Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Archive for Maj 31st, 2010

Dzień bzzz papierosa

4 Komentarze

Dziś Swiatowy dzień bez szlug więc pozwolę sobie na drobną podróż w czasie. Papierosy były dla mnie za czasów małoletnich rekwizytem dodającym męskości a żem jest z niepalącej rodziny to i wejść w ich posiadanie niełatwo było. Młody człowiek sobie radził jak mógł – włącznie z własną produkcją polegającą na ręcznym zawijaniu wysuszonego siana w świeże „Słowo Ludu” (lubiłem zapach farby drukarskiej i rytuał rozcinania stron) co pozwalało uzyskać grubasa większego niż tzw. „świętokrzyska marchewa” przy którym kubańskie cygara są cienkie jak siknięcie pająka. Flamastrem (nie jestem pewny czy dziś istnieje nadal to słowo) pisało się na tym „Malboro 19%” zjadając jedno „r” z winy samego Marlboro – marka się nie utrwaliła gdyż nigdy nic nie odpowiedzieli na liczne karty pocztowe wysyłane na szeroko rozumiany Zachód o wyrytej na pamięć treści „dear firm, I am realy interested of your products. please send me some labels and pictures. your truly …. ” – i tu drukowanymi adres na pół pocztówki z Mieszkiem I, spokojnie, już do tematu wracam. Gryzący i duszący był to dym i po wyjaraniu jednego takiego „papierosa” za górką przy szkole – odpuściliśmy ale nie całkiem. W szóstej klasie we wnęce poznałem smak Golden Americanów które jarał starszy kolega. Póżniej z różnymi przerwami paliłem lub popalałem, prób rzucenia palenia było wiele jednak zawsze szluga wracała jak bumerang. Do ubiegłego roku.

Nie wnikając w szczegóły: obiecałem Marcinowi, że przestanę palić papierosy a w razie złamania słowa honorowo zadzwonię i przyznam że jestem miękkim hujem zrobion. W sierpniu minie rok i choć zostało jeszcze sporo czasu to wiem, że dam radę.

Dzięki Marcin, pozdrowienia z Kielc!

Marcin Suszko Polska - mój "kurator"

Reklamy

Ucieczka od betonu

leave a comment »

Rower jest lekarstwem na wszystko – można się wyżyć, odstresować, poprawić kondycję, pozwiedzać, uciec od ludzi i betonu. Można się wkręcić, przecisnąć, dotrzeć i zaparkować niemal wszędzie. Traktuję rower jako wynalazek ważniejszy od komputera i gdybym musiał wybrać bez czego żyć do końca moich dni to nie spotkalibyście mnie więcej w sieci. Czym jeszcze jest rower? dla mnie to środek komunikacji niestojący w korkach, sposób na spotkanie z dawno nie widzianym przyjacielem i rozmowę w cztery oczy, środek lokomocji pozwalający rezlizować spontan leżer-pleżer np. nad jeziorem gdzie docieram nawet przy rozrzedzonej krwi leśnymi duktami. Rowerem uczę się pór kwitnięcia i owocowania w przyrodzie, eksploruję miasto, często łączę to z aparatem o ile jazda nie zapowiada się hardkorowa.

Ostatnio właśnie się taka zapowiadała więc aparat nam nie towarzyszył – wypad z Niedźwiedziem we dwóch na szaleństwo. Najpierw kierunek Barcza (nie w paszczu dwatcat ale nad schowany w lesie zbiornik). Wiatr wiał niemiłosierny, jadąc z górki czułem jak zwalniam, mimo to nawet na prostej i podjazdach utrzymywaliśmy niezłe tempo (a raczej tętno heheh). W Wiśniówce pierwszy oddech, frument, czekolada i na Barczę. Budowa tzw. „węzła północ” zagrodziła płotem dostęp do miejsca piknikowego i rezerwatu ale obeszliśmy to jadąc kilkadziesiąt metrów betonowym rowem przy ekspresowce a dalej przeciskając się pod ogrodzeniem jak uciekinierzy z więzienia ;P Chwila wspinaczki, zjazd i jesteśmy nad wodą. Pół godziny później trafiliśmy całkiem offroadowo nad drugie, tym razem węższe i podłużne jeziorko skąd zaatakowaliśmy Północny Wschód starą drogą wycinki drzew. Przymiarka do szlaku – nieeee, za dużo błota, nie tym razem – wybraliśmy alternatywną trasę która skończyła się jeszcze większym błotem. Dalej jechaliśmy już całkiemna przełaj – przez las. Jak to prze las? – normalnie: między drzewami, po gałęziach, przez strumienie, omijając pniaki i co większe kamsztory wystające spod dywanu jesiennych liści. Totalne enduro zakończone znowu jakąś leśną drogą którą nikt normalny nie jechał inaczej niż traktorem. W koleinach błota dojechaliśmy do p-pożarówki a stamtąd do (obecnie już asfaltowej!) drogi do Klonowa. Wróciliśmy bitumicznie do Barczy i zaatakowaliśmy Masłów. Podniosłem siodełk0, złapałem swoje tempo i obficie rosząc trasę potem zacząłem pompować pod górę. Ściana. Napieram, ściana jakby się przesuwa ale pojawia się znowu i kusi: zaklnij siarczyście i zmień przerzutkę na lżejszą – nie, cisnę swoje. Jest tempo, kąt natarcia rośnie, oddech i tętno również, kadencja utrzymana – jadęęęę. Zaliczyłem szczyt nie rozmieniając się na drobne – zachowałem jeszcze jedną zębatkę. Bez treningów to wielka radość. Znowu wiatr tak silny że nie musiałem na zjeździe dotykać hamulców. Wola Kopcowa i Domaszowice umykają nie wiadomo kiedy. Meta – śmierdzący, zmordowany, brudny ale szczęśliwy. Nakręcony bardzo jestem po rowerze – nawet jeśli nie jest to przeprawa błotno-dźunglowa tylko wypad jak choćby ostatnio z Arkiem na pętelkę Gruchawka – Sufraganiec – Dąbrowa albo z Hamerskim: skocznia – telex – piaskownia żeby pierwszy raz w tym roku przekąpać kuper na świeżym powietrzu. A jakie ulice człowiek poznaje na rowerze: Garbarska, Dolna, Plażowa, Karczunek, Piaski nad rzeką, Łanowa, Kaczowa…  czasem nie jestem pewny do której gminy należą :)

Jedno tylko mnie martwi – z czasem coraz więcej miejsc na Wietrzni wydaje się możliwych do pokonania…

Pozdrower!

Written by brulionman

31, Maj, 2010 at 11:00 am

%d blogerów lubi to: