Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Archive for Grudzień 2009

Testowe z Ulcynej Exakty

10 Komentarzy

Aparat: Exakta Varex IIa, Carl Zeiss 50mm f2.0, film: noname

Uwagi: 10 najbardziej udanych z naswietlanych prawie w calosci „na oko”, niekadrowane, kolory zarejestrowane jak w oryginale na filmie. Testowe zdjecia dla sprawdzenia szczelnosci puchy, po naswietleniu kilku klatek aparat otwierany w ciemni przy zwyklej czerwonej zarowce zeby sprawdzic czulosc bo zapomnialem a okienka nie bylo, teraz wybralbym inna opcje – naswietlal na 200 liczac na tolerancje +/- 1EV bo w koncu jakiez mogloby byc ISO nonejma jesli nie 100-400…  Za tajemnicze bliki obwiniam puche, ktora mimo ze jest cacuszkiem i wyglada jak Leica dla ubogich, to jednak w ostrym sloncu wpuszcza ktoredys swietlo wiec dolaczy do szeregu analogowych półkowników Gen. Ulsona.

Reklamy

Written by brulionman

10, Grudzień, 2009 at 3:32 am

Cztery pory blogu

with one comment

Filmowo. Nie od teraz mam tak ze wczuwam sie w film maksymalnie a co za tym idzie – czesto sie wzruszam ale na kreskowkach to jest naprawde zenujace, tyle o sobie a teraz o filmach. 9 – taki sobie, troche przypominal mi etiude sprzed kilkunastu lat Mr Resistor. Niezly jest zbierajacy nagrody Rewers czyli syndrom „turnus mija a ja niczyja” polaczony z dulszczyzna a utrzymany w klimacie czarnobialego kina amerykanskiego by nie rzec ze wprost Casablanki i choc gra tam istny Humphrey Bogart rodzimego chowu, to jednak przycmiewa go Agata Buzek – kobieta o urodzie nienachalnej niczym Maria Kwaczynska. Moon – dlugi, nudnawy i nijaki, nie zostawia po sobie nawet ulamka tego co Solaris aczkolwiek koncowka rozmowy z corka wsadzila moja reke w nocnik i to bylo mocne.

Sieciowo. Uklony dla adminow ktorzy nie chca sie przemeczac czytajac a jednoczesnie sa zobligowani do wstawienia ilustam postow komercyjnych z opiniami tzw „ekspertow branzowych” i nie szkodzi ze odpowiedz taka ma sie jak piesc do nosa, grunt to wyrobic miesieczna norme ;P Np. koles na forum rowerowym pyta jak chronic rodzinne klejnoty gdy w trakcie skoku juz widac ze nie wyladuje sie zgodnie z planem a Pandamin wstawia pierwszy odpowiedz eksperta „w tym przypadku smialo moge polecic serwis w Al. Jana Pawla – zawsze fachowo obsluza”, kto nie wierzy: do lektury.

Medialnie. Nie zdradze o czym jest ten filmik lecz to juz drugi znany mi przyklad kraju, ktory stara sie kreatywnie przedstawic niepopularna postawe.

Socjalnie. Nie dalej jak tydzien temu naprawiono wreszcie winde o ktorej pisalem, co ciekawe, Osrodek Informacji Osob Niepelnosprawnych przez 2 miesiace nie raczyl wbrew swej nazwie podac informacji JAKI podmiot odpowiedzialny jest za utrzymanie/konserwacje tego obiektu mimo kilkakrotnych prosb droga mailowa – kolejna instytuacja uwazajaca ze nos jest dla tabakiery a nie odwrotnie. Grunt ze po tylu miesiacach winde naprawiono. Stalo sie to chyba z okazji niedawno obchodzonego Miedzynarodowego Dnia Inwalidy ktory najpelniej komentuje postawa Nicka Vujicicia ktory smialo moze motywowac tzw. pelnosprawnych.

A tu cos nie na jesienne wieczory ale na kilkanascie minut czytania reportu ktory jako slowo pisane dorownuje sila razenia „Dzieciom z Leningradzkiego”.

W piatek trzynastego

4 Komentarze

widok ze skoczni w Tumlinie

widok ze skoczni narciarskiej w Tumlinie

W piatek trzynastego liśćopada, niezbyt wczesnym rankiem razem z Niedzwiedziem opuscilismy CK. Odwiedzilismy na wsi sklep, w ktorym nasze sniadaniowe zakupy zwiekszyly dzienny obrot o 40% ;) i ruszylismy na piesza petelke bazujac na czerwonym szlaku Massalskiego. W miejscowosci Tumlin-Wegle odnalezlismy droge do kopalni prowadzaca zarazem w dwa inne, ciekawe miejsca. Pierwszym jest skocznia, z ktorej widok rozpoczal te relacje a pozostalosci owej konstrukcji wygladaja nastepujaco:

wejscie na stara skocznie

Tumlin - wejscie na stara skocznie

Jak powyzsze zdjecie dowodzi – w razie napotkania niedzwiedzia w lesie ucieczka nie tylko na drzewo ale nawet na skocznie narciarska o nadgnitych i oslizglych szczeblach – jest bezcelowa ;) Stad udalismy sie w drugie warte uwagi miejsce – do sasiadujacej ze skocznia kaplicy na kamiennych kregach Gory Grodowej, niesamowicie polozonej na skarpie olbrzymich blokow skalnych.

kaplica na Gorze Grodowej, Tumlin

kaplica na Gorze Grodowej, Tumlin

W czasach poganskich (akurat nie chodzi o PRL) byl tu jeden z wazniejszych osrodkow kultu a miejsce to sluzylo rowniez komunikacji (znaki przekazywane rozpalaniem ognisk na szczytach, Tolkien tego z palca nie wyssal) z innymi poganskimi kopcami – chocby z Łyścem w Świętogórach lub znajdujaca sie nieopodal Gora Dobrzeszowska. Szybkie omowienie miejscowki pod katem nagrywania 11 edycji New World Disorder w Gorach Swietokrzyskich ;) i podazamy szlakiem na Zachod.

rezerwat Kamienne kregi

rezerwat Kamienne kregi

Ogolnie to nieco abstrakcyjna ta miejscowka jest bo z rezerwatem przyrody sasiaduje kopalnia czy kamieniolom oraz wspomniane kaplica i skocznia narciarska lecz my nie przejmujac sie gestniejacymi oparami absurdu i mgly, wziawszy sobie do serca nazwe rezerwatu, odnalezlismy poganski skarb. Wielu ludzi patrzy lecz nie widzi jaki to skarb mijaja doslownie kilka metrow od szlaku:

najmniejszy pojedynczy kamienny krag

oto pojedynczy napotkany sławetny "kamienny krag" ktory prawdopodobnie nigdy wczensiej nie zostal utrwalony na zdjeciu.

Aby uchronic mieszkancow wsi przed inwazja turystow po opublikowaniu tego unikalnego odkrycia, zatrzymamy w tajemnicy nazwe miejscowosci. Kamienny krag zamaskowany jest resztkami niedokonczonej budowli i przykryty dla niepoznaki dachem osinobusa lecz prawdziwego odkrywcy nic nie jest w stanie wyprowadzic w pole :)

Po wyjsciu z lasu i przecieciu drogi  z Tumlina do gieldy samochodowej mijamy dluuuugi barak strzezony przez niestrzyzone psy. Zaraz za zabudowaniami po lewej stronie jest tor do dirta jednak przejscie przez lake okazlo sie wielkim afrontem wobec jej wlascicieli a robienie zdjec toru bedacego juz na innej posesji rozsierdzilo ich do tego stopnia ze chcieli wzywac policje.

tor do dirta, Wykien

Jesli ktos ma tyle pary, ze dokreca miedzy hopami na tyle skutecznie by na kazdej wyskoczyc to nalezy sie mu gleboki szacun :)

Obawiajac sie, ze trafimy na panow, dla ktorych taka interwencja jest jedyna atrakcja koszmarnie nudnej sluzby i nie chcac spedzic najblizszych dwoch godzin w komisariacie zamiast na szlaku – oddalilismy sie odwzajemniajac pozdrowienia. Wykien zostal za nami i zaczal sie las. Las w czasie mzawki, zwlaszcza kilkudniowej, nie obfituje w nadmiar suchego drwa. Wlasciwie kazde, nawet suche (w sensie uschniete) drewno jest mokre. Nie majac takich umiejetnosci survivalowych jak Dzony, rozpalilismy ogien z uzyciem kserokopii mapy, swiezych igiel i suchej kory brzozy zeskrobanej scyzorykiem ktory wiele przeszedl :) Kielbasa, musztarda, bulka i frument – po tak luksusowym sniadaniu poturlilismy sie pod gorke a szlak wiedzie tu tak stromo ze nawet slady jakiegos zapalenca ktory quadem atakowal zawracaly w pewnym miejscu. Tu zaczyna sie piekny las.

las w okolicach Miedzianej Gory

las w okolicach Miedzianej Gory

czerwony szlak Goloszyce - Kuzniaki

czerwony szlak Goloszyce - Kuzniaki

Fotoapdejt: lekko zamglona lesna panoramka (powered by Duch)

Jednak nawet najpiekniejszy las kiedys sie konczy i nie inaczej bylo tym razem, w poblizu lesnego odcinka duzej petli toru wyscigowego „Kielce” przecielismy wylotowke z Kielc w kierunku Lodzi. Nie moglem pominac graffiti na wsi.

myszy na wsi z dedykacja :)

Wbitka w lewo, kawalek pod linia lasu i hyc szlakiem w gore. A tu nad glowami taka hopa ze hej!

lesna hopa przy torze w "miedziance"

hardkorowa hopa ponad szlakiem

Ja rozumiem, wybicie z dropa ok 4m nad ziemia, przelot ponad lesna droga ale ladowania polaczonego ze slalomem miedzy drzewami juz sobie nie umiem wyobrazic :) Ludzie to nie wiedza jakie sily drzemia w lesie :P Bardzo pozytywnie mnie nastraja spotykanie takich budowli bo znaczy to ze rosnie pozytywnie zakrecone pokolenie, kadra ktora na zawodach zje konkurencje. Nie na konsoli ale w realu! Wielka piona, yo! Dalej napieramy do polanki, szlak chyba gora pobiegl a my dolem.

Z.M.N.R.P.

Z.M.N.R.P. (c) Pikolo RIP

Chwile pozniej, na skraju lasu rozstalismy sie ze szlakiem skrecajac w prawo. Mija sie zawalone pod ciezarem sniegu chalupy i przecina rzeczke, gdzies na wprost, przy lepszej widocznosci moze majaczy wielki Mur oporowy Staszica… Jednak nie tym razem, za ujeciem wody odbijamy ponownie w prawo, sprawdzamy czy odkryty, szeroki downhill ktory zaliczylismy kilka lat temu (chyba na G. Perzowej) jest obecnie pokryty asfaltem i niestety przypuszczenia te sie sprawdzaja.

Niedzwiedz to nie miś! ;)

Za p. Brunatniakiem widac droge, ktora wiedzie do gieldy. Stamtad ulica przez Wykien i pozniej duktem pod linia lasu wrocilismy do Michalowego bolidu. Dobry wypad byl to i nawet SE zdjecia po drodze cyknalem jak widac, dzieki Dzwiedziu!

A wkrotce bo 13 grudnia, zapowiadany od tygodni, rajd z Cminska do Miedzianej Gory. thnx za cynk Pinior!

Gdy wieje, leje, duje, dżdży, siąpi, kropi albo pada…

4 Komentarze

Drugi lutego roku pańskiego dwa tysiące ósmego, godzina szósta.
Karlos wracając z lotniska zahacza o Finglas, jem przyspieszone śniadanie i już o 8 jadziem drogą R115 przez Góry Wicklow. W oko wpada nam góra, którą mijaliśmy wiele razy a do głowy spontan “a jakby tak wejść tam?”, nie jest imponująco wysoka ale zaczyna stromieć nagle niczym Fiat Multipla.

Pięć minut później zostawiamy piękną perłoworóżową korsę u podnóża naszego celu i zaczynamy marsz pod górę, na przełaj. Cały teren to wykarczowany kiedyś lub wiatrem połamany las z którego pozostały drobniejsze nadpalone gałęzie jakby ktoś wypalał tu trawę (i pewnie jeszcze nie raz będzie to robić gdyż Wicklow to dobre miejsce na wypalenie trawy hhehe!). Nie pada deszcz (jeszcze) ale wieje i to mocno, nie ma żadnej ścieżki, szlaku zero, jedyne zauważalne ślady mówią o obecności kozic i o tym że nie chodzą one głodne.

płaski czerep Karikszoka

spozieramy telefonopstrykaczem na Północny Wschód

i w stronę kontynentu…

Szczyt okazuje się dość płaski, dużo na nim wielkich, gladkich, prawie równych z ziemią głazów, całe pojezierze kałuż, na dodatek dmie bardzo silny wiatr, wzmagający się raptownie i gasnacy, szacujac wg sprawdzonego wzoru „π x drzwi”, jakieś 520-850km/h. Naprawdę ciężko iść, często miejsce w którym stawiasz stopę różni się od tego w którym planowałeś ją postawić o kilkanaście centymentow. Wiatr jest tak silny, że trudno zrobić jakiekolwiek zdjęcia, ciężko ustać w miejscu w ogóle choć daleko mi do postury Małysza.

Carrigshouk peak

Carrigshouk 571m n.p.m. – wieeeeeejeeeeeeee!!!!!

Karlos na szczycie Carrigshouk, w oddali Military Road „droga dolara*” (i do Wodospadu Glenmacnass) /  *droga do Laragh/

Nadszedł czas próby: trzeba odcedzić kartofle, pozycja niczym gitarzysta Limp Bizkit podczas ulubionego riffu tzn. silny wykrok jedną nogą w przod, druga w tył, kto wymyślił te cholerne guziki…   pozycja lipna, mimo że stałem “z wiatrem” zawirowania powietrza niosą złote krople wirując dookoła niczym trąba powietrzna. Pomaga dopiero przyklęknięcie z silnym wykrokiem jedna nogą w przód pozawalające na kontakt Wacława z trawą…

W końcu schodzimy najstromszym bokiem góry porośniętym uschniętymi paprociami, niżej teren jest śliski i zdradliwy niczym uśmiechnięte twarze pracowników prowidenta, gałęzie załamują się pod ciężarem kroku i noga wpada pomiedzy skaly lub w niecki z wodą.

termometr oszalał ale pogoda na zewnatrz wcale nie zachęcała do wedrówki

9.15 siedzimy już w carlosowym vauxhallu, zaczyna się mżawka ale ruszamy do Glendalough, pogoda tak podła że nawet parking podniósł szlaban i wpuszcza za free. Startujemy białym szlakiem prowadzącym do dawnej osady gornikow (przeciwnie do ruchu wskazówek zegara) i dalej do wodospadu (choć zdaje się że w ciągu wszystkich sześciu dni bez deszczu w Irlandii może on być niezauważalnym strumykiem), lajcik tylko coraz bardziej leje deszcz.

droga wzdłuż wyższego z jezior Glendalough

Nie odczuwamy tego dopóki chroni nas las iglasty, póżniej na otwartej przestrzeni okazuje sie że pada naprawdę solidnie ale i niewąsko wieje. Z wioski pozostały ruiny kilku budynków, dwa kopce zmielonego surowca i szczątki jakiejś maszyny, napieramy dalej w kierunku wodospadu. Cały czas leje, strumień górski grzmi w napotkane głazy raz po raz tak ze woda jest spieniona na każdym odcinku a dodatkowo wiatr targa jej grzywę na boki.

Glendalough – ruiny osady górniczej

szczątki z czasów świetności wioski

Trawersującym szlakiem podchodzimy coraz wyżej ale sprzęt nas zawodzi a konkretnie buty i spodnie które przemokły aż po klejnoty, odwrót, tym razem zimne szpilki deszczu wbijają się w twarz, nie jest miło, daszek czapki osłania częściowo twarz, trochę pomagam sobie kołnierzem, brak rękawiczek też daje się we znaki.

wchodziliśmy mając wiatr i deszcz w plecy, schodzenie okazało się zdecydowanie mniej przyjemne…

zmoknięte cojones to sygnał do odwrotu – luty 2008 to był plan zapuszczenia dredów Kazikopodobnych

Jakiś czas później parking i gorąca herbata z termosu, a za kolejne 5 min wystawialiśmy kontrafałdy w stronę ognia z kominka w miejscowym barze oczekując na gorącą, gęstą, kremową zupę wielowarzywną. Jeszcze mały rekonesans kilka dolin dalej pod kątem następnego wypadu, pasuje, spadamy do domu. Zamrznieci, zmoczeni i z… uśmiechnięci :)

Naukę wtedy wyciągnąłem ważną – nieprzemakalna kurtka chroni Cię powyżej pasa więc jeęli nie masz odpowiednich spodni – deszcz płynie na nogi i przez material spodni dostaje sie zarówno do butow jak i do jąder a wtedy odechciewa się gdziekolwiek chodzić.

Jest w Glendalough schronisko An Oige więc warto rozważyć je planując bardziej udany niż nasz wypad. Wpomniany rejon znajduje się na 56 mapie OSI i przy nawet przeciętnej pogodzie okolice Glendalough są zasypane turystami więc spacer do górniczej wioski raczej przypomina pielgrzymkę lub wejście na Morskie Oko w lipcu.

Dopisek z Polski: Pozdrowienia dla wszystkich dreptaczy, mam gula za każdą miejscówkę w Wicklow na którą miałem smaka lecz brakło czasu, kasy, chęci, determinacji… więc chodźcie póki tam jesteście. Bardzo żałuję że nie zrobiliśmy dużego odcinka Wicklow Way który planowaliśmy logistycznie ogarnąć rozrzucając w odpowiednich odcinkach szlaku konserwy i wodę, które chcieliśmy zamaskować by w kolejny weekend przespacerować się z „o tyle lżejszymi” plecakami. Coż, było-minęło.

Specjalne pozdro dla Ciebie, Karlos, stary wilku! Po ostatnich zdjęciach z chmur widzę że wciąż całkiem nieźle drepczesz :)

%d blogerów lubi to: