Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Archive for Październik 16th, 2011

Beskid Niski sercu bliski czyli na wypad na sześciu kółkach

15 Komentarzy

Proszę do nas nie dzwonić, my zadzwonimy do pana.

Po wypadzie jurajskim, z którego relacja wciąż jest niegotowa bo mi wcięło sanki od skanera, postanowiliśmy powtórzyć rowerowy wypad we wrześniu, takie plany kończą się zazwyczaj skwitowaniem „taaak, musimy się koniecznie zdzwonić” po czym wszyscy są tak mocno zajęci, że plan umiera. Tym razem kroiło się podobnie: życie rodzinne i zawodowe wygrało z potrzebą rowerowego resetu u kilku z nas lecz moje kocury dachowe nie odpuściły i pojechaliśmy.

Pod górkę, wiatr w oczy, deszcz w twarz.

Najpierw nie było czym – zmieściliśmy się w Tomkowego kombiaka; nie było na czym przewieźć bajków – Tomek kupił bałagażnik rowerowy; planowany termin zbiegł się z trudnymi dniami chłopaków – przebukowaliśmy noclegi; nie było miejsc na drugi nocleg – zmieniliśmy Zdynię na Hańczową; miało być zimno – zainwestowaliśmy w ciuchy; zapragnęliśmy wideorelacji – Darek łyknął kamerkę; można by tak bez końca wymieniać reperkusje z którymi przyszło nam się borykać (przeciwności losu którym podołaliśmy – bo przecież nie tylko Betko czyta tego bloga ;P )

W pierwszej osobie liczby mnogiej.

Przeprawiliśmy sie nieprzejezdną drogą z sugerowanym wielokilometrowym objazdem (dzięki tompac!), spaliliśmy pizdyliard kalorii wpychając rowery pieszym szlakiem o nachyleniu bliskim 45°, przejechaliśmy w siodle szlakiem zniszczonym przez kopyta i przeoranym koleinami, nawinęliśmy drogę na koła – ilasta, tłusta, gęsta i lepka maź leśnej drogi okleiła opony tak grubo aż przestały obracać się w ramie a buty wyglądały jak rakiety błotne, z zionącym gorzałką teksasrendżerem bezskutecznie negocjowaliśmy podwózkę dla Darka który na jednym z grzebitów zerwał przerzutkę, skonsumowaliśmy swojski świętokrzyski trunek w towarzystwie chabaniny pieczonej na griloognisku wymieniając sie przy tem doświadczeniami seksualnymi z ciałem pedagogicznym płci żeńskiej ze szkoły średniej, zwiedziliśmy Gorlice i skamieniałe miasto w Południowej Polsce (Ciężkowice), pokonaliśmy deszcz, sen, TIRy i pobocza…

A zaczęło się tak…

Właśnie próbowałem w czyn zamienić myśl o pakowaniu się gdy zadzwonił Kowal – a, no tak, prawie zapomnialem, Drakonidy, zaraz będę – oglądaliśmy wchodzące w atmosferę meteory płucząc gardła zupą chmielową do 4 rano (pobudka o 5.30). Miasto nocą prezentuje wiele propozycji, których nie znajdziecie w żadnym przewodniku – jak np. ociekająca frytkowym tłuszczem, tańcząca w stanie półnieważkości, niewiasta o niekompletnym uzębieniu, śpiewająca biełyje rozy i falująca zalotnie obfitymi kształtami pośród karuzeli z pieczonymi potworami. Kładąc na tacce w kebabie banknot o wyższym nominale można zostać źle zrozumianym i „resztę” otrzymać (a właściwie podać) od kuchni a jak wiadomo – starym pannom nocą jajniki grzechocą :))

Aha, miało być o rowerach :)

Urzędowaliśmy na bicyklach w okolicach dawnego przejścia granicznego w Koniecznej, między Polską a Cygańską krainą Północnej Czechosłowacji, trafiły się nam 3 piękne zjazdy – sześciominutowa bardzo szybka jazda aswaltowa po awarii jednej z maszyn, nieco wolniejszy zjazd z wyprzedzaniem ładowarki obornika zakończony wizytą na prawosławnych uroczystościach i jazdą rowerem z przyczepką do rozwożenia mleka w bańkach i dobry zjazd terenowy zakończony w miejscu do którego parę lat wstecz dotarłem cywilnym osobowym samochodem. Już za bobrzymi żeremiami zajrzeliśmy w dolinkę węglarzy – właśnie robotnicy pakowali ostatni piec na wóz ze złomem, nawet tu można poczuć na plecach oddech Chin.

Smaczki.

Klimat jazdy dolinami i bezdrożami Beskidu to obrazy jakie widziałem w relacjach z Rumunii lub Ukrainy. Pięknie, dziko, bez masztow, zasięgu, ludzi i cywilizacji. Na drodze terenowki albo maluchy. Często jedynym śladem pod ludziach w mijanych miejscowościach są drzewa owocowe, ciężko wyobrazić sobie że 80 lat temu stało tam 90 domostw w których żyło do kupy 500 Rusinów i Polaków a wszystko zniknęło bez bomby atomowej, wystarczyła operacja Wisła i działania UPA. Ognisko z widokiem na grzbiety górskich pasm niknące w rosnącej perspektywie potwierznej nadchodzącego zmierzchu, wszystko popite gorącą herbatką z termosu w ten cudny bezwietrzny, słoneczny dzień…   duchem wciąż tam wracam. Była też przednia zabawa: jabłka + kij = strzelanie bronią organiczną w niebo, prawie jak za małolata gdy „wrzucało się” na dziesiąte. Do tego dojrzałe jeżyny bez cienia kwaśnego smaku – istna ambrozja. Prawdziwe kabanosy z uczciwej, ciemnoczerwonej koniny. A na deser szyneczka od Pani Zosi i sery, z ktorych skręcaliśmy z Arturem i chłopakami jointy smarowane wasabi i sambalem, mleko z automatu i olbrzymie ptysie w Gorlicach. Nieodżałowana ewaporacja zawartości największej znanej mi kolekcji alkoholi którą wkrótce zobaczycie w Teleexpressie.

Uzdrowisko :)

Są w pięknie położonych sanatoriach takie kąpiele zdrowotne w których godzinami bulgoczą stare babki (dodając wlasne bąbelki) aż im skóra zbieleje, rozmięknie i zmarszczy się jeszcze bardziej. Zastanawialiście się co dzieje się później ze zużytą wodą z tych solanek i uzdrawiających kąpieli? My już wiemy – piliśmy z ujęć o pięknych imionach: Anna, Józef, Bolesław…

Fotorelacja

Miałem robić zdjęcia jednorazówką ale BUMSZAKALAKA – pierwszego dnia na zjeździe wypadła mi z plecaka :( Jeśli ktoś znajdzie taki aparat to będę zobowiązany za skontaktowanie się czy podesłanie zdjęć których zdążyłem zrobić może 3-4 sztuki. Tymczasem oto moje skromne pstryknięcia z komórki a wkrótce mam nadzieję będę mógł podlinkować do filmu Darka i zdjęć Tomka. Miłego oglądania!

Zdynia. Dzień pierwszy, szykujemy szpszęty ;)

Po stroooomym wprowadzaniu i trudnym szlaku wreszcie szeroka droga

Porumakowane :(

jeżyny, herbatka, piwko na smaka i umowa że spotykamy się w tym miejscu za 30 lat

wieczór wyborczy

spółdzielnia rękoczynu ludowego czyli co Niemcy robią z zużytymi oponami ;)

design Gorlice, śmy se pozwiedzali gdy dobry człek z Ostrego Koła naprawiał rower Dżiszoka

ten budynek skojarzył się jednoznacznie: ordinary guy :)

gdzieś między Konieczną a schroniskiem którego nazwy nie mogę zapamiętać

tamże

tu Darek poprosił sklepową o rękę... by wsypać jej złote pieniążki za wrzątek ;P

Układ słoneczny - edukacyjna makieta na wsi

przydrożna mapa okolic Zdyni

Beskid. Przestrzeń. Wolność.

kapliczka z okładki poplenerowego albumu CKF

Łemkowskie jabłka (chłopaki narzekali że zalatują trupem)

Jak budowano dziki zachód. Czy wschód raczej.

wsi spokojna, wsi wesoła

Tomak pracujący nad landszaftem (tak po prawdzie to zazdroszczę mu zdjęć)

dosyć tego dobrego panowie, ściągamy narty!

Ognisko, widoki, zajebioza. I wiezione specjalnie w tym celu piwko na trzech.

Dziwne te krowy, zajęły całe pastwisko i ani drgną!

Jedna z kilkunastu okolicznych cerkwi, nawet byliśĶy na mszy i sprawdziliśmy czy dzwon nie zardzewiał ;P

Się gra - się ma. Fragment kolekcji alkoholi Pani Zosi co ją do Teleexpresu zgłosiłem.

Hańczowa, dzień trzeci, skończyła się dobra pogoda.

Najdokładniejsza mapa Beskidu. Audycja zawiera lokowanie produktu.

Inhalacja z podgrzewacza do mineralki.

Dupa Centralna - tu byłem.

Pozdro dla Darka i Tomka, dzikęi za udany wypad, szczególnie dla Tomka że nas cało i w miarę zdrowo przydrajwerował do CK puebla. A pointa? Lackowa czeka! :)

A na deser muzyczna ilustracja wypadu: Bajaga i Instruktori „Verujem ne verujem”

Reklamy
%d blogerów lubi to: