Archiwum kategorii ‘relacja / report’
Krywan 2009
W ostatnie wakacje udalo mi sie po kilku latach grubej przerwy zaatakowac Tatry w dobrej ekipie i to pierwszy raz po slowackiej stronie. W piatek wieczorem dotarlismy do Zakopca, w sobote rano wyjechalismy do Strbskiego Plesa, zostawilismy na parkingu bolid i ruszylismy na starcie z niemal dwuipolkilometrowa gora. Tamtejsze drogowskazy nader optymistycznie podaja czas wejscia na Krywan ok 3,5 godz podczas gdy nam srednim tempem zajelo to 5h (w tym ok 1h przystankow), pol biedy rano ale ktos moze po poludniu policzyc ze zdazy za widna a tu dupa jak mawiaja ludzie prosci.

krotki stop na podejsciu

na szlaku przewaga slowackiego i polskiego, inne jezyki europejskie znacznie rzadziej

dolem biegnie trasa Poprad - Liptovski Mikulasz

idac szlakiem mijamy kilka jeziorek

RAZCESTIE V KRIVANSKOM ZLABE 2120m

tres deliquentes
W wielkim skrocie: dotarlismy na szczyt, Tomek rozczestowal ile mogl prowiantu by zmniejszyc wage plecora, Szavka spotkal kolege z ekonomika a Dzwiedz… musial zwalniac tempo zebysmy mogli go dogonic :) Droga jest dluga acz latwa, dopiero ostatnie kilkadziesiat minut to wspinanie sie pomiedzy glazami. Ale nawet tu minalem goscia z dzieckiem w nosidelku (!) i wielu ludzi z ok. dzisieciolatkami na wlasnych nogach czyli albo nie jest tam trudno i ja przesadzam albo byli to gorale urodzeni na polce skalnej, ktorych pierwszym slowem bylo “kozica”. Na samym szczycie niestety byly chmury, wilgotno, kilkanascie stopni Celsjusza zimniej niz na szlaku i wiatr. Pejzaz odslanial sie tylko malymi szparami na kilka sekund. Do zdjecia przy krzyzu zwykle pozowalo kilka obcych osob na raz ustawiajac sie w roznych kierunkach, oblezenie jak na Giewoncie.

Krywan 2009

Ahoj! :)
Slowacy sa narodem goscinnym, chcialem tylko zapozowac do foty przy jakiejs pamiatkowej tablicy a skonczylo sie na toascie hruszkowica “za kamractwo polsko slowenskie”, dzieki! :D Zejscie obciaza kolana i jest nudne, dobrze wtedy znalezc sobie jakas motywacje, np. nasze poludniowe sasiadki, ktore bardzo lubia w gory chodzic w szortach i za taka seksowna marchewka osiolkom znosniej mija droga powrotna :)

polnocna strona Krywania

kilkusekundowa odslona polskich szczytow Tatr
Dobra panorame Tatr widzianych z Krywania mozna zobaczyc TUTAJ.
Szengen zlikwidowalo przejscia ale i sklepy wiec bez przystankow napieramy do Zakopciucha. Prysznic, Krupowki, szama i popijawa dla uczczenia krywanskiego szczytowania, dywagacje o synchronizowaniu sie cyklow razem pracujacych kobiet :), smiale plany na niedziele, kima. Jakos wstalismy ale tego dnia zrobilismy juz tylko kilkugodzinna traske prostymi szlakami po polskiej stronie w tempie wycieczki geriatrycznej: komus pekly odciski, komus wysiadlo kolano, ktos zatarl kule, tylko Niedzwiedz okazal sie niezniszczalny.

sniadanie wtulilismy dopiero na szlaku, przyjemna sprawa

nie ma dojazdu samochodem, brak zasiegu, zyc nie umierac :)

yyy.. tego, no... dzieki za wypad chopacy!
Lekcje z WF-u trzeba odrabiac regularnie, inaczej 2 dni po wyprawie uda i kolana daja znac o sobie. Pozdro dla wszystkich tatrzanskich laziorow!
Historia z kanarem i milicyjo czyli wspolczesny “bareizm”.
Jak sie juz pochwalic zdazylem bylismy na Pomorzu i bylo fajosko ale niestety trzeba bylo wrocic do domu. Kupilismy wiec bilety na pociag pospieszny Szczecin – Klerykow, oczywiscie na klase druga. Trzeba bylo zachowac czujnosc bo tylko 4 ostatnie wagony jechaly do Kielc i w jednym z nich wlasnie udalo mi sie znalezc pusty przedzial, klasa druga, dla niepalacych. Bagaze na gore i kimono. Z tego blogostanu wyrwal nas glowny bohater tej opowiesci, sprawdzajacy bilety pracownik PKP z indentyfikatorem o numerze 77578 zwany dalej konduktorem a przedstawiony na ponizszym zdjeciu.

nieznany mi z imienia ni z nazwiska konduktor PKP wzywajacy Policje
Po otrzymaniu biletow zazadal okazania doplaty do klasy pierwszej pomimo iz jechalismy w klasie drugiej – oznaczenia klasy widnialy przy wejsciu do kazdego przedzialu, na szybach drzwi zamykajacych korytarz i na zewnatrz wagonu – wszedzie “2″.

konduktor obok znaczka klasy wagonu i przedzialu

oficjalne oznakowanie klasy wagonu PKP
Pan konduktor jednak nie jest tepy i dobrze widzi co ma zapisane w swoim kapowniku – klasa pierwsza. Mysle sobie: czeski film, pewnie ukryta kamera ale brne dalej pytajac gdzie jest oznaczenie ze to klasa pierwsza bo ja widze same dwojki. I tu mialem dejavu – kto ogladal jak szatniarz w barejowym “Misiu” pokazuje napis ukryty za drzwiami ten wie jak ten trick dziala: drzwi trzymane sa w pozycji otwartej by nie przeszkadzaly podroznym a widok jest jak powyzej, z reszta dwojki sa namalowane na zewnatrz wagonu i przy wejsciu do kazdego przedzialu.
Szczeka mi opadla gdy zobaczylem oznakowanie ktore konduktor przedstawil mi jako klase pierwsza…

I to jest wlasnie wg oficjalnych oznaczen PKP pierwsza klasa jakby ktos nie wiedzial.
Na bialej kartce, bez jakiejkolwiek pieczatki czy podpisu, brazowa kredka ktos namalowal “1 KL” co traktowac nalezaloby jako zart dowcipnych podroznych ale nasz pan konduktor nie mial watpliwosci – to JEST pierwsza klasa. Jest godzina 3.30, jestemy gdzies za Koninem, wagon ma oznakowanie zrobione przez bratanice klozetbabci, ale, poniewaz jestem czlowiekiem ugodowym :D zaproponowalem ze w skutek zaistnialej pomylki opuscimy rzekoma pierwsza klase i sie przesiadziemy do trzeciej to znaczy drugiej. Tu konduktor eksplodowal radoscia ubeka bo ZLAPAL NAS i teraz to za pozno, nie ma doplaty, nie ma przesiadania sie za to bedzie mandat po 300zl od osoby…
No i przebrala sie miarka (prosze zwrocic uwage ze nie uzywam tu slow niecenzuralnych, podobnie bylo w pociagu choc wiele mnie to kosztowalo), odmowilem przyjecia mandatu, pan konduktor zadzwonil po policje “jedzie pierwsza klasa, bilet ma na druga, nie ma doplaty i mowi ze nie zaplaci mandatu”, zrobilem dla udokumentowania tej szopki powyzsze zdjecia bo przeciez nikt normalny by mi pozniej nie uwierzyl. Tu konduktor utoczyl nieco piany z ust o nieznanych dotad zakazach fotografowania i ze juz ja zobacze co on z tym zrobi. Okolo 4 rano na dworzec w Kutnie dotarlo dwoch funkcjonariuszy Policji. Zobaczyli “dwojke” na wagonie i lekko sie zmieszali. Zaprosilem ich do srodka i pokazalem pozostale dwojki i te sliczna brazowa jedyneczke… Przemilcze co powiedzieli panu konduktorowi bo tez bym sie zdenerwowal gdyby ktos w srodku nocy wyrwal mnie z dyzurki bez dania racji. Nie chcieli ode mnie dokumentow, przeprosili za zamieszanie, oddali nam bilety i kazali wracac do przedzialu. Konduktor chyba wsadzil sobie mandat tam gdzie mu kazali bo poczerwienial na licu, zamilkl i wysiadl z pociagu bez slowa, chociaz przez niego pociag stal godzine w Kutnie a pozniej, jako opozniony, musial przepuszczac wszystkie rejsowe niespoznione pociagi. Nastepne druzyny konduktorskie tez przebakiwaly ze to jedynka ale juz nie mialy ochoty wzywac policjantow ani sokistow.
Jesli napisze sobie kredka na czole “jestem koniem” to uwierzy w to tylko osiol, nie? Ale jak mnie ktos spyta “jak minela podroz?”, odpowiem “naprawde, PIERWSZA KLASA!“
BF Memorial 2009
W lipcu na Bazie Zbozowej odbyla sie kolejna edycja imprezy laczacej ludzi hip-hopu, poswiecona pamieci Wemblay’a – Memorial Book Forever. Na hali z kanalami do naprawy milicyjnych nysek odbyly sie taneczne bitwy pod DJ’a plus power zywej perki a na zewnatrz tlil sie w upale graffiti jam. Impreza o jakiej w ‘95 nie mozna bylo nawet pomarzyc.

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland

BF Memorial 2009, Baza Zbozowa, Kielce, Poland
Hasarapasa 2009

Hasarapasa - warsztaty bebniarzy

Hasarapasa - warsztaty bebniarzy

Hasarapasa - warsztaty bebniarzy

Hasarapasa - warsztaty bebniarzy

Hasarapasa - wypalanie ceramiki

Hasarapasa - wypalanie ceramiki

Hasarapasa - Lesbollah

Hasarapasa - Lesbollah z Kiniorem

Hasarapasa - Ecce Homo

Hasarapasa - Fliper

bitwa miotaczy pojek

Hasarapasa - 12RA3L
Wszystkie powyzsze migawki pochodza z Hasarapasy, ktora miala miejsce na Bazie Zbozowej w Kielcach w 2009 roku. Klimat wolnosci, muzyki czyniacej roznych ludzi jednym organizmem, emocji z dotkniecia spektaklem, jazd ogniomiotaczy… Gdy wracalem pozno w noc niezly odbior byl na Slaskiej, najpierw dobiegal oryginalny dzwiek a z sekundowym opoznieniem fala odbita od pawilonow na Sandomierskiej, moc zywiolow wprawiajaca w trans ;)
Tuba na dzis: fuknowa wersja Rage’owego Killing in the name of…
poprzez miedze, poprzez laki… / walking Poland
Zalegly rajd pieszy Lagow – Cisow z 30 czerwca 2009. Tradycyjnie: spotkanie na aftowagzalje i losowanie kierunku. Tym razem nieco ustawione gdyz Jacko zapomnial butow ze stolycy i pojawil sie w “jezusach” wiec obstawilismy niebieski szlak Lagow – Daleszyce jako suchy i w 45 stopniowym upale wsiedlismy do busa w ktorym bylo jeszcze cieplej, w sumie w busie spocilem sie tak samo jak podczas calego marszu :(

godzina jazdy w busie bez klimy, nawiewow a nawet otwieranych okien / an hour on the bus without A/C or even openable windows, about 45'C
Z poludniowo-zachodniego rogu rynku w Lagowie ruszylismy droga na Sedek, idzie sie “bez wies” mijajac PUNKT KOPULACYJNY W LAGOWIE, ancwaltem pod gorke, miedzy uprawami czarnej porzeczki, truskawek i wisni. Na szczycie za Bielowa zrobilismy (bez pytania) przystanek u chlopa w sadzie, ale z niesamowitym widokiem…

przystanek Alaska / orchard with scenic view
Nie widac tego na zdjeciu ale mozna bylo tam sie zrelaksowac a gdy pojawil sie gospodarz zaskoczenie bylo pelne – nie przegonil nas jak intruzow a jeszcze lornetke przyniosl i ze studni korzystac pozwolil. Przy skrzyzowaniu z droga na Lagiew zwiedzilismy przydrozna eurokapliczke ozdobiona tradycyjnie wg lokalnej estetyki, byl portret Papieza i nie zabraklo tez tego nowego Niemca.

kocham was ciule / in roadside shrine
Tysiac krokow dalej dane nam bylo zobaczyc proze zycia – pani z dzieckiem dotelepala poprzez pola na taczce pusta butle do punktu wymiany. Myslalem ze takie rzeczy to tylko w erze albo na Wschodzie…

wymiana butli z gazem / service point for gas bottle users, Sedek, Poland 2009
Szczesciem byl tam sklep, taki w ktorym czas biegnie szesc razy wolniej niz w miescie, sprzedawca ma czas zeby porozmawiac z klientem bo ludzie w kolejce i tak zaczekaja. Jak mieliby nie zaczekac skoro najblizszy sklep byl jakies 5km temu, w Lagowie :) Kupilismy w koncu dobrze schlodzona mirinde i z takim zastrzykiem cukru ruszylismy do lasu. Z poczatku mijalismy niesamowicie dorodne i slodkie jagody wiec tempo nie bylo zbyt meczace a przeciwienstwie do komarow. Na tym odcinku mielismy tez spotkanie z sarna.

Drugie sniadanko na Gorze Kiel (452m npm) / lunch on Kiel Mountain
Dalej, w miejscu gdzie szlak przecina pierwsza droge p-poz, oznaczenie szlaku zniknelo. Nalezy isc ta droga kilkaset metrow w prawo az na zakrecie w prawo pojawia sie znaki w lewo. Poza kilkoma podmoklymi przejsciami przez strumienie lesne szlak mozna uznac za suchy (w tygodniu poprzedzajacym rajd bylo 5 dni deszczu) i warto przemierzyc go rowerem, zwlaszcza zjazd do Widelek z Gory Zamczysko (422m npm) wyglada zachecajaco. Jesli nie pomylilem faktow to jest to ta gora z krzyzem – w pelnym sloncu bylo tam chyba z 50′C, olalismy widok i ucieklismy do lasu. W Widelkach uzupelnilismy plyny ze studni, napilismy sie z wiadra i ochlodzilismy karczycha w gospodarstwie z rekoczynem ludowym ;) czyli swiatkami i innymi rzezbami.

na szlaku / on the trail
Szlak prowadzi na polnoc droga Widelki – Makoszyn przechodzac na druga strone rzeki Lukawka i tu w lewo wspina sie stroma miedza w strone lasu. W poblizu Gory Wlochy (427m npm) upal wygral z naszymi (a przynajmniej moja) niedzielnymi kondycjami, zeszlismy do polany skad wspielismy sie na szczyt Cisowa i zeszlismy droga do trasy 764 Dallas – Rakow. Po przejsciu raptem 19 km, w dobywajacym sie z naszych cial zapachu potu i prerii wrocilismy pijana nyska do CK.

czekajac na upragniony dylizans do Kielc, wigor: 1 / waiting for bus
W rolach glownych udzial wzieli: Ulson, Amon, Szafka, Dzwiedz i… … i ja tam bylem i zero siedem zglos sie pilem :P
Z cyklu “tuba na dzis” – klimat baletow ze sredniej szkoly, niespodziewanie radosny pan i rzecz sklaniajaca by przyszloroczny urlop zgrac z wyborami mezczyzny w najzimniejszym miescie w kraju - Tuba na dzis: Misterzy Bialegostoku
Wschod slonca / sunrise
Dzis bylo spontan wyjscie na zdjecia o swicie by podgladac jak miasto sie budzi, 4 rano spotkanie i pierwsze deszczu krople. 10 minut pozniej Rzeka Ogrodowa przeplynelismy nad Rzeka Silnica do Rzeki Zytniej, stamtad pod prad Rzeka Grunwaldzka. U zbiegu rzek Jagiellonskiej i brunatnych wod Karczowkowskiej mielismy, przy prednosci 21 wezlow, pioropusze wody ponad dach. Normalnie husaria. Rzeka Pakosz okazala sie zbyt gleboka dla naszej amfibii, wrocilismy wiec do centrum gdzie Ulson nekal zmoknietych przechodniow srednim formatem a my z Mackiem brodzilismy po Plantach. Tak szybkie wstawienie zdjec mozliwe bylo dzieki Mackowi, ktory poratowal mnie cyfra gdy skonczyl mi sie film.
/
I went this morning (4 AM) with friends to have some photo – roaming in the city centre, to catch yawning urban atmosphere in oldest areas. Due to weather anomalias this summer, instead of nice sunrise we reached cloud-burst which brought 50cm deep water floods on streets. There’s few shots of Silnica River, main drain of Kielce.
- Silnica na Plantach, Kielce
- kladka nad Silnica
- patrol policyjny
- Silnica zalewa kladke
- system hydroresorowania kladki ;)
Kielce-Wykus-Oswiecim VI 2009
Prolog: Wykus
We wtorek, szesnastego czerwca, pojechalismy z Ula i Kowalusem na Wykus. Busem do Siekierna, stamtad na Wykus drepcydesem, z powrotem tez az do Lesnej Starej Wsi. Pogoda byla srednia a chwilami lalo bardzo mocno ale i tak jestem kontent. Mozliwe ze w weekend ktos pamietal ale w sama 65 rocznice smierci “Ponurego” bylismy tam jedynymi goscmi. Kowal podzielil sie swa wiedza historyczna i legendami o lesnych zolnierzach z Gor Swietokrzyskich.

Wykus, Poland
Kierunek: Oswiecim
Przypomne, planowalismy przejsc pieszo 173km wchodzac do Oswiecimia najpozniej 22 czerwca, niosac caly swoj bagaz na plecach i spiac gdziekolwiek pod namiotem. Z Wykusu wrocilismy po poludniu, przepakowalismy sie w duze oldschoolowe plecaki i chcac nadrobic kilka godzin obsuwy podreptalismy na pijana nyske, jednak ta byla doladowana ludzmi w opor ze ani my ani plecaki by juz nie weszly. Swoja droga to naprawde trzeba byc sprawnym fizycznie by tym busem jezdzic gdy do 19-osobwego busa miesci sie ze 40 osob… Autobus 31 jest slaba alternatywa gdyz po kursie o godz 17 nastepny jest za 6 godzin… Ruszylismy wiec z buta ale Lukasz sobie tylko znanymi metodami zalatwil, iz Edek podrzucila nas zlomonezem nad zalew w Bolminie. Doszlismy do starej miejscowki na zakolu Bialej Nidy i tu rozbilismy namiot. Tego dnia w calym wojewodztwie byly ulewy wiec odpuscilismy sobie ognisko, posiedzielismy troche czekajac na Czajnika ktory mial “bycmoze” przyjechac z browcem lecz okazalo sie ze bardziej “moze” niz “byc” ;> Podumalismy o wolnosci jaka cieszyli sie chlopi w czasach gdy nie bylo pradu i zasnalismy.
Noc byla zimna, spiewal nam technoptak i czasem paw z pobliskiej hodowli. Po porannej higienie w rzece (ja wybralem opcje dla mieczakow czyli umycie sie nawilzanymi chusteczkami) udalismy sie poboczem drogi 762 Kielce – Malogoszcz co chwila uciekajac prawie do rowu przed jadacymi samochodami. Oczywiscie zachowalismy bhp – jaskrawopomaranczowa kamizelka wokol uda i migajace swiatelko rowerowe na plecaku. Mimo to nie jest milo na uczeszczanych drogach.
Zawsze fascynowaly mnie muralesy, graffiti i inne plastyczne dzialania zdobnicze, ktore czlowiek zostawia po sobie wiec utrwalilem mozaiki na fasadzie mijanego osrodka wczasowego.

dwie mozaiki / mosaic on the wall near Bolmin, Poland
Przekroczylismy rzeke Wierna w Bochencu i zrobilismy pierwszy tego dnia postoj pod sklepem ozdobionym od kuchni mozaika, jakas moda lokalna na mozaikowanie widocznie…

mozaika w Bochencu / mosaic on the wall in Bocheniec, Poland
Odbilismy na Polnoc i gdy skonczyl sie asfalt dotarlismy do cmentarza polowego (bodaj jeszcze z I wojny swiatowej) u stop pomnika przyrody miedzy Bochencem a Karsznicami.

cmentarz polowy / WWI cemetery under old oak (monument of nature)
Mija sie tam krajobrazy jak z tapet majkroszitu, na polach siedemset odcieni zieleni, na lakach 1524346612365 kwiatow maku, podkrecone nasycenie (tak mniej wiecej rejestruje to oko na zywo) i odlot.

maki / poppies in County Swietokrzyskie, Poland
Doszlismy do Rembieszyc – zabytkowy kosciol i niewiele mlodszy od niego sklep spozywczy ;> Postoj drugi: pol chleba z serkiem topionym, pusznosci! Zdjecie wyglada jak wyglada bo celowo nie czyscilem negatywu z kurzu, dodaje klimatu.

Rembieszyce, Poland
Stamtad w strone Lipnicy gdzie czekala nas meczaca podroz poboczem szosy Malogosz – Jedrzejow. Marszczy sie kakao gdy po raz pierwszy dostajesz wielkiego niewidzialnego liscia z powietrza tloczonego tepym ryjem TIRa, ktory mija cie o metr z predkoscia 90km/h lub CIUT wiecej…
Przy trasie lezy podworko na ktorym szkoli sie nadzieja polskiej koszykowki – trening odbywa sie w warunkach ekstremalnych bowiem tablica jest zawieszona 30m od obreczy (na scianie stodoly) co wymusza perfekcje rzutow :D

zeby dobrym byc trzeba cwiczyc / basketball in oldschool way
Minelismy Biala Nide i po polgodzinnym postoju w poblizu nadajnika GSM uderzylismy dalej by po paru km uciec w prawo do lasu. Na tym terenie trwala akurat “scinka i zrywka drzew”. Od obejrzenia Siekierezady chcialem doswiadczyc osobiscie tego i stalo sie – po raz pierwszy raz widzialem jak na zywo scina i powala sie drzewo. Zawodzenie pily po czym swist i loskot uderzajacego o ziemie drzewa stanowia piekny pogrzebowy marsz dla kazdej z sosen. Pan w kasku nie byl zachwycny nasza obecnoscia a z czlowiekiem trzymajacym wlaczona pile lancuchowa slabo sie dyskutuje :> Mijalismy szkolki lesne az nadszedl kolejny przystanek, tym razem spedzilem go opychajac sie pieknymi, wielkimi, slodkimi jagodami a dzieki witaminie B1 komarzyce mnie nie zechlaly.

jagodziany las / blueberries in forest
Gdy las sie skonczyl, minelismy wielkie stawy hodowlane i doszlismy do Chorzewy. Tu dogonila nas rzeczywistosc: dwadziescia pare kilo w niewygodnych plecakach polaczone z prawie 30km dystansem codziennym to za wiele na nasza obecna kondycje, zdecydowalismy ze nastepnego dnia wracamy do Kielc bo wedrowka przestala byc przyjemna a stala sie wrecz katorznicza. Kupilismy habanine, musztarde delikatesowa (nie wiem co z nia Spolem zrobil ale to nie ta sama musztarda co kiedys), napoje i ruszylismy na pobliskie wzniesienie w celu rozbicia ostatniego biwaku. Alkoholu nie bylo i rozwazana byla opcja odkupienia z czyichs zbiorow prywatnych bo “jak sa 3 satelitki na domu to i barek pusty nie stoi” ale nic z tego nie wyszlo.

miejsce noclegu / a camp
30 m od nas byl suchy jak pieprz akacjowy las, zas 10 m od namiotu byl jar wykopany przez amatorow darmowego piasku, tam ulokowalismy nasz skromny ogien by nie wabic miejscowych Zbyszkow.

ogniseczko / a camp fire
Niewielkie ognisko, duzo kielbachy, sledzenie samolotow i wreszcie kimeneiro. Rano prysznic z resztek wody ktora nabralismy przy sklepie w puste butelki i leniwie ruszylismy w strone Przaslawia k/ Jedrzejowa. Stopy chcialy odmowic posluszenstwa ale doszlismy jako ze nawet szambowoz nie chcial nas podrzucic. I to jest dyskryminacja plci meskiej ;P Dotarlszy do trasy Jedrzejow – Kato zlapalismy busa i z przesiadka na klimatycznym dworcu w Jedrzejowie dotarlismy na Zytnia.
Epilog: bede chcial podjac probe pokonania tej trasy jakos, mozliwe ze rowerem, mozliwe ze nie z 7 zmianami bielizny i koszulek, mozliwe ze w calkowicie innych butach, mozliwe ze sie uda. Na wypad wzialem 4 filmy, z ktorych 2 zostawilem na oboz zaglady a pozostale 2 mialy starczyc na 8 dni marszruty wiec zdjecia robilem z pewna taka niesmialoscia nie wiedzac jakie atrakcje czekaja nas na szlaku przedwczesnie zakoonczonej fotopielgrzymki.

o dwoch takich co spuchli / exhausted
Gratulacje dla Kaczego ktory zostal szczesliwym tatka Natalii oraz najlepsze zyczenia dla mej przylatanej warszawskiej Siostry (ktorej nigdy nie spotkalem) z okazji 30 urodzin.
Mozliwe iz niepowodzenie wyprawy bylo objawione mi we snie lecz nie umiejac ich odczytywac zignorowalem przepowiednie: otoz mialem wynajac sluge, ktory poklonilby sie pieknie Krolowej Brytyjskiej. W role te mial sie wcielic Artur Zmijewski lecz zazadal 60 000 $ wobec czego znalazlem znacznie tanszego (51 000 $ ) i nie ustepujacego panu Zmijewskiemu gra aktorska szympansa lecz okazal sie on byc rozbisurmaniona malpa ktora w trakcie uroczystosci probowala otruc Krolowa zmuszajac mnie do uzycia przymusu bezposredniego i podania zasstrzyku uspokajajacego, ktory jednak go zabil gdyz byl przygtowany dla ludzi a nie zwierzat. Pozniej zdarzenia potoczyly sie szybko i musialem uciekac przed anarchistami z Green Peace. Chyba zainwestuje w sennik. Pardon, w siennik (zeby sie lepiej wyspac) ;P
PS. Doba rzecza jest nagrywanie komentarzy w trakcie drogi na jakis nosnik mp3 :)
V 2009 masa krytyczna / critical mass
Zdjecia z MK ktora odbyla sie w Kielcach 15 maja 2009 r. / Pictures from critical mass in Kielce, 15th May 09
- partyzancko recznie skladana “panorama”
Jørgen
Sklep dla chlopcow i mezczyzn ktorzy nimi byc nie przestali. Wchodzimy, ekspedient zaprasza do jednego w kilku stolow z planszami i budowlami umozliwiajacymi stoczenie bitew. Juz mialem wyjsc bo nie bylo Grunwaldu 1410 ale pan nalegal bym zagral z nim lub przeciwko niemu, zebym w ogole zagral. Kazal rzucac dwudziestoma czterema kostkami naraz i tyle ile wypadlo w nich piatek i szostek – tylu jego soldatow poleglo i moglem tez sie przesuwac o iloczyn oczek i cali a jak juz oblezylem sasiada to mu dal do pomocy ogra czy trola (nie znam sie) ale generalnie pan przezywal kazda potyczke ilustrujac groze wojny onomatopejami “Grzrzrzrz” “Aaaaargh” “Ijjjjjjeeeeeeeaaa” “Fudrzrzrzrzummm” i widac bylo ze kreci go to ale zmiarkowal, ze mnie raczej srednio i dal mi zolnierzyka do malowania. I to bylo naprawde COS w calym tym sklepie pelnym rycerzy, najemnikow, mutantow, krolow, potworow, smokow, czarnoksieznikow, dzedajow, wilkolakow, wladcow pierscieni i ummo-sprzedawcow ;) Nie smialem podniesc pedzla by dzieci Piasta Kolodzieja tworzyc wiec dostepnymi kolorami bez pojecia o barwach wojennych spreparowalem bekarta wikingow - Jørgena, smialka z Polnocy, ktoren leku w sercu nie mial dopóty, dopóki nie zobaczyl jak Jagna z Korytnicy pogrzebacz miedzy palcami gnie. Tylko spojrzala wzrokiem “a ty tu czego” a on juz wiedzial ze nie da rady wiec pierzchnal byl czempredzej gdzies za Bullerbyn i sluch o nim zaginal. Wszelki sluch.

brzmienie litery "ø" ma w sobie piekno, ktorego nie pojmie, kto nie slyszal mowy ludow Skandii.
Tak, to moj pierwszy pomalowany wojak. W zyciu. Chyba rozminalem sie z kanonami kolorowania postaci (a i precyzja nie zgrzeszylem) bo powiedzieli zebym go zatrzymal, za darmo :D
Unplugged: Glenmalure
Plan byl taki: grill nad rzeka w sasiedztwie porosnietych mchem lasow w dolinie Glenmalure, kimono w starym schronie turystycznym, uderzenie w trasy na Mullacor – Lugduff – Conavalla – Table Mountain. Zycie zweryfikowalo plany po raz kolejny – nadszedl weekend i wszyscy, ktorzy deklarowali chec pojscia w gory, przypomnieli sobie nagle ze zostawili zupe na gazie. Ale nawet we dwojke i bez samochodu dopielismy swego.
Rejon Gor Wicklow, ktory nas interesowal nie jest objety komunikacja kolejowa a “pekaes” ma jeden kurs w czwartek i trzeba isc ok 25km od przystanku. By nie zabulic jak za zboze w prywatnym busie***, znalazlem inne polaczenie. Najpierw z centrum tutajszym pekapem pojechalismy w 90min do Rathdrum. Stad drepcydesem 17km (ok 3h) az do schronu po drodze mijajac kilka opuszczonych i zaniedbanych domow na wsiach i jedno nowiutkie boisko na wichurce co moze z siedem domostw miala. W takich wedrowkach gdy liczy sie kazdy kilogram – polecam “zupe dnia” w lokalnych gospodach, zwykle jest to gesta zupa-krem serwowana z pieczywem i maslem – ogrzewa jak herbata i zdrowsza nizli porcja frytek krzepiac niezgorzej. Rezerwacja noclegu wczesniej przyklepana, dochodzimy a tam wszystko zamkniete, zadnej wywieszki i brak zasiegu w promieniu kilku kilometrow. Rozpalilismy ognisko, dwa w jednym – szamunek sie pichci i mozna sie ogrzac. Poleciala mysliwska, plaster usmazonego wczesniej schaboszczaka, wedzona makrela natarta pieprzem oraz wiele miesa pod adresem spania “pod chmurka” w gorach. Gdy kabaczek i papryka faszerowana ryzem zabulgotaly w puszcze nad ogniem zjawlili sie nasi zbawcy – gospodarze.
Zalogowalismy sie w schronie, ktoremu nalezy sie kilka linijek (inna www z info o schronie). Aby tam dotrzec trzeba przeprawic sie przez gorska rzeczke, ktora przy wyzszych stanach miewa 50-100cm ponad most wiec ostatnie 300m czasem trzeba pokonac pieszo. Nie znam jego historii ani wieku, “wyglada” na stuletni i jest to murowany pietrowy dom plus parterowy, rowniez murowany domek. Nie ma elektrycznosci, biezacej wody ani lazienki. Brak pierwszego rekompensuja urzadzenia na gaz – lampy, kuchenki, bojlerek i LODOWKA (tak, na gaz). Wode zrodlana przynosi sie z potoku, ktory mknie bystro tuz przy schronie (10 m), i ten zaszczytny obowiazek pelni gospodarz albo turysci. Na grubsze posiedzenia chodzi sie do drwalki gdzie obok drewna i wegla sa dwie tojtojki. Spragnieni prysznica moga skorzystac z tego luksusu odplatnie w gospodzie na rozdrozu na poczatku doliny. W glownym domku jest kuchnia wyposazona w stol z lawami, 3 czteropalnikowe kuchenki gazowe (jedna z piekarnikiem i grillem), wspomniana lodowke, cala fure naczyn, garnkow, patelni i sztuccow oraz niepsujace sie dobra jadalne pozostawione przez turystow typu kawa, przyprawy itp. Na parterze obok kuchni jest duzy pokoj ze stolami, lawami, szafka pelna ksiazek (na niepogode) i kominkiem, przed ktorym, pod sufitem jest opuszczana suszarka na przemoczone rzeczy. U gory sa pokoje z lozkami pietrowymi. Domek numer dwa stoi tuz obok, ma jedno okno, jedne drzwi, jedna drzewno-weglowa “koze” i 5 pietrowych lozek (z koldrami i poduszkami ale gdy ogien w kozie zgasnie spiwor jest mocno wskazany). Schron jest czynny codziennie tylko w wakacje a poza nimi jedynie w sobotnie noce, najlepiej zarezerwowac wczesniej: 018 304 555, normalna cena za osobe dorosla to 14 euro/noc.
Jak juz przy cenach jestesmy – polityka kolei irlandzkich wymusza niejako kopno biletu powrotnego bo kosztuje on przykladowo 18,50 a w jedna strone 16,- Dowiedzialem sie rowniez ze na stacjach, ktore w niedziele sa nieczynne ani nie posiadaja automatu z biletami, zwyczajnie wsiada sie po pociagu, konduktor sam Cie znajdzie i bez dodatkowych oplat czy kar sprzeda bilet.
Wkrotce po nas zaczeli zjezdzac sie inni korzystajacy z gosciny w schronisku. Okazalo sie, ze sa to znajomi naszej gospodyni, ktora gra na wieśle całkiem nieźle a my trafilismy na nocna sesje muzykow zaprzyjaznionych z zespolem Imrama (obejrzalem material na majspejsie – nie oddaje ulamka tego co graja – trzeba ich wyczaic jak graja na zywo w knajpie). Ludzie na codzien wykonujacy rozne zawody spotykaja sie co jakis czas polaczeni wspolnym hobby – graniem. Tylu roznych instrumentow “gitaropodobnych” jeszcze nigdy nie widzialem, plus flety, organki i beben. Po cieplej szamie wyszlismy pogapic sie w gwiazdy i choc poza Orionem i Wozami nie znalem zadnej innej konstelacji to wypatrzylem nadlatujacego ISS-a :) Rozgwiezdzone (prawie jak w Bieszczadach) niebo przeciela “Stacja Alfa” dokladnie 21:02 ale w polowie nieba przestala odbijac swiatlo.
Wrocilismy wszyscy do “liwingrumu”, siedlismy w kregu i zaczelo sie granie – double unplugged: akustycznie i bez pradu w ogole :) Pierwsza sprawa to brzmienie – na plycie ani jutubie nie brzmi to tak przejmujaco, wrecz moze byc nudne. Jednak tamtej nocy, gdy siedzialem miedzy gitara o ksztalcie gruszki, balalajka i czymstam jeszcze, slyszac akompaniament tego miesca – syk lamp gazowych, trzaski w kominku, szum wiatru i pomruk potoku, czujac dusze ludzi zakleta w ich spiewie, poczulem te irlandzka muzyke tak ze musialem pozwolic nodze przytupywac. Momentami muza uderzala w podobnie ckliwe struny jak, wyswiechtane juz co prawda, Mro Ilo z Bandyty czy inne dziela Lorenca – takie ze zamykasz oczy i widzisz diaporame gorskich krajobrazow.
Druga sprawa to klimat domu, otaczajacych go gor, przyjaznych ludzi o otwartych umyslach, klimat ludzi wolnych – to nie koncert ani granie do kotleta – kazdy moze zaczac cos grac, spiewac, reszta sie wlacza jesli to poczuje. Moja najwieksza radosc tej nocy wynika z tego ze przelamalen treme i zaspiewalem. Nie, nie byl to “Bialy mis” ani “tam kolo mlyna” :> Zachecony przez Ule i wspolbiesiadnikow zaspiewalem “Celine”, niesamowite wrazenie gdy wlaczaja sie instrumenty ludzi slyszacych te melodie po raz pierwszy i nie rozumiejacych ani slowa. Zwyczajnie – poczuli bluesa. Alarm przypomnial o kolejnym okrazeniu ISS lecz bylismy zbyt przejeci muzyka. Zaspiewalismy pozniej jeszcze jedna piosenke, razem z Ula a pozniej, tradycyjnie – translejt :) Odbyla sie tez krotka edukacja o tym ze znana im “la varsovienne” to niemiecki taniec a nie nasza Warszawianka, ze Polka to czeski taniec i ze trudno znac “mazurka” bo sam Chopin naplodzil ich ponad piecdziesiat a nie byl jedyny.
Odpadlismy po moich indywidualnych warsztatach perkusyjnych i Ulenki z tanca irlandzkiego ok 4 rano zostawiajac kwartet mandolinistow/mandolinierow/mandoliniarzy/mandolinowcow (po prostu: ludzi mieszkajacych w dolinie) i walnelismy w kime karmiac wczesniej koze do syta (acz nie poszly iskry kominem heheh!).
Poranek zmienil sie w poludnie, poczestowalem towarzyszy nocnych smazonym polskim kawiorem dla ubogich (czyli kaszanka zwana tez “czarnym szalenstwem”), spakowalismy bety, pomoglismy sprzatnac pobojowisko naczyniowe, pozegnalismy sie i ruszylismy na poludniowy wschod, odbijajac na gornicza sciezke przy starej kopalni, skad dobrze widac cala poludniowa strone doliny Glenmalure – Benleagh, Clonhernagh, Corrigasleggaun i Carrawaystick Mountain oraz tor dla quadow, crossow, trialu i 4×4. Wyszlismy na poczatku doliny i podazylismy kawalek wzdluz rzeki Avonbeg a pozniej droga z widokiem na strony ktore znamy z biwaku na Wicklow Way za Aughrim – Fananierin Mountain, Croaghanmoira Mountain, Slieve Maan i Ballinacor Mountain. Mam takie skojarzenie ze dzieje opisane przez Tolkiena mogly dziac sie w Irlandii, przynajmniej niektore nazwy maja w podobnym stylu ;)
Drepcydes przywiodl nas na stacje i stamtad do Dublina. Nawet nie spodziewalismy sie ze wypad w gory bedzie tak niesamowitym przezyciem. Zdjeciownika nie wzialem, ale Ulson zarejestrowala pod drodze fotografie jakowes.
- ** – Po fakcie: ten wpomniany prywatny bus (Kevin’s Bus) kosztuje niewiele drozej niz kolej a dojazd do Glenadalough oferuje tysiackroc szersze spektrum szlakowo – noclegowe.


















