą egzotyczną całodobową działalność na kieleckim Rynku za co w Sylwestra doczekał się kilku zapalonych zniczy od Kielczan wdzięcznych za wszystkie miłe chwile i niepowtarzalne dialogi.

jeden z najstarszych sklepow spozywczych

Ladies and Gentelmen: Felek Kielce

Odpowiedzi: 37

Subscribe to comments with RSS.

  1. Wszystko pięknie, ładnie, chwyta ze serce :):):)
    Ale mnie teraz bardziej intryguje historia Feliksa, te długie nocne Polaków rozmowy itd..

    Kasia

    4, Luty, 2013 at 6:08 pm

    • Felek znalazł się w tekstach piosenek, to było niezwykłe miejsce – baaardzo długi sklep w głąb starych kamienic przy Rynku w Kielcach, najpopularnijsze stoisko umieszczono przy wejściu – alkoholowe ale rozmowy jakie toczyły się w kolejce gdy zamykano drzwi i golono towar przez okienko – bezcenne, tu niejeden socjolog znalazłby natchnienie na przewód doktorski. żule i studenci, dwa machnięcia ogonem od upragnionej flaszki. tu się wspomagały afterpartowe pielgrzymki, niejeden before też tu miał początek a czasem o 6 rano gdy zamykano ostatnie knajpy, to chętni mogli znależć coś „na dobitkę” (czy raczej dopitkę)
      A Ty ostry materiał wrzuciłaś, nigdy o tym nie słyszałem, masowy gwałt :O

      brulionman

      4, Luty, 2013 at 7:18 pm

      • w czasie studiów też w moim mieście było kilka takich kultowych miejsc. Do jednego (nie wiem czemu w sumie) zawsze chodziłyśmy po śledzie w sosie musztardowym. Ale najsławniejszy miał ksywę „dziupla”. Podobno po małej przerwie nadal funkcjonuje, ale to już dla mnie nie będzie to samo :)
        Ano wrzuciłam i nawet dorobiłam się własnego, prywatnego mohera (ale to już dawno dorobiłam się go a teraz znów się uaktywnił). Spamuje mnie teraz komentarzami pod różnymi nikami i różnymi ip. Ma zacięcie skurczybyk :)
        kto by pomyślał, że wyhoduję sobie własnego trolla :)

        Kasia

        6, Luty, 2013 at 12:57 am

        • ja odkrylem klub dziennikarza Pegas (chyba) i dzieki kolegom z ówczesnej konkurencji, jaką dla Famy było Radio TAK, wszedłem w posiadanie legitymacji uprawniającej do wejścia a tam siedziała taka „Pani Krysia”, która sama oceniała czy się najadłeś i czasem serwowała dolewkę lub wręcz ją nieco wmuszała. Po powodzi lokal już nie doznał reerekcji…
          A w Mieście nad Liffey odkryciem roku były obiady w campusie DCU (lub UCD – to na południu) gdzie za 5 EUR wsuwaliśmy taaaki plaster baraniny z frytami, że często nadrabialiśmy drogi żeby tam zajrzeć…

          brulionman

          6, Luty, 2013 at 7:21 am

  2. „ręcznie zaimprowizowanego miłosnego dressingu na zapleczu ;P ” – jezusie świebodziński… :D
    a co do ulic o nazwie Poprzeczna, to nie jesteście tacy znowu oryginalni i off, wiesz? :P na obrzeżach Warszwy, zwanych Aninem – jest ileśtam poprzecznych i każda ma rzymski wyróżnik :)

    strz.

    4, Luty, 2013 at 7:34 pm

    • poprzeczna VII, listonosz musi je lubić ;) a ta nasza to Przecznica – ulica przecznica, nosz jak to brzmi?
      ulic tu mamy ciekawych bez liku – Giętówka (brzmi jak kiełbasa ale chodzi o wyrób hutniczy), Głęboczka (nobody knows) czy ul. Piaski nad rzeką
      Ostatnio jechałem na wypad karplowy i gdy głodny wcześnie rano mijałem ul. Sabinówek przeczytałem ul. Sandwich – da się? :)

      brulionman

      4, Luty, 2013 at 8:07 pm

  3. Cóż, nie każda rewolucja robi dobrze. A już na pewni nie wtedy, gdy przywódcą jest opasły piglet.

    jagnizm

    4, Luty, 2013 at 8:24 pm

    • :D ona myśli że robi szał pał a tymczasem to jest krzywda dla lokalu, klientów i tej czesci infrastruktury miasta do ktorej mialem zaufanie

      brulionman

      4, Luty, 2013 at 8:28 pm

      • Swoją drogą, co strzeliło do głowy właścicielowi, żeby się do niej zgłosić?

        jagnizm

        4, Luty, 2013 at 8:30 pm

        • Z moich ulubionych nazw kieleckich ulic to Pancerna, Jarząbek, Pradło czy Kaczowa. Dobry artykuł Bart – jadowity i szczery.

          • dzięki :) Kaczowa to gruchawka, Jarząbek to za malikowem w łąkach k Młyńskiej, Pancerna to rowerowy skrót za domem SS (spokojnej starości hehehe) ale Pradło… z głowy mi wypadło ;)

            brulionman

            5, Luty, 2013 at 1:00 am

        • pojęcia nie mam, może właściciele liczyli, że ta pani odświeża wystrój i menu w sposób gwarantujący późniejszy nieuchronny sukces…
          tyle, że wyszło „przerobił stryjek siekierkę na kijek”

          brulionman

          5, Luty, 2013 at 12:54 am

  4. eh,, kierwa!

    betko

    5, Luty, 2013 at 1:07 am

    • obniżanie standardu to gastronomiczna bolączka lokalna
      a może nie lokalna lecz PolsKalna..
      eh, nie ma to jak gęsie pipki :D

      brulionman

      5, Luty, 2013 at 1:30 am

  5. „… kudłaty, zarozumiały grubasie…” – padłam, bracie Barcie! :D (a przy okazji – wiesz, że ten tekst hula po fejsie?) :D

    Basia

    5, Luty, 2013 at 1:07 am

    • heh, miło mi, nie wiedziałem :)
      no, niestety, nie znajduję żadnych plusow po tych zmianach i obarczam tym niekompetentnego kierownika remontu… na szczęście siekana łopatka w sosie z zielonym pieprzem wciąż daje radę ale w innym lokalu… jestem też ciekaw jutrzejszej recenzji na streetfoodpolska, zdaje się, że mieli więcej litości :>

      brulionman

      5, Luty, 2013 at 1:34 am

  6. No cóż..winiłabym tutaj najbardziej właściciela lokalu (jeśli rzeczywiście zmiany nie były potrzebne), który zapragnął odmiany i pewnie reklamy w tv i zaprosił do swojego gniazda sztab ludzi, którzy to znowu zrobili mu rewolucję.

    ruda

    5, Luty, 2013 at 10:37 am

    • wg mnie w wystroju i menu nie trzeba było nic zmieniać, mozliwe ze potrzebna byla kampania reklamowa ale to juz z punktu widzenia lojalnego klienta nie jest istotne.
      powiadasz rewolucja… to by sie zgadzalo sądząc po ofiarach ;D

      brulionman

      5, Luty, 2013 at 11:10 am

    • osoba która ma o sobie mniemanie eksperta wymyśla dwie rzeczy które dobitnie świadczą o jej „geniuszu”:
      1. że znajdą się osoby z portfelem gotowym na homara, które zapragną zjeść tego homara w bułce za 110 zł na stole nakrytym ceratą
      2. że znajdą się osoby, które, otrzymując za 20 zł dwugryzowego hamburgera wrócą tam jako zadowoleni klienci
      moje gratulacje, jak się ma więcej sprężyn na głowie niż zwojów w mózgu to można się pobawić w kuchnię domu dla lalek a nie eksperymentować sobie na prawdziwych lokalach, ich klientach i właścicielach.
      „jak nie potrafisz – nie pchaj się na afisz”

      brulionman

      5, Luty, 2013 at 11:20 am

  7. Interesting at least I can read Coca Cola

    beatrix mana

    5, Luty, 2013 at 4:27 pm

    • sorry about that, translating this text is pointless as it’s my critical assessment of my favourite restaurant that got its remake with menu, design and prices, totally crap :( then, on the picture you see one of the oldest groceries at Main Square in Kielce. That’s gone so I intend to save memory of this place, mainly for all our citizens abroad… that’s the story :)

      brulionman

      5, Luty, 2013 at 4:49 pm

  8. dobre… :-)

    John... z tych Johnów

    5, Luty, 2013 at 9:30 pm

  9. domyslny

    6, Luty, 2013 at 4:04 pm

  10. u nas w Łodzi też było kilka słynnych miejsc, gdzie w nieprzyjemnych okolicznościach przyrody dało się kupić na przykład metrową zapiekankę lub takiego hamburgera, że ho ho! To element folkloru: jadanie w miejscach, w których na co dzień byśmy nawet nie sikali. Raz na rok nawet ja się skuszę i nie żałuję ;-)

    Onibe

    6, Luty, 2013 at 8:33 pm

    • było takie miejsce też, że sikało się nie wstając od stołu a w budzie pląsały pijane baby a najbardziej z nich zwrotna, szalenie zalotna, dwukrotnie bijąca wagą większość mężczyzn w diskopolowych rytmach dekoltem tuszowała świadectwo że w dzieciństwie opuszczała fluoryzacje… frytki stamtąd śmierdziały papierosami ale robili wspaniały sos czyniący z przeciętnego kurczaka w jufce doskonałą szamę na pacmana :)

      brulionman

      6, Luty, 2013 at 11:18 pm

      • niech nam żyje śmieciowe jedzenie, albowiem jesteś tym co jesz… albo zając ;-)

        Onibe

        7, Luty, 2013 at 12:27 pm

        • jesteś tym co jesz jeżu :) mam kolegę, który co najmniej raz na miesiąc aplikuje sobie jakieś makabrycznie ostre żarcie, dla zdrowotności, i dobrze na tym wychodzi.
          kurde, jestem śmierdzącym pleśniowym serem, tłuściutkiem kożuchem z mleka, wściekłym psem z milimetrową warstwą tabaskacza, chrupiącym, prawie przypalonym chlebem ze wsi, rzeżuchą, głąbem kapuścianym, orzechem pistacjowym… a Ty kim jesteś?

          brulionman

          7, Luty, 2013 at 1:00 pm

          • ze wstydem przyznaję, że ostatnio jestem kaszą gryczaną ;-). Ale obiecuję poprawę ;-D

            Onibe

            7, Luty, 2013 at 1:02 pm

            • no, to Grycanki masz w familii już, tylko zabdaj by skwarków.. skwarek… zyzoków co by nie zbrakło bo widać że dziewczyny zjeść umio i mogo ;P

              brulionman

              7, Luty, 2013 at 1:09 pm

              • oj nie, przed takimi to się bym bronił i ręcami i nogamy, zbyt niewielkie, zbyt niegodne jest moje mieszkanie, a i lodówka nie tej kategorii wagowej co trzeba ;-)

                Onibe

                7, Luty, 2013 at 1:39 pm

                • fakt, musiałby człek chłodnię mieć i do środka zaprosić (właśnie, czemu zaprosić a nie zaświnić?) ;)

                  brulionman

                  7, Luty, 2013 at 3:17 pm

  11. Z ciekawości odwiedziłam kiedyś restauracje Pani MG w Warszawie. Nie powiem..pięknie, wręcz niebiańsko. Klasa, styl, elegancja..ale niestety dla elit. Nie każdy sobie może na to pozwolić. No ale.. bez wcześniejszej rezerwacji można zwykle tylko postać pod drzwiami:-).

    ruda

    7, Luty, 2013 at 12:18 am

  12. Zobaczyłam zdjęcie Felka i od razu zrobiło mi się sentymentalnie. Ile razy się tam chodziło, odbywało najdziwniejsze rozmowy na tematy wszelakie. Felek, Felek…stare dzieje ;)

    balkanyrudej

    9, Listopad, 2013 at 1:45 pm


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: