Brulionman

o fazach ksiezyca, ruchach tektonicznych plyt w Ameryce Lacinskiej, o inseminacji owiec, o pomniku w ksztalcie wielkiej pochwy przy glownym skrzyzowaniu w Rzeszowie, o zapadaniu w katatonie, o ukladach scalonych, o MySQLu, o propagacji w pasmie dwumetrowym, o powstaniu Nikaragui, o petli histerezy – nie jest to blog. / trying-to-be bilingual (English) blog

Hancock nadal ostro Herbie

with 5 comments

Achy i ochy.
Wczoraj Herbie Hancock ze swa piecioosobowa swita zagral najlepszy koncert na jakim kiedykolwiek bylem. Po pierwsze: sekstet wirtuozow rozpoczal gre bezposrednio gdy bramkarze wpuscili cala kolejke do srodka. Po wtore: Herbislaw prowadzil z publicznoscia dialog jak dobry konferansjer a nie realizujacy program showman niebaczacy na nastroj i kumacje danej mu publiki. Po bure: dostalem wielka porcje pieciogwiazdkowego jazzu i funku plynacego od ciezkich i trudnych jazzowych improwizacji, przez wyciszony, solowy numer mistrza na fortepianie az do wyrywajacego klepki z podlog i mozgow dynamitu Cantaloupe Island.

Po g-dure: Instrumenty na scenie graly a nie tylko byly trzymane. I jak juz przy tym jestesmy. Sa momenty gdy gra jedynie 3 z 6 znajdujacych sie na scenie muzykow, podobalo mi sie ze chwilowo bierni muzycy byli po prostu na scenie i przezywali muzyke zamiast pajacowac skaczac jak malpa i udajac ze gra sie na flecie podczas gdy tenze w ogole nie wystepuje w danym utworze. Takie cyrki zostawmy karnawalowi w Ryjo i Eryce Badu.

Po szejset dwujeste: Gregoire Maret grajacy na harmonijce ustnej otworzyl moje uszy na ow instrument, ktoren dotychczas jawil mi sie jako nieciekawy a wczoraj gdy uslyszolek Szwajcara tnacego nim powietrze niczym ser – zmienilem swa niewdzieczna o nim opinie i to diametralnie. Korespondowal z szalejacym na syntezatorze Herbie’m rzucajac dzwiekami niczym skreczami. Z reszta czadu dawali wszyscy – Herbie podskakujac przy forteklapie chwilami wyzej niz rozorgazmowani Japonczycy na szopenowskim konkursie, Terence Blanchard ktory dal w trabke az para wodna strzelala fontannami w gore, James Genus grubo szyjacy na basie i kontrabasie, oraz Lionel Loueke, ktory dodatkowo, w przerwie dla zespolu grzal publike serwujac gitare i glos swoj egzotyczny. Calosc okraszal perkusista Kendrick Scott ktory w bialej koszuli pod sledziem wyczynial cuda na bebnach wariujac jak kierowca autobusu, ktory przy 120km/h wpada w kocie lby na dodatek majac atak padaczki :) Wygladalo komicznie nieco ale brzmialo to zacnie.

Cos nowego.
Pierwszy raz trafil mi sie koncert w ktorym odbiorcy szanowali wzajemnie swe sposoby interpretowania tej muzyki, srednia wieku byla grubo po czterdziestce, bylo kameralnie i kazdy mogl bujac sie dzierzac swa ciecz spozywcza, kto chcial – robil zdjecia a zapal z jakim poprosilismy o bis mogl zaskoczyc nawet artystow.

Caly ten jad.
A te wszystkie wycieczki w tekscie nie sa bez powodu, po prostu mialem wreszcie porownanie miedzy artysta i Artysta. Pol roku temu Erykah Badu pelnej sali ludzi kazala czekac na swoj wystep godzine i czterdziesci minut po czym nie uslyszalem ani slowa przeprosin za ten brak szacunku. To ja place niemale w koncu pieniadze (ponad €50) i jestem jednym z wielu jej chlebodawcow ale patrzac na przypadkowosc z jaka trafiali tam ludzie to mogl byc rownie dobrze Phil Collins co jednak nie tlumaczy ignorancji pani Badu.

Rozchodzi sie jednak o to, zeby te plusy…
Jako potomek Piasta Kolodzieja chcialem tu wyrazic podziw dla licznej rzeszy autochtonow ktorzy potrafia w tej samej kurtce na grzbiecie zniesc chlod listopadowej nocy jak i wytrzymac duchote na sali. To fenomen, ja w bluzie na ulicy spicnialem, w Tripodzie (bez bluzy) lalo sie ze mnie wiec zazdrosc swa wobec elastycznocieplnych Irlandczykow wyrazam. Pierwszy minus koncertu – ogranizator wlaczyl klime dopiero po trzecim numerze gdy wszyscy juz wiedzieli po co maja rowek na plecach. Drugi minus slyszelismy w trakcie nastrojowego utworu Herbiego a byly to niechciane dzwieki otwieranego piwa, stukotu lodu i szkla z baru znajdujaceg sie z tylu sali. Dobrze ze nikt nie zamowil szampana.

Ogolnie jestem bardzo zadowolony, ostatnio takie szczescie mnie przepelnialo po wyjsciu z premiery Sin City :)

Odpowiedzi: 5

Subscribe to comments with RSS.

  1. szczęściarz…

    zazdroszczę jak diabli… ja o wielkich koncertach jezzowych dowiaduję sie po fakcie
    – ale było zajebiście… stary żałuj, itd.

    chyba zacznę trochę dogłębniej śledzić życie kulturalne kielc i radomia :-)

    John... z tych Johnów

    17, Listopad, 2008 at 8:22 am

  2. no to Johny Cie zaskocze, tym razem dowiadujesz sie nie PO a PRZED faktem, masz dwa tygodnie, szukaj biletow, organizuj sprzedaz Mlodego dziadkom, bierz malzowine i jedzta w sina dal.

    11.30.2008 Sukesuab Centre of Culture Katowice, Poland

    12.01.2008 Philarmonic Warsaw, Poland

    12.02.2008 Arena Hall Poznan, Poland

    :D Nie ma za co ;P

    brulionman

    17, Listopad, 2008 at 10:45 am

  3. oooo… miło :-)

    John... z tych Johnów

    18, Listopad, 2008 at 11:22 am

  4. Przesada. O ile Hancock to zdolny muzyk potrafiacy grac na wiele sposobow, to koncert w Arenie byl wyjatkowo sterylny i ascetyczny. Przy takich okazjach mam wrazenie, ze muzyk improwizujac moze sprzedac wszystko – wrecz przedmuchiwac rure- a wielce snobistyczno-zafascynowany fan jazzu (wszyscy ci ktorzy klepia o braku akceptacji swej muzyki ,a sami wykazuja sie zlozonym objawem nietolerancji i klapkami na oczach) lyknie to jak pelikan. Momentami kompletny belkot i meczenie buly. Jeszcze na zadnym koncercie nie widzialem aby ludzie tak hurtowo wstawali z krzesel i wychodzili. Jestem szalenie tolerancyjny, ale artystyczna masturbacja jest poza moimi granicami. Najlepiej bawilem sie podczas przemowien Hancocka, ktore byly naprawde zabawne oraz podczas solowki afrykanskiego muzyka. Mimo to gdy ktos pisze o wyrywaniu klepek z podlog, to rece mi opadaja.

    Wezyr

    3, Grudzień, 2008 at 2:34 am

  5. Nie bede klamal, ze jestem jakims wielkim fanem HH, poszedlem na koncert znajac zaledwie rozslawiony przez US3 „Cantaloupe Island” i odsluchujac kilku kawalkow w sieci, ktore zrobily na mnie dobre wrazenie. Ale podczas calego koncertu byl jeden – dwa momenty gdy muzyka byla niestrawna tzn ze nie „czulem jej” ale moglem zaakceptowac. Zdecydowana zas wiekszosc to byly numery ktore mnie ruszyly a kilkakrotnie zagadaly tak, ze wrecz tanczylem lub skakalem. Odpowiedz na domyslnie zadane pytanie brzmi: nie, bylem trzezwy :)

    Szkoda jesli w Poznaniu nie bylo takiej energii jak w Dublinie. Swoja droga to zamozni ludzie, ktorzy wydajac sporo na wejscie potrafia wyjsc z koncertu. Koneserzy lub pomylili Herbatnika z kims innym kupujac bilet :>

    brulionman

    4, Grudzień, 2008 at 12:44 am


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: